Konserwatyzm

Wielomski: Wędrówka ludów

0

 

Ostatnia wielka wędrówka ludów w Europie miała miejsce w pierwszych wiekach po Chrystusie, gdy setki tysięcy Germanów, Hunów i innych ludów maszerowało przez stepy Eurazji, docierając do granic Cesarstwa Rzymskiego. Granica ta stanowiła limes między światem cywilizacji a światem barbarzyńców. Pamiętam, że była to myśl, która przyszła mi do głowy, gdy byłem w Trewirze i spojrzałem z granicznej twierdzy-bramy Porta Nigra w dwie strony świata. Z jednej była helleńsko-rzymska wielka cywilizacja, a z drugiej strony niegdyś nie było tam dosłownie nic, przynajmniej w znaczeniu kulturowym, gdyż liczebnie tłum był stał nieprzebrany. I gdy tłum ten sforsował graniczne bariery, wtedy Rzym legł w gruzach, a nad światem zapanowała ciemność.

Dziś mamy w Europie pierwszą od ponad 1.500 lat wielką wędrówkę ludów. Przez Morze Śródziemne zmierzają ku naszym brzegom setki tysięcy i miliony imigrantów, aby najpierw pobrać zasiłki od europejskiego podatnika, potem pobudować mu meczety, a następnie utworzyć własne islamskie państwa sukcesyjne. Oczywiście, nie stanie się to ani dziś, ani na pewno za naszego życia (info dla uspokojenia Czytelników…). Rzym też nie bronił się i przyjmował imigrantów przez kilkaset lat, zanim Odoaker odesłał insygnia cesarskie do Bizancjum, proklamując ostateczny upadek Cesarstwa.

Wędrówka ludów nie omija także Polski. Ma zresztą nad Wisłą nieco odmienny charakter. Nie byliśmy, nie jesteśmy i zapewne nie staniemy się szybko celem islamskich imigrantów z Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki, ponieważ nasz kraj jest stosunkowo biedny. Ma wprawdzie infrastrukturę biurokratyczną typową dla państwa socjalnego, ale nie ma pieniędzy na socjal, czyli generuje biurokratyczne koszta obsługi systemu zasiłkowego, ale bez znaczącego socjalu. Imigranci preferują zdecydowanie te państwa, które oferują im zasiłki bez konieczności pracy. Dlatego tak kochają Niemcy i Angelę Merkel. Do Polski wcale się nie garną, a rząd polski – zresztą słusznie – wcale nie jest zainteresowany ich przyjęciem. Pamiętajmy jednak, że Beata Szydło jakiś czas temu ogłosiła, że Polska nie przyjmie uchodźców ze świata islamskiego, ponieważ przyjęła już ponad milion uchodźców z Ukrainy. Jest to fakt nie zaprzeczalny. Wielu ekspertów uważa, że Ukraińców jest w Polsce znacznie więcej. I zapewne tak jest, ponieważ od Warszawy po Słubice słyszę wschodnio-słowiańskie słowa w sklepach i na ulicy.

Polska jest szczególnym terenem wędrówki ludów, ponieważ jest zarówno terenem osiedlania się imigrantów z prawosławnego wschodu, szczególnie zaś z Ukrainy, jak i sama jest miejscem eksportowym ludzi do krajów zachodniej Europy. Do Wielkiej Brytanii i Niemiec, w mniejszej skali do innych krajów Unii Europejskiej, w ostatnich latach wyjechało kilka milionów młodych ludzi poszukujących pracy. Większość z nich nigdy już nie wróci. Polska straciła z ¼ młodego pokolenia, w tym tych dobrze wykształconych, zaradnych i skłonnych do ryzyka. I jest to polityczno-demograficzna zbrodnia za którą odpowiadają kolejne rządy solidarnościowe. Cofnęliśmy się do epoki pierwszych Piastów, gdy podstawowym towarem eksportowym z Polski byli niewolnicy. W ramach emancypacji zmienili się teraz w robotników do najsłabiej płatnych prac, które wydają się im – i na polskie standardy są – wysokie.

I paradoksalnie, szybko okazało się, że polski rynek pracy poszukuje młodych pracowników do wykonywania prac fizycznych, zarówno tych nieskomplikowanych, jak i specjalistycznych. W Warszawie znalezienie sprzątaczki, malarza czy drukarza zaczynało być nie tylko trudne, lecz wręcz niemożliwe. Doszło już do takiej sytuacji, że stawki dla „Pani od sprzątania” zaczęły być w Warszawie wyższe niż w Niemczech. W kraju została klasa zamożna, klasa średnia i zaczęło brakować pracowników fizycznych. Wtedy pojawili się Ukraińcy wpuszczeni tutaj po rozróbie na Majdanie i faktycznym upadku ukraińskiej państwowości. Szybko zaczęli wypełniać pustkę po polskich robotnikach fizycznych, którzy wyemigrowali na Zachód. Skoro Ukraina nie jest w Unii Europejskiej, to jej obywatele nie mogą na stałe legalnie przekroczyć Odry, są więc skazani na pracę w Polsce i za polskie płace. Jeśli rzuci się okiem na oferty w urzędach dla bezrobotnych, to widać wyraźnie, że mamy ich dwa rodzaje. Jedne są płatne przyzwoicie, co każe przypuszczać, iż są skierowane do Polaków. Inne są płatne na granicy pensji minimalnej. I te zapewne są dla Ukraińców.

Zasygnalizowane powyżej zjawiska wskazują, że mamy do czynienia ze specyficznie polską wędrówką ludów. Nasza młodzież i pracownicy fizyczni jadą do Niemiec i Wielkiej Brytanii, a ukraińska młodzież i pracownicy fizyczni przyjeżdżają do Polski. Uważam to zjawisko za bardzo złe, ale nie znajduję prostej recepty jak stan ten zmienić. Nikt nie zmusi polskich pracodawców, aby podwoili zarobki polskim pracownikom i zatrzymali ich przed emigracją. Z punktu widzenia ekonomicznego Ukrainiec jest rozwiązaniem bardzo mocno tańszym.

Niepokoi mnie w tym wszystkim polityka państwa i samorządów. Słyszeliśmy ostatnio o decyzji samorządowców z Legnicy, którzy zdecydowali o utworzeniu szkoły z językiem ukraińskim jako wykładowym. To błąd. Tracąca własne pokolenie Polska nie jest zainteresowana tym, aby podtrzymywać ukraińskość przybyłych. Jest zainteresowana ich polonizacją, skoro osiedlają się tutaj na stałe. Jestem przeciwny polityce polonizacyjnej za pomocą metod siłowych. Historia pokazuje, że polityka germanizacji, Hakaty i rusyfikacji przyniosła skutki odwrotne od zamierzonych, a stosowane metody były sprzeczne z prawem natury. Spójrzmy jednak na obecne Niemcy, które nie uprzywilejowują imigrantów, robiąc delikatnie, lecz stanowczo, wszystko, aby w drugim pokoleniu imigranci byli zgermanizowani. I udaje się im to, wyjąwszy ludność islamską. Jeśli już przyjmujemy Ukraińców, to sprzyjajmy ich polonizacji, bo obudzimy się z polską wersją „społeczeństwa wielokulturowego”.

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w tygodniku Najwyższy Czas!

Facebook
Share.

About Author

Leave A Reply