Konserwatyzm

Bunikowski: Morawieckiego prawo naturalne

0

 

 

Krótko pragnę w tym eseju odnieść się do „słynnego” już wywiadu wicepremiera Morawieckiego, w którym powiedział, że prawo nie jest najważniejsze. Stanowi to przyczynek do nieco szerszych rozważań o prawie. Mój argument jest taki, że argumentacja wicepremiera Morawieckiego wyrażona w wywiadzie z 14 lutego 2017 r., udzielonym w języku angielskim dla Deutsche Welle, jest społecznie niedobra. Lekceważy naruszanie prawa, zwłaszcza w sporze wokół Trybunału Konstytucyjnego. Twierdzę, że prawo, które nie jest skrajnie niemoralne albo absurdalne, należy szanować.

 

  1. Co powiedział?

Wicepremier Morawiecki mówił, że prawo nie jest najważniejsze, bo ważniejsze jest „życie ludzi” („the life of the people”) czy bezpieczeństwo. To są słowa wicepremiera. W czasie nazizmu prawo też było złe i naziści nie mogli tłumaczyć się po wojnie na procesie w Norymberdze, że tylko stosowali prawo, dodał wicepremier.

Tim Sebastian, brytyjski dziennikarz, zaczął jednak przypomnieniem powiedzenia Morawieckiego seniora, który rzekł, że dobro narodu jest ponad prawem. Morawiecki junior zgodził się z tym i kontynuował rozważania, jak wspomniano wyżej.

 

  1. Co to oznacza?

Wynikać może z tej wypowiedzi, że prawo w Polsce nie jest ważne, bo może być złe. Może źle chronić te wartości „życia ludzi” i bezpieczeństwa, może je łamać. Można prawo III RP zatem lekceważyć, nie stosować, bo jest ono złe jak prawo nazistowskie. Można przymykać oko na bezprawie wokół Trybunału Konstytucyjnego. Jak wiemy, faktyczne i prawne działania doprowadziły do „pacyfikacji” TK ostatnio, tj. pod koniec 2016 r. i na początku 2017 r. Partia rządząca doprowadziła do wyboru nowego prezesa i zalegalizowała status trzech kontrowersyjnych sędziów, tzw. dublerów.

Ważniejsze od prawa jest życie ludzi i bezpieczeństwo, mówi Morawiecki. Czy zna konstytucję? Ona chroni te wartości. A jest to najwyższe prawo, „lex suprema”. Już jej artykuł pierwszy powinien wystarczyć, by rządzić uczciwie i sprawiedliwie. Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Czy ta konstytucja jest aż tak zła?

 

  1. Co zrobiono z TK? Jaki jest kontekst?

Jaki jest zatem jednak głębszy argument Morawieckiego w polskim kontekście politycznym i prawnym? Pacyfikacja TK jako działanie wbrew złemu prawu III RP to ma być ta ochrona życia ludzi czy ich bezpieczeństwa? To argument wicepremiera?

Przecież TK to organ, który bada konstytucyjność prawa, także pod kątem tego, czy wartość konstytucyjna życia ludzkiego lub bezpieczeństwa jest chroniona.

Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że w Polsce kompetencje TK przywłaszczyły sobie inne organy:

1) Prezydent, który orzeka, która podstawa prawna powołania na sędziego jest konstytucyjna. Tak zaprzysiągł 5 sędziów;

2) Sejm, który unieważnia wybór sędziego konstytucyjnego, dokładnie 5 sędziów. Nie ma takiej procedury w konstytucji (jest tylko postępowanie dyscyplinarne w ramach TK);

3) Premier, który nie publikuje wyroków albo wybiera je do publikacji.

Jest to wszystko naruszeniem systemu „checks and balances”, równowagi i sprawdzania władzy. To poważny problem dla Rady Europy i Unii Europejskiej. (Pewnie mają też inne problemy jak migracja, ale to nie jest ważne tu.) Taka jest prawda o naruszeniu praw TK.

 

  1. Jak wygląda ten wywiad?

Opinia Morawieckiego wygląda jak ignorancja, absurd, chęć przypodobania się człowiekowi masowemu. Każdy może narzekać, że prawo jest złe. Każdy chce Sprawiedliwości! Tyle jest niesprawiedliwych orzeczeń w polskich sądach, grzmią często media i politycy! Racja, krytykujmy sędziów wówczas, bo orzekają w imieniu państwa, czyli wspólnoty obywateli.

A może miał mimo to Morawiecki dobre intencje i chodziło mu o prawo naturalne de facto?

Moim zdaniem, wypowiedź jest skandaliczna, a mówiąc mniej emocjonalnie, po prostu nieodpowiednia, bo to nie jest akademicka pogadanka z Panem Sebastianem, ale wywiad o Polsce, a wicepremier podaje przykład nazizmu, de facto usprawiedliwiając niestosowanie prawa co do TK. Chodzi przecież o niezaprzysiężenie sędziów, unieważnienie ich wyborów, łamanie procedur przy wyborze nowego prezesa TK.

Dla „życia ludzi” i ich „bezpieczeństwa”.

 

  1. Co zatem jest lepsze? Legalizm jako wartość konserwatywna.

Morawieckiego opinia brzmi jak pseudosanacyjna narracja o quasi-prawnonaturalistycznym brzmieniu. Temu należy się przeciwstawić.

Konserwatywny i „moralnie arystokratyczny” legalizm i szacunek dla przestrzegania prawa są domeną tych, co nie chcą chaosu  i rewolucji, szanują stabilność i przewidywalność prawa i władzy, opowiadają się za rozsądnymi, a czasem powolnymi, zmianami, a także szanują status quo, doceniają autorytety moralne i intelektualne, nie ulegają masom i ich buntowi (co wiemy z Ortegi y Gasseta), nie chcą im się przypodobać, ale je kształtują, „urabiają” tak, aby podążać w kierunku dobra wspólnego (jak pisał Czesław Znamierowski o zadaniu dla mężów stanu).

Pewnie, że gdy prawo jest absurdalne albo społecznie przynosi więcej szkody niż zysków, urzędnik nie ma prawa go do stosować. Ten utylitaryzm jest widoczny już u tzw. ojca pozytywizmu prawniczego, tak, Johna Austina (vide: prace K. Dybowskiego). To samo jest z prawem skrajnie niemoralnym, nieludzkim…

Wspomniany kontekst nazistowski dotyczy m.in. zbrodni na Żydach. Prawo, w tym akty jego stosowania jak wojskowe rozkazy czy inne dyrektywy, nakazujące zabijanie Żydów było złe. Nazizm był dziwnym i okrutnym systemem prawnym, gdzie kodeks karny zakazywał zabójstwa, ale praktyka rasistowska, która zaczęła się od ustaw norymberskich, zakończyła się na ludobójstwie. Prawodawcą najwyższym był Wódz. Nie ustawa nakazywała zabijanie Żydów, ale rozkazy wojskowe i polityczne (już na to kiedyś wskazywał Jerzy Zajadło).

I pewnie, że prawo nie jest najważniejsze w sytuacji, gdy nakazuje mordować Żydów. Wówczas nie spełnia elementarnych wymogów sumienia i aksjologicznie nie jest prawem. Moralność uchyla jego obowiązywanie. Urzędnik nie może unikać odpowiedzialności, tłumacząc się stosowaniem prawa czy ślepym wykonywaniem rozkazów (vide: Norymberga).

Przy czym należy zauważyć, że prawo w Polsce wyraża interes publiczny, np. bezpieczeństwo publiczne, porządek publiczny. Nie można obecnie życia ludzi czy bezpieczeństwa przeciwstawiać prawu, bo prawo państwa takiego jak Polska te wartości chroni. To jego aksjologia. Polskie prawo nie jest idealne, ale spełnia zachodnie standardy i na pewno nie jest też prawem nazistowskim, niezależnie od tego, co kto myśli o Magdalence czy spisku elit.

Oczywiście, abstrakcyjnie patrząc, jeśli prawo jest zbyt sztywne, a trzeba dokonać ważnej i nagłej decyzji dotyczącej obronności, to pewnie jesteśmy w stanie zaakceptować faktyczne działania władzy w tej dobrej intencji, nawet gdy procedury są niezachowane do końca, ale miliony ludzi zostaną ocalone. To jest Cycerońskie dobro publiczne jako najwyższe prawo. Przy czym ponownie, jest jasne, że ten argument nie uzasadnia czy nie sprawiedliwa działania rządu polskiego wobec sądu konstytucyjnego. Nie ma obecnie takiej sytuacji jak za nazizmu. Nie ma też faktycznego stanu wojny czy podobnego zagrożenia dla istnienia narodu. A przecież nawet obdarzony pełnią władzy dyktatorskiej Cincinnatus przestrzegał prawa, mimo że działał w trudnej sytuacji w imię dobra wspólnego: przetrwania państwa.

Wyobraźmy sobie teraz, że każdy chce łamać prawo, nikt nie chce go przestrzegać. Zależy, oczywiście, jakiej dziedziny to dotyczy, bo może być tak, że społecznie nie będzie to aż tak istotne. Powszechne łamanie prawa czy takie przyzwolenie na łamanie prawa w jednej dziedzinie raczej daje jednak zły przykład w innej. Polityki jak „zero tolerancji” wyrażały sprzeciw wobec przyzwolenia na drobne przewinienia. Nie bez powodu. Miały wyrobić nawyk szacunku dla prawa.

Rząd, który łamie prawo, które nie jest ani absurdalne, ani skrajnie niemoralne, a robi to z powodów partyjnych, ideologicznych, personalnych, też daje zły przykład obywatelom. Nie ma tu mowy o dobru wspólnym. Szacunek dla prawa topnieje. Pokazuje taki rząd bowiem oto, że normy stanowione przez państwo nie są ważne. Lekceważy granicę. A przykład idzie z góry. W świecie demokracji medialnej jest to bardzo widoczne. Dlaczego bowiem mam szanować prawo karne, prawo podatkowe, decyzje administracyjne, wyroki sądowe, orzecznictwo Sądu Najwyższego, jeśli rząd nie szanuje wyroków Trybunału Konstytucyjnego i samego Trybunału? Dopiero gdy zaczynają rządzić w nim ludzie przychylni rządowi, to zaczyna ów rząd szanować tę instytucję i jej wyroki. Czy to nie hipokryzja? Wmawia się ludziom, że posiada się wysokie standardy moralne w polityce, a w praktyce działanie jest dość cyniczne, gdyż następuje łamanie norm o ostateczności i publikacji wyroków TK czy o obowiązku niezwłocznego zaprzysiężenia sędziego tylko po to, by opanować instytucję. Inne rządy mają w przyszłości robić tak samo? To jest kultura polityczna i prawna dumnego państwa o 1050-letniej tradycji, czy jednak kultura polityczna czy prawna bambustanu z małej litery (przepraszam za wyrażenie, ale jest adekwatne)?

 

  1. Czy prawo jest granicą? Prawo jako granica.

Jeśli prawo rozumiane jako granica dla zachowań władzy i ludzi nie jest najważniejsze, to ktoś może się zastanawiać, czy jutro można przyjść do Kancelarii Prezydenta, Premiera, Sejmu i Senatu, by powyrzucać wszystkich tych demokratycznie wybranych funkcjonariuszy publicznych?

Czy też może jednak prawo karne w Polsce jest ważne i już samo to moje rozważanie jest zbrodnią…

Prawo jest właśnie taką granicą dla państw, rządów, organów władzy, urzędników, ale i ludzi. Prawo ustanawia wiele konkretnych granic w różnych swoich dziedzinach, poprzez różne instytucje i normy.

A może prawo jest właśnie rozumiane inaczej, jako zbyt sztywny kręgosłup, prawo złe…

 

  1. Co wiemy z historii prawa? Ius and lex w historii.

Morawiecki poruszył ciekawą kwestię prawa i moralności, prawa i wyższych wartości, prawa i sprawiedliwości, generalnie mówiąc. Zerknijmy w przeszłość prawa zatem.

Wystarczy powiedzieć, że od czasów rzymskich jest podział na „lex”, ustawy, i „ius”, moralność czy sprawiedliwość prawa. „Ius est ars boni et aequi”, tj. Prawo jest sztuką tego, co dobre i słuszne, mówi Celsus, a za nim Ulpian w dziedzictwie naszej kultury prawnej, w Kodeksie Justyniana (D. 1.1.1). Z kolei, „Salus populi suprema lex esto”, tj. Dobro ludzi winno być najwyższym prawem, mówi Cyceron w „De Legibus” (3.3.8). Co prawda, lex jest często rozumiane jako reguły pisane już u kanonistów (np. prawa Ewangelii, prawa pisane w miastach włoskich), a ius jako prawo wyższe, ale i u św. Tomasza oba słowa występują zamiennie. W czasach średniowiecznych było wiele rozważań na ten temat, ale i wiele terminologicznych nieporozumień. Kenneth Pennington (którego okazję miałem poznać i z nim dyskutować w jego waszyngtońskim domu) pisze, że Tomasz nie był prawnikiem i jako teolog źle rozumiał Gratiana, który cytował Izydora o ius naturale. Jest zatem lex naturalis i ius naturale, obok siebie, ale razem odnoszą się do prawa naturalnego, tego zbioru uniwersalnych zasad o własności prywatnej, małżeństwie, ochronie życia, wykonaniu zobowiązań etc. W tradycji Ulpiana i Gratiana sprawiedliwość jest odniesiona zaś do ius, czyli prawa jako uprawnień, tego, co zwiemy po angielsku „rights” dziś. Odniesienie sprawiedliwości do dobra wspólnego/powszechnego, do tego, co zwiemy w kulturze anglosaskiej „the common good”, jest widoczne zaś w czasach rzymskich tylko u Cycerona. Pojawia się ponownie to połączenie sprawiedliwości i dobra wspólnego dopiero po kanonistach. Dobro wspólne było z kolei istotnym pojęciem u Tomasza, gdzie ład wszechświata przekłada się na ład porządku społecznego. Dla szkoły prawa naturalnego z Salamanki prawo było już nierozerwalnie związane ze sprawiedliwością. Wystarczy spojrzeć na tytuły prac Soto, Moliny, Lessiusa (jak standardowe „De iustitia et jure”).

Co ważne, ów prawnonaturalistyczny teolog i filozof św. Tomasz uważał, że generalnie prawa należy przestrzegać, ale skrajnie niemoralnego prawa już nie należy. Tę tradycję prawnonaturalistyczną w jakimś sensie kontynuował Gustaw Radbruch, który wystąpił  z ideą ponadustawowego prawa i ustawowego bezprawia w 1946 r., po okresie nazizmu.

 

 

Zakończenie

Początek tego zakończenia pragnę zacząć pytaniami:

Czy to jest relewantne dla polskiej sytuacji, aby de facto odnosić rządowe łamanie prawa wobec TK do moralnego i prawnego obowiązku nieprzestrzegania prawa okresu nazistowskiego? Czy prawo polskie jest tak złe jak prawo nazistowskie, że należy je łamać?

Moim zdaniem, nie. I tu Morawiecki pokazuje, że błądzi, bo intencja dziennikarza była jasna i odnosił się on do działań polskiego rządu, zadając ogólne pytanie o prymat prawa nad arbitralnością działań rządu w tym kontekście. Dlatego odpowiedział Morawieckiemu, że to jest niebezpieczna droga, którą ten chce iść („Dangerous road to go down”).

Dobro narodu ponad prawem, o którym wcześniej mówił ojciec wicepremiera, de facto zaś przypomina słowa nazistowskiego prawnika Hansa Franka z 1926 r., wedle którego interes narodowy jest ponad prawem pozytywnym. Realizacja tego hasła skończyła się upadkiem Republiki Weimarskiej i nazizmem. Oczywiście, nie należy przesadzać z tym Frankowskim porównaniem, jako że Morawiecki senior czy junior to raczej sanacyjny czy chrześcijański demokrata. Morawiecki junior jednak przesadził ze swoim porównaniem. Polska jako III RP to nie jest taki system jak państwo nazistowskie, nawet jeśli Janusz Korwin-Mikke ogłosi, że za Hitlera były kilka razy niższe podatki i było lepiej.

Dobro „życia  ludzi” i bezpieczeństwa, o których mówił Morawiecki, a które to wartości wszak są wpisane w konstytucję z 1997 r. (zob. np. stany nadzwyczajne), wydaje się, że będzie interpretowane przez tzw. wolę narodu, która to z kolei aktualizuje się i odnawia w tzw. woli partii rządzącej reprezentującej naród. De facto, zaś decydować o tym, co to dobro oznacza, a więc i o łamaniu prawa, może przewodniczący partii i jego wola czy widzimisię. Jest to hegemon zajmujący się każdym prawem i działaniem rządu, nawet prawem o wycince drzew na posesji prywatnej.

Dwór hegemona, a Morawiecki reprezentuje ten dwór, będzie serwilistycznie potakiwać hegemonowi. A nuż, ktoś zostanie ogłoszony okólnikiem premiera drugim Piłsudskim. Nie, drugiego Piłsudskiego nie będzie, Panowie Kaczyński i Morawiecki. Nikt z zainteresowanych nie ma takiej charyzmy, powiedziałby pewnie Max Weber, przewracając się w grobie.

Dawany jest obecnie zły przykład lekceważącego stosunku do prawa w młodej i chwiejnej demokracji, gdzie społeczeństwo zbyt często jest bezinteresowną, naprawdę umęczoną swym życiem masą, a zbyt rzadko obywatelską i aktywną wspólnotą podzielanych idei. Morawiecki wpisuje się tą niezręczną – ale dobrze obrazującą rządową ideologię – wypowiedzią w ten niedobry nurt lekceważenia prawa, który jest sam w sobie notabene niespójny. Dlaczego? Jego własny rząd prawi teraz morały o obowiązku przestrzegania wyroków TK, o szanowania woli większości, w tym ustanowionych reform. To mamy przestrzegać prawa czy nie? A kto i kiedy ma o tym  decydować, kiedy i kto może łamać prawo w imię życia ludzi i bezpieczeństwa? Naczelnik państwa czy generalny inspektor sił zbrojnych, czy ktoś inny? A dlaczego nie ja sam teraz (samo-anarchia)? Morawiecki zrobił też zatem coś dobrego tym wywiadem, gdyż nieświadomie otworzył puszkę Pandory z pytaniami o prawo, sprawiedliwość, nazizm, TK, hipokryzję, prawdę.

 

Dawid Bunikowski

Facebook
Share.

About Author

Leave A Reply