Konserwatyzm

Wielomski: Kto był „wyklęty”, a kto nie?

0

 

Od lat toczę spory i dyskusje dotyczące kultu Żołnierzy Wyklętych. I tak sobie kilka lat dyskutuje na łamach „Najwyższego Czasu!”, konserwatyzm.pl i facebooka, aby wreszcie zorientować się, że ten konflikt ma swoje źródło w nieporozumieniu dotyczącym samego terminu „żołnierz wyklęty”.

Zrozumienie problemu zawdzięczam kol. Mariuszowi Matuszewskiemu. Otóż, gdy napisałem, że Żołnierzy Wyklętych było kilka tysięcy, ten odpisał mi, że liczba jest fałszywa, gdyż „w różnych okresach łącznie było to 200.000”. Oświeciło mnie! Wreszcie zrozumiałem skąd jest tak radykalny konflikt pomiędzy mną a licznymi „niepodległościowcami” na temat oceny sensu walki Żołnierzy Wyklętych. Istotą problemu jest zdefiniowanie kto jest „wyklęty”, a kto nie jest. Ja pod tym terminem rozumiem i zawsze rozumiałem tylko tych żołnierzy okresu okupacji niemieckiej i komunistycznej, którzy nie złożyli broni po „amnestii” jaką uchwalił całkowicie zdominowany przez komunistów z PPR sejm w dniu 22 II 1947 roku. Ci, którzy broni nie złożyli to – wedle dostępnych mi źródeł – mniej więcej jakieś 2-5 tys. żołnierzy podziemia antykomunistycznego. W tym samym czasie moi Oponenci pod pojęciem „wyklętych” rozumieją wszystkich tych, którzy brali udział w wojnie domowej toczonej przez polskie antykomunistyczne podziemie z rodzącą się Polską Ludową, czynnie wspomaganą przez sowieckie czołgi, sowieckich żołnierzy i nade wszystko NKWD. Jeśli tak rozumielibyśmy pojęcie „wyklętych”, to wtedy rzeczywiście mamy przed oczami ruch wielusettysięczny, armię całą, złożoną z Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, części Batalionów Chłopskich, etc. Część z apologetów Żołnierzy Wyklętych dodaje do tych liczb nawet tych, których komuniści zamordowali, mimo że poddali się i zaprzestali walki, jak np. gen. Fieldorfa.

Nie zgadzam się z takim rozumieniem tego terminu, gdyż wtenczas do „wyklętych” należałoby zaliczyć każdego, kto był z powodów politycznych i ideologicznych represjonowanych przez Polskę Ludową. Skoro i gen. Fieldorf – który złożył broń i został zamordowany w sumie nie wiadomo dlaczego konkretnie – to dlaczego „wyklętym” nie miałby być chłopak skazany na 5 lat więzienia za roznoszenie ulotek lub podziemnej prasy? Byłby wtedy także problem z ustaleniem daty granicznej „wyklęctwa”: 1956 (początek destalinizacji), 1963 (śmierć „Lalka”)? Jeśli takiej daty nie określimy, to może się okazać, że nawet represjonowani w Stanie Wojennym staliby się „wyklętymi”.

Pojęcia muszą być precyzyjne, dlatego sprecyzuję własne.
Stoję na stanowisku, że od 1944 roku (wejście Armii Czerwonej w przedwojenne granice Rzeczpospolitej) do 22 II 1947 roku (ogłoszenie amnestii) w Polsce trwała normalna i regularna wojna domowa w której uczestniczyły dwie strony: 1/ żołnierze zachowujący lojalność wobec przedwojennego Państwa Polskiego, które zachowało łączność z państwowością lat 1918-1939 pomimo przebywania na emigracji we Francji, a następnie w Wielkiej Brytanii. Oddziały te korzystały z poparcia politycznego rządu w Londynie, partii politycznych w kraju, Kościoła katolickiego i szerokich kręgów polskiego społeczeństwa. Poparcie te stopniowo malało, gdy ośrodki decyzyjne zrozumiały, że w Jałcie nas sprzedano i walka zbrojna traci sens; 2/ polskojęzyczni komuniści tworzący jawnie działające struktury nowopowstającego państwa socjalistycznego, korzystający ze wsparcia NKWD i potęgi Armii Czerwonej. Uprzedzając argument, że komuniści nie utrzymaliby się przy władzy bez wsparcia sowieckiego odpowiadam, że wsparcie zewnętrzne w wojnach domowych nie powoduje, że przestają mieć charakter „domowy”. Są to takie wojny, gdzie obydwie strony głoszą, że reprezentują to samo państwo, ale pod przywództwem dwóch różnych rządów. W Syrii trwa obecnie wojna domowa, choć Asad korzysta z poparcia rosyjskiego, a islamiści amerykańskiego.

Na początku 1947 roku wojna domowa była dla antykomunistycznej opozycji  przegrana. Komuniści byli na tyle silni, aby „zorganizować” swoją wygraną w wyborach w I 1947 roku i wybrać Bolesława Bieruta na Prezydenta Polski Ludowej (2 II). Rząd w Londynie i ośrodki polityczne zachęcały podległych im żołnierzy do zaniechania dalszej walki i, o ile to możliwe, na powrót do normalnego życia. Komuniści wiedzieli, że wojnę domową wygrali i wedle klasycznych reguł końca wojny domowej, jako zwycięzcy ogłosili „amnestię” w II 1947 roku. Wojna domowa skończyła się i tylko ci, którzy nie złożyli wtenczas broni (i w najbliższym czasie) byli Żołnierzami Wyklętymi. Polska Ludowa uznała tych, co z amnestii skorzystali za stronę wojującą (belligerents w terminologii klasycznego prawa narodów), skoro: 1/ ogłosiła amnestię, czyli uznała żołnierzy podziemia jako podmiot; 2/ w późniejszym czasie pozwoliła tym, co z niej skorzystali legalnie działać w organizacjach kombatanckich. Dlatego tylko tych, którzy nie skorzystali z amnestii należy uznawać za „wyklętych”, bowiem walczyli dalej, a władza komunistyczna ich „wyklęła”, traktując już nie jako stronę wojującą, lecz jako pospolitych przestępców (rozróżnienie belligerents – latro). To, że część z korzystających z amnestii była w okresie stalinowskim represjonowana wynikało wyłącznie z terrorystycznego charakteru stalinizmu, który na ślepo uderzał na prawo i na lewo, a nie z faktu, że władza komunistyczna wycofała się z decyzji o amnestii.

I teraz zreasumuję moje stanowisko: jako katolik, Polak i konserwatysta oczywiście popieram stronę antykomunistyczną w wojnie domowej lat 1944-1947. Ale wojnę tę przegraliśmy i I 1947 oznaczał ostateczne zwycięstwo PPR, która ukonstytuowała nowe Państwo Polskie, jedyne, jakie wtenczas mieliśmy. Dalsza walka nie miała już sensu militarnego i Żołnierze Wyklęci zginęli na darmo. O ile uczestniczy wojny domowej winni być czczeni, o tyle kult otaczający „wyklętych” jest dla mnie nie akceptowalny, ponieważ wynika z niego przesłanie dla młodych pokoleń, że dobry Polak to ten, który ginie za Polskę, a nie żyje dla niej.

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy Czas!”

Facebook
Share.

About Author

Leave A Reply