Konserwatyzm

Wielomski: Upadek mitu „rozwiązania amerykańskiego”. Wstęp do książki „Wolność – bóg, który zawiódł”

0

Przyznam, że nigdy nie ceniłem refleksji filozoficzno-politycznej Hannah Arendt. Jej najważniejszą książkę, a mianowicie rozprawę na temat istoty narodowego socjalizmu (Korzenie totalitaryzmu, 1951) uważam za dość powierzchowną, a przede wszystkim pisaną z pozycji słabo zakamuflowanej niechęci do katolicyzmu rzymskiego. Przyznać jednak muszę, że Arendt umiała sprzedawać samą siebie i tworzyć – jakbyśmy to dziś powiedzieli – pijarowski wizerunek wielkiej i głębokiej myślicielki, która rzuca czytającej publice całego świata nowe, wielkie i błyskotliwe idee. Jedną z takich właśnie idei, bardziej błyskotliwą niźli głęboką, była ta, którą zawarła w swojej rozprawie O rewolucji (1963), gdzie porównała sobie i przeciwstawiła dwie wielkie insurekcje przeciwko prawowitej władzy końca XVIII wieku, a mianowicie rewolucję amerykańską (1775-1783) i rewolucję francuską (1789-1815).

W książce tej przedstawiła tezę, że zbrodni popełnionych przez rewolucję francuską w żaden sposób obronić się nie da i jakkolwiek doprowadziła Europę i świat do liberalnej demokracji (co Arendt oczywiście pochwalała), to sam przebieg i brutalność wydarzeń była nie do zaakceptowania dla humanisty. Zbrodniom i ekscesom rewolucjonistów francuskich żydowska filozofka przeciwstawiła rewolucję amerykańską: liberalną, umiarkowaną, brzydzącą się tumultem, ekscesami i despotyzmem rewolucyjnych przywódców. W ten sposób Hannah Arendt stworzyła – jeśli ktoś woli: ugruntowała – mit o możności a nawet konieczności przeciwstawienia sobie dobrej rewolucji za Oceanem i złej rewolucji we Francji. Tłumaczyła tę różnicę liberalnym i wolnościowym charakterem pierwszej z tych rewolt i demokratyczno-egalitarnym tej drugiej, gdzie różnica i pluralizm poglądów uchodziły za zbrodnię polityczną.

Szczerze mówiąc, nie wiem i nie rozumiem dlaczego Christopher Ferrara w swojej rozprawie Bóg który zawiódł. Walka z sacrum i budowanie mitu świeckiego państwa od Locke’a do Obamy nie wspomina i ani razu nie cytuje O rewolucji Hannah Arendt. W sumie jego rozprawa stanowi jedną wielką polemikę z hagiografią tej głośnej żydowskiej i liberalnej filozofki, która uciekła przed nazizmem z Niemiec do Stanów Zjednoczonych, aby dokonać tam apoteozy liberalnego charakteru swojej nowej ojczyzny. Autora o tak wielkiej erudycji jak Ferrara nie posądzam o nieznajomość O rewolucji. Zapewne ten brak odniesienia wynika z faktu, że tezy Arendt dla zaoceanicznej inteligencji są truizmami i stanowią nową ideę raczej dla czytelnika kontynentalnego.

Celem książki, którą trzymacie Państwo w ręku, jest odarcie rewolucji amerykańskiej i ukonstytuowanych przez rewolucyjnych Ojców-Założycieli Stanów Zjednoczonych z nimbu kraju wolności. To ważne i potrzebne przedsięwzięcie. W ślad za Arendt bowiem także i w polskiej literaturze amerykanoznawczej panuje przekonanie, że Stany Zjednoczone zbudowane zostały wedle zasad innego oświecenia, wedle projektu alternatywnego dla wojującego antyklerykalizmu Woltera i francuskich encyklopedystów. Pisze się i mówi, że Stany Zjednoczone zostały zbudowane przez polityków, którzy nie byli zaczytani w utopiach charakterystycznych dla filozofów francuskich, lecz na praktycznej i empirycznej myśli filozoficznej szkockiego (anglosaskiego) oświecenia. Francuscy utopiści hołdowali wizji stworzenia nowego świata niejako ex nihilo, powtarzając ludzkimi rękami Boskie dzieło stworzenia, ale w bardziej doskonałej postaci, bez błędów politycznych i niesprawiedliwości społecznych popełnionych przez chrześcijańskiego Stwórcę, którego istnienie zresztą negowano. Przeciwstawia się tej utopii praktycyzm Anglosasów, którzy nie dość, że nie chcieli stwarzać świata raz jeszcze od nowa, to – osobiście będąc deistami i religijnymi sceptykami – uznawali religię jako ważny czynnik konsolidujący społeczeństwo. Nawet jeśli sami Ojcowie-Założyciele bardziej wierzyli w wolnomularskiego Wielkiego Budowniczego niźli w Boga chrześcijan, to odżegnywali się od walki z religią, o ile tylko ta nie będzie stanowiła narzędzia dla politycznych tumultów, jak to miało miejsce w XVII wieku w czasie rewolucji angielskiej.

Christopher Ferrara rozprawia się z omówionym powyżej mitem dobrego anglosaskiego oświecenia, które choć samo jest sceptyczne, to jednak przychylne chrześcijaństwu. Dowodzi bowiem, że istotą projektu pod nazwą Stany Zjednoczone było stworzenie liberalnego państwa i społeczeństwa bez chrześcijańskiego Boga, o którym zresztą zapomniano nawet wspomnieć w konstytucji amerykańskiej z 1787 roku. Stany Zjednoczone zostały ukonstytuowane jako państwo liberalne, indywidualistyczne i faktycznie agnostyczne. Ferrara pisze:

Jednym z wielkich zwycięstw nowego “podstawowego kierunku”, czyli inaczej „klasycznego liberalizmu” jest to, że udało mu się wyrugować z umysłów członków zachodnich społeczeństw pamięć o chrześcijaństwie jako modelu i wzorcu naszej cywilizacji pełniącego tę role i funkcje przez niemal cały okres jej dziejów. W miejsce cywilizacji ukierunkowanej na Chrystusa, siły liberalizmu od niedawna – jeśli spojrzeć na to w perspektywie historii – ustanowiły nowy porządek, któremu patronuje bóg nazywany „Wolnością”. (…)  Celem niniejszej książki jest wykazanie, że rewolucyjna transformacja zachodniego świata dokonana w imię Wolności, była gigantycznym oszustwem, Wolność zaś nigdzie i nigdy nie spełniła nadziei jakie w niej pokładano, ponieważ idea ta sprowadza się po prostu do stworzenia w miejsce wcześniejszej nowej formy najwyższej władzy politycznej. Ten nowy ustrój, nazywany „rządami narodu”, nie respektuje żadnych ograniczeń, jakie tradycja i obyczaj nakładały na chrześcijańskie „monarchie absolutne”. W rezultacie, dla mieszkańców Zachodu zapoczątkowało to okres rozdziału państwa od Kościoła i rozkwit kultu państwa narodowego (zastępującego Kościół).

Autor wyżej cytowanych słów jest katolikiem w rozumieniu tradycyjnym. Nie wchodząc w szczegóły natury teologicznej lub kwestii rytu, tradycyjny katolicyzm charakteryzuje się uznaniem, że Ewangelia przyniesiona światu przez Chrystusa nie jest i nie może być sprawą indywidualną i kwestią indywidualnego wyboru. Religia chrześcijańska ma bowiem wymiar nie tylko jednostkowy, ale także wspólnotowy. Katolicka wspólnota chrześcijańska jest czymś więcej, niźli tylko zbiorem iluś tysięcy lub milionów ludzi, z których każdy z osobna samo identyfikuje się jako wierzący i praktykuje cnoty chrześcijańskie w życiu codziennym, czci dogmat katolicki i sprawuje przepisane formy kultu. Sto milionów ortodoksyjnych katolików, mieszkających w stumilionowym państwie, nie tworzy automatycznie chrześcijańskiej wspólnoty dopóki, dopóty ich wspólnota nie ma chrześcijańskiego charakteru, czyli, dopóty jej prawa mają charakter laicki i agnostyczny, gdy nie opierają się ani na prawie natury, które Bóg wszczepił wszystkim ludziom, ani na Dekalogu, który nam objawił, ani na Magisterium Kościoła, które Wszechmocny nam dał za pośrednictwem papieży, soborów i Tradycji.

Nie ma wątpliwości, że pierwsi Amerykanie byli chrześcijanami, acz należeli do różnych konfesji i sekt. Ateistów, niedowiarków i sceptyków w społeczeństwie tym była dosłownie garstka i w sumie po dzień dzisiejszy stanowią oni za Oceanem mniejszość, choć bardzo hałaśliwą. Mimo to, dowodzi Ferrara, to społeczeństwo złożone z prawie samych gorliwych chrześcijan nadało sobie ustrój polityczny i system prawny bez chrześcijańskiego Boga. Dlaczego? Dlatego, że elity intelektualne i polityczne tegoż nowopowstałego narodu wyrosły pośród sceptycyzmu Oświecenia szkockiego, które może nie było tak hałaśliwie antyklerykalne jak ich francuscy pobratymcy, ale agnostyczne w sposób niezwykle konsekwentny. Jakkolwiek miliony osadników czciły chrześcijańskiego Boga, to elity polityczne tego społeczeństwa akceptowały chrześcijaństwo wyłącznie jako sprawę prywatną. Wyrugowanie religii z prawodawstwa i życia publicznego oznaczało powolną, lecz konsekwentną atrofię wiary amerykańskiego społeczeństwa. Był to powolny, ale nieustanny proces sekularyzacji Amerykanów, którzy zachwycili się wolnością pojętą jako emancypacja od Boga i kościołów. Czym mniej było Stwórcy w ich życiu społecznym i w prawodawstwie, tym bardziej wydawało się im, że stają się wolnymi ludźmi. Tymczasem, pisze Ferrara, „Wolność nie czyni ludzi wolnymi, lecz uporczywie podważa i ruguje z życia Państwa Prawdę, która ich wyzwala”. Dlatego też autor tej pracy ogłasza jasno swój cel:

książka ta została napisana z nieskrywanym bynajmniej przez autora zamiarem podjęcia polemiki, a punkt wyjścia stanowi dla niej uznanie zasadniczej i inicjującej roli radykalnych przedstawicieli okresu tak zwanego Oświecenia w doprowadzeniu do głębokiej dechrystianizacji zachodniej cywilizacji, której negatywnych skutków obecnie doświadczamy. Polemikę tę należy pojmować w dosłownym greckim rozumieniu słowa polemos, które znaczy „wojna”.

Rozprawa Ferrary ma jeszcze jeden cel. Jest to nie tylko krytyka zasady tolerancji religijnej i amerykańskiego rozdzielenia wspólnoty politycznej od religii, czyli powtórzenie krytyki błędu potępionego w encyklice Leona XIII Testem benevolentiae. O tzw. amerykanizmie z 1899 roku, jako prowadzącego do liberalizmu religijnego i indyferencji. Ma ona charakter polemiczny także w stosunku do amerykańskich libertarian, których gloryfikacja bóstwa Wolności prowadzi na manowce idei państwa bezwyznaniowego, agnostycznego. Ferrara bowiem dowodzi, że społeczeństwo zsekularyzowane nie posiada hamulców zabezpieczających uprawnienia jednostek i wspólnot wobec Hobbesowskiego państwa-lewiatana. Historia liberalizmu jest zapisem dziejów sukcesów liberałów w sekularyzacji społeczeństw zachodnich, emancypacji jednostek ze wspólnot religijnych i podległości klasycznemu prawa natury tylko po to, aby w konsekwencji zbudować nowożytne państwo, które pochłania i ogarnia coraz to nowe sfery życia ludzkiego, dotąd regulowane przez religię i moralność. Libertarianie nie dostrzegają tej zależności, głosząc emancypację społeczeństwa od Boga i stworzenie z jednostki podmiotu i nosiciela wolności. Tymczasem człowiek wyemancypowany od Boga i chrześcijańskiej wspólnoty, zdezorientowany i samotny, natychmiast pada ofiarą państwa-lewiatana. Dlatego tradycjonalista chrześcijański stawia tezę następującą:

Wolność oznacza w rzeczywistości Władzę nieuznającą żadnych ograniczeń wpisanych w chrystocentryczny porządek społeczny, bezlitośnie zmieciony przez fale rewolucji z których pierwszą była rewolucja amerykańska.

Adam Wielomski 

Książkę można nabyć tu

Facebook
Share.

About Author

Leave A Reply