Konserwatyzm

Wielomski: Léon Degrelle i paranoja antykomunizmu

0

 

Na wstępie muszę się Czytelnikom przyznać do rzeczy strasznej: zdarzyło mi się mieć taki sam pogląd jak „Gazeta Wyborcza”. Wiem, że to wstyd i obciach, ale zdarzyło się. Czując głębokie zawstydzenie tym faktem, postaram się wytłumaczyć, bez dokonania samokrytyki.

30 VII 2016 roku na łamach internetowego wydania „GW” ukazał się artykuł Michała Majewskiego krytykujący rzecznika prasowego ONR za umieszczenie na swoim profilu, w charakterze tzw. zdjęcia w tle, fotografii Léona Degrelle’a. Dziennikarz „GW” był tym faktem porażony, widząc w Degrelle’u belgijskiego faszystę. Powiem szczerze, ja także byłem porażony. Trudno mi się z red. Majewskim nie zgodzić: Degrelle był faszystą i nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Dziwi mnie raczej, że medium to dopiero teraz zwróciło uwagę na rosnącą popularność tej – kompromitującej każdego, kto ma z nią związki – postaci na polskiej prawicy. Zresztą po zamieszczeniu przeze mnie na moim Facebooku wpisu, że także uważam tego belgijskiego polityka za faszystę, w komentarzach dosłownie zakotłowało się. Wiele z nich zawierało motyw, że skoro Degrelle walczył z komunizmem, to jest to postać sympatyczna i krytyka jej razem z „michnikowszczyzną” to kompromitacja… dla mnie.

Kolaboracja w krajach podbitych przez III Rzeszę miała rozmaity charakter. Nigdy nie powiedziałem i nie powiem niczego złego o Marszałku Pétainie. Była to klasyczna „kolaboracja państwowa”, czyli oficjalna polityka oficjalnie istniejącego Państwa Francuskiego – jedynego legalnego. Obywatel francuski zobowiązany był pośrednio w niej uczestniczyć, będąc obywatelem Państwa Vichy. Jednak już francuscy faszyści zapisujący się do Waffen SS i jadący nad Wołgę walczyć o „Niemiecką Europę” z pewnością przekraczali konieczne granice kolaboracji. W innych krajach rząd legalny był na emigracji i nadal był w stanie wojny z III Rzeszą. Dlatego taki Quisling w Norwegii czy Degrelle w Belgii, kolaborując bez zgody prawomocnych władz, stawali się zdrajcami, których po wojnie należało rozstrzelać co do jednego. Quisling zresztą tego doświadczył. Degrelle nie, niestety, ponieważ w ostatniej chwili uciekł samolotem do Hiszpanii.

Léon Degrelle był i zdrajcą i faszystą w jednej osobie.

Był zdrajcą, ponieważ już pod koniec lat trzydziestych brał pieniądze z rąk włoskiego i niemieckiego wywiadu. O ile Włosi wspomagali go finansowo z przyczyn ideowych, widząc w nim pokrewnego faszyzmowi polityka, to naziści nie czynili tego bezinteresownie. Degrelle brał niemieckie dotacje – na co istnieje potwierdzenie w odkrytych po Wojnie dokumentach i raportach niemieckich dyplomatów – w zamian za poparcie niemieckiego pomysłu przeprowadzenia referendum w Eupen i Malmedy. Były to sporne miasteczka, które stały się częścią Belgii w wyniku I Wojny Światowej, acz zamieszkałe w większości przez mniejszość niemiecką. I Degrelle, w zamian za niemieckie pieniądze na cele partyjne, był gotowy je Hitlerowi oddać.

Był zdrajcą, gdyż bez zgody legalnego i funkcjonującego na emigracji rządu Belgii na ochotnika wstąpił do Waffen SS, samowolnie ubrał niemiecki mundur (z jakimiś tam belgijskim znaczkiem) i pojechał walczyć z Rosjanami na front wschodni, dochodząc do rangi pułkownika Waffen SS. W wojnie tej Belgia i Związek Radziecki były sojusznikami, a więc Degrelle był winny zdrady. Takie też orzeczenie wydał po zakończeniu wojny sąd belgijski, skazując go za zdradę (zaocznie) na karę śmierci.

Był faszystą, ponieważ do końca życia (zm. 1994) nie odżegnał się od kolaboracji z III Rzeszą.

Jestem daleki od twierdzenia, że Degrelle był faszystą przed wojną, gdy kierował ruchem REX. Była to organizacja podobna do polskiego ONR, czyli narodowo-radykalna i fundamentalnie katolicka. Ale w czasie okupacji niemieckiej polityk ten znacząco przemodelował swoje poglądy i – nie zawaham się tego tak określić – dosłownie zauroczył się i zakochał w Adolfie Hitlerze. Nie zapomnę, gdy w jego książce Hitler na 1000 lat (Hitler pour 1000 ans, 1969) zachwycał się, że gdy przyjechał z frontu odwiedzić Führera, a ten widząc, że Degrelle nie ma kapci… pożyczył mu swoje. Przy innej zaś okazji stwierdził, że „gdybym miał syna, to chciałbym, aby był taki jak Pan”. Powojenne książki Degrelle’a – co ważniejsze z nich posiadam – dosłownie są oblepione jego zdjęciami, gdy paraduje w mundurze pułkownika Waffen SS – zawsze dumny, uśmiechnięty, pełen nazistowskiej pychy. Dla rzecznika prasowego ONR – czyli dla polskiego nacjonalisty – dodam także, że w rzeczonej pracy Hitler na 1000 lat są sążniste cytaty o Polsce i o Polakach, gdzie Degrelle naigrywa się z polskich żołnierzy walczących za naszą Ojczyznę we IX 1939 roku.

Jako Polak, obywatel państwa, którego ponad 6 milionów obywateli zginęło z rąk III Rzeszy, nie mogę przejść obojętnie wobec panoszącego się na polskiej prawicy autentycznego „kultu Degrelle’a”. I nie chodzi, aby tu kogoś ganiać za pomocą prokuratora. Zawsze byłem i pozostaje sceptyczny co do metody rozstrzygania dyskusji historycznych za pomocą paragrafów kodeksu karnego. Raczej chodzi o to, aby puknąć wszystkich „degrellistów” w czoło i zapytać czy mają wszystkie klepki pod sufitem?

„Degrellizm” to szerząca się choroba pośród radykałów na polskiej prawicy, wyrastająca z antykomunistycznej obsesji. Degrelle walczył z komunistami na wschodzie – to wystarczy, aby był bohaterem. Nie ważne w jakim mundurze, nie ważne czy pod sztandarami okupanta – ważne, że walczył z „komuną”. Dla wielu to kolejny antykomunistyczny i antysowiecki „żołnierz wyklęty”, tyle, że tym razem belgijski; romantyczny bohater, który nie paktował z bolszewizmem, lecz walił komunistów między oczy. Jeśli jednak pułkownik Waffen SS, wysłany na front wschodni przez Hitlera, jest „bohaterem”, to jakże wielkim „BOHATEREM” musi być sam Hitler? I tylko szkoda tego oenerowca Jana Mosdorfa, który też mógł przywdziać mundur Waffen SS, a wybrał Polskę i został przez kumpli Degrelle’a zamordowany w Oświęcimiu w 1943 roku.

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy Czas!”

Facebook
Share.

About Author

Leave A Reply