Bartłomiej Gajos

Habemus papam, qui papa esse non vult

19 marca 2013 | Formacyjne

Refleksje wokół papieża Franciszka.

Od wyboru Jorge kardynała Bergoglio na kolejnego następcę świętego Piotra minęło już kilka dni. Emocje związane z samym konklawe, jak i jego rezultatem powoli opadają. My zaś z każdą godziną wiemy coraz więcej o osobie nowego biskupa Rzymu. Chociaż nadal nie wiemy za wiele, jednak te szczątkowe informacje zaczynają nam powoli ukazywać kim jest – jak sam o sobie powiedział – ten papież z końca świata. Cały czas zastanawiamy się jaki będzie jego pontyfikat, jakie przyniesie zmiany Kościołowi i przede wszystkim jakie będzie miał znaczenie dla katolickiej Tradycji.

Mimo tego, że kardynał Bergoglio był wymieniany wśród papabile już 8 lat temu, takiego wyboru nikt się nie spodziewał. Wszyscy mniej lub bardziej poważni watykaniści, jak i cała opinia publiczna oczekiwała na wybór zupełnie innego kardynała. Media, co więcej, nawet polscy biskupi nie mogli nic powiedzieć na temat osoby nowo wybranego papieża Franciszka. W Polsce, a nawet w Europie był on dotąd zupełnie nieznany. Wierni związani z ruchem tradycjonalistycznym w naszym kraju słyszeli o nim raz i to, niestety, w bardzo negatywnym kontekście, kiedy to zdjęcie kard. Bergogliego przyjmującego „błogosławieństwo” od heretyckich duchownych znalazło się na jednej ze stron internetowych.

Obecny papież pochodzi z rodziny włoskich imigrantów, urodził się w 1936 roku. W roku 1958 wstąpił do zakonu jezuitów, by w 1969 roku przyjąć święcenia kapłańskie. Fakt, że nowy papież jest jezuitą ma doniosłe znaczenie. Katolikom wiernym ortodoksyjnej doktrynie Kościoła świętego nie trzeba tłumaczyć, że obecny kryzys najbardziej dotyka właśnie ten wspaniały niegdyś zakon założony przez świętego Ignacego. Chyba najlepiej zamieszanie w szeregach Towarzystwa Jezusowego opisał jego były członek x. Malachi Martin. Nie jest tajemnicą, że Towarzystwo Jezusowe jest jednym z głównych motorów modernizmu i nowinkarstwa w dzisiejszym Kościele. To właśnie jezuici w dużej mierze odpowiadają za teksty dokumentów soborowych. Ich duch unosi się nad pogrążoną w chaosie łodzią Kościoła. Karl Rahner, John C. Murray i przede wszystkim spiritus movens neomodernizmu – panteista Pierre Teilhard de Chardin – oto główne nazwiska dziwaków – pseudoteologów, których idee zatruły Kościół, a które wcześniej zostały potępione przez Rzym, a sami zainteresowani zostal pozbawiani katedr, obłożeni zakazami nauczania, publikowania i suspensami. Mimo że idee ostatniego z tej trójki były najbardziej przez Rzym potępione i zabronione, to jednak żywotność myśli Teilharda de Chardina do dziś trawi Kościól. Jezuici połowy dwudziestego wieku to także duchowni – renegaci, rewolucjoniści zaangażowani w budowanie utopijnej wizji raju na ziemi pod znakiem czerwonej gwiazdy. To także teoretycy heretyckiej i bluźnierczej teologii wyzwolenia. To w końcu także duchowni wprowadzający do życia katolickiego najdziwaczniejsze pomysły sekt heretyckich, pseudoduchowości zielonoświątkowej czy duszpasterze oaz. W takiej atmosferze rozpoczynał swoją posługę kapłańską młody ojciec Jorge Bergoglio. Kościół południowoamerykański borykał się z problemem dezercji wśród kapłanów i nowotworu teologii wyzwolenia, która rozlała się po krajach Ameryki Łacińskiej. Wtedy to przyszły papież był kolejno: mistrzem nowicjatu, profesorem (kiedy oddał prowadzenie jezuickiego uniwersytetu protestantom) i w końcu prowincjałem zakonu.

Dotychczasowe informacje, które napływają do Europy sugerują, że x. Jorge Bergoglio nie był zwolennikiem teologii wyzwolenia i wręcz ją zwalczał na terenie Argentyny. Jest jednak związany z posoborowym ruchem Comunione e Liberatione, co także ma doniosłe znaczenie. Ruch ten bowiem poświęca się sprawom społecznym, także (a może zwłaszcza) kwestii poprawy bytu materialnego wśród uboższych warstw społeczeństwa, co w połączeniu z drugim członem swojej nazwy przywodzi na myśl socjalistyczne skojarzenia. Bergoglio najwyraźniej poświęcił się ideałowi tego ruchu na co wskazuje jego postawa jako biskupa i kardynała. Rezygnacja z osobistego samochodu i kierowcy, mieszkanie w prywatnym lokum i inne tego typu postawy dowodzą tego, że celowo, wręcz ostentacyjnie, wyzbył się on pewnych udogodnień związanych z powagą swojego urzędu, aby w ten sposób zachęcić do wyrzekania się bogactwa materialnego na rzecz ubogich i uczynił z siebie rzecznika ludu. Praktykę tę kardynał Bergoglio, już jako papież Franciszek, niemal natychmiast  przeszczepia na grunt rzymski, by później móc ją zaszczepić na całym świecie. Franciszek zrezygnował z przejazdu papamobilem, przywdziewa skromne stroje liturgiczne, podkreśla sprawę ubogich niemal w każdym przemówieniu.  Do argentyńskich pielgrzymów zgromadzonych na placu świętego Piotra zaapelował, aby ci zamiast pielgrzymować na drugi koniec świata pomagali biednym. Dbanie o takie szczegóły, ich nieustanne podkreślanie i ostentacyjność wskazuje na zideologizowanie umysłu nowego papieża. Nic więc dziwnego, że spowodowało to już pierwsze reakcje. I tak na przykład schizmatycki metropolita Kijowa zarzucił papieżowi to, że ten robi to na pokaz. Dla tego dziwacznego ideału papież jest w stanie poświęcić funkcjonalność przejazdu pod eskortą policji, woli stać w korkach na ulicach Rzymu, aniżeli sprawnie przemieszczać się z miejsca na miejsce. Za wszelką cenę ma zamiar wtopić się w (ubogi) tłum. Papież, który chce wtopić się w rzeszę ubogich to jakieś monstrualne nieporozumienie. Nawet ludzie najbardziej zarażeni błędami archeologizmu nie głoszą tego, co praktykuje papież Franciszek. Na takie posunięcia czekali najwięksi wrogowie Kościoła, którzy chcą go sprowadzić do fałszywego ideału instytucji biednej.

Tradycjonalistom nie trzeba tłumaczyć, że tego typu ubóstwo, do którego dąży papież Franciszek jest zupełnie fałszywe. Spójrzmy w przeszłość, w przykłady świętych hierarchów Kościoła. Czy widzimy tam podobną niedorzeczność? Święty Jozafat Kuncewicz, arcybiskup połocki, zamordowany przez schizmatyków w 1623 roku, oddawał się ascezie rezygnując z wielu dogodności właściwych życiu metropolity. Robił to jednak w ukryciu, nie obnosząc się z tym. Nosząc włosiennicę, nie ściągał bogato zdobionych szat biskupich. Nie mieszkał w drewnianej chacie, ale w pałacu arcybiskupim. Godził osobiste ubóstwo z dostojeństwem sprawowanego urzędu. Podobnie święty Pius X, który wywodził się z ludu, z rodziny, której ubóstwo było o wiele większe niż ubóstwo dzisiejszych biedaków. Gdy dostępował kolejnych godności kościelnych nigdy nie zapominał o biednych ofiarując im swoje dochody, zapożyczając się na ich edukację czy budując dla nich szkoły i internaty. Nigdy jednak nie rozciągał ubóstwa na powagę urzędu biskupa, patriarchy czy wreszcie papieża. Nie rezygnował z barokowych szat liturgicznych, z rozbudowanego ceremoniału papieskiego i z honorów temu właściwych, a jednak osobiście pozostał biedny rozdając wszystko tym, spośród których się wywodził. Biedak św. Pius i rzymski arystokrata Pius XII posługiwali się tym samym ceremoniałem i odbierali te same honory, chociaż wywodzili się z zupełnie innych warstw społecznych. Obaj rozumieli, że hierarchia i ład, w których każdy zajmuje stosowne miejsce są ważniejsze niż poprawa złej sytuacji materialnej. Jakże różne to postawy od postawy papieża Franciszka.

Co gorsza ten apostolat wśród biednych ma aspekt głównie społeczny i materialny, a nie duchowy. Jak wiemy, kardynał Bergoglio jest przeciwnikiem rozwiązań wolnorynkowych. Nie tylko skrajnego liberalizmu, co mieściłoby się w kategoriach tradycyjnej nauki społecznej, ale przeciwnikiem wolnego rynku jako takiego, a to powinno budzić uzasadnione obawy. Gdy na tę niechęć w stosunku do  rozwiązań rynkowych patrzymy przez pryzmat apostolatu wśród ubogich, to rysuje się nam obraz jakiegoś komunistycznego proroka ludu robotniczo – chłopskiego. Dziennikarze Gazety Wyborczej z aprobatą przytaczają jego słowa, które zdają się potwierdzać to, co napisałem wyżej. W 2007 roku Bergoglio miał powiedzieć: „Trwa niesprawiedliwość przy podziale dóbr. To tworzy sytuację grzechu społecznego. Sytuację, która krzyczy o pomoc do nieba. I ogranicza tak wielu naszym braciom możliwości pełniejszego życia.”. Czy większe posiadanie prowadzi do pełni życia? Czy katolik może głosić taki nonsens?

W jakiej sytuacji postawi Kościół ta apoteoza ubóstwa? Przecież wszędzie tam, gdzie Kościół jest obecny, posiada On nieruchomości i nagromadzone przez wieki bogactwa ruchome. Bogate paramenta liturgiczne, dzieła sztuki, księgozbiory i wszelkie inne drogocenne rzeczy stanowią majątek wart niewyobrażalne wręcz sumy, o ile w ogóle są one w jakikolwiek sposób mierzalne. Zgodnie z ideałem papieża Franciszka to wszystko najwyraźniej jest solą w oku Kościoła. Co więc z tym wszystkim zamierza on uczynić? Dziś całkiem na serio musimy się liczyć z tym, że przepiękne dzieła cywilizacji chrześcijańskiej mogą zacząć znikać. Paweł VI w ramach ukłonów w kierunku ubogich zdjął tiarę, kolejni papieże zrezygnowali z koronacji, a dla papież Franciszka jazda limuzyną jest już nieskromnością, więc dlaczego miałby nie wystawić na sprzedaż bezcennych obrazów, kielichów czy monstrancji?

Z kolei w jakiej sytuacji znajdą się lokalne episkopaty, kler i organizacje katolickie, kiedy liberalne media wypowiedzą im wojnę za to, że nie realizują programu ubogiego Kościoła papieża Franciszka? Mam na myśli zwłaszcza te kraje, gdzie Kościół katolicki ma pewne przywileje i nadal mocną pozycję, czyli także nasz kraj. Nie trudno sobie wyobrazić jak wielką będzie to pożywką dla prymitywnych antyklerykałów, dla których bogactwo Kościoła jest Jego największym grzechem. Strach pomyśleć jakie będą rezultaty takiej antykatolickiej nagonki, z którą trzeba się niestety liczyć, a z czym najwyraźniej w swoim idealizmie nie liczy się Franciszek.

Kolejną kwestią, która budzi niepokój jest postawa wobec liturgii, którą prezentuje nowy papież. O ile Benedykt XVI, nawet w ramach modernistycznego Novus Ordo Missae, starał się przywrócić ceremoniom liturgicznym należną im powagę, o tyle raczej nie należy spodziewać się tego po papieżu Franciszku. Już w dniu swojej elekcji zrezygnował on z papieskiego mucetu i rokiety, a do papieskiego ceremoniarza, prałata Mariniego miał powiedzieć, żeby to on sam je założył, ponieważ karnawał już się skończył. Ciężko powiedzieć ile jest prawdy w relacjach medialnych mówiących o tym zdarzeniu, a ile zwykłego dziennikarskiego blefu. Gdyby było to prawdą, nikogo chyba już by to nie zaskoczyło. W sieci natrafić można na film przedstawiający celebrację mszy świętej (?) dla dzieci, której przewodniczył kardynał Bergoglio. Od bluźnierczej celebracji z rockową muzyką, której przewodniczył kardynał Schonborn, msza Bergoglio różni się tym, że odbyła się na otwartym powietrzu (kort tenisowy), zgromadziła większą publiczność i pojawiła się na niej kukła (!) Chrystusa Pana. Arcybiskup Buenos Aires zasłynął także tym, że postarał się o stłumienie w swojej diecezji inicjatyw, które prowadziły do rozpowszechnienia tradycyjnej Mszy świętej. Na Summorum Pontificum zareagował metodą degradacji przez awans. W ciągu kilku dni wprowadził papieskie zalecenia w ten sposób, że wyznaczył do celebrowania tradycyjnej Mszy świętej kapłanów jej niechętnych, by ci z kolei zniechęcili do niej wiernych.

To co wywołuje największe obawy to postawa wobec wspólnot niekatolickich. Kardynał w trakcie ekumenicznego spotkania klęknął przed heretyckimi duchownymi, aby przyjąć od nich „błogosławieństwo”. Czegoś podobnego nie dopuścił się ani Paweł VI, ani Jan Paweł II, ani chyba nawet ekumenista – teilhardysta Alfons Nossol. Tego jednak nie koniec, bowiem na trzy miesiące przed swoim wyborem na tron Piotrowy, kardynał Bergoglio wspólnie z żydami świętował Chanukę na oficjalnych obchodach. Za oba te akty w poprzednim Kodeksie Prawa Kanonicznego z 1917 roku groziła ekskomunika ipso facto. Jak zatem oceniać jego gesty? Co myśleć o kardynale, który zakłada jarmułkę i obchodzi pogańskie święto? Skandal bez miary i bez precedensu. Anglikańskiemu „biskupowi” miał powiedzieć, że katolickie ordynariaty dla byłych anglikanów to rzecz zbędna. Świątynie w Argentynie udostępniał poganom na ich obrzędy. Ostatnia wiadomość dotycząca antykatolickich postaw kardynała Bergoglio mówi o jego kontatkach z paramasońską organizacją Rotary Club, od której w 1999 roku otrzymał on członkostwo honorowe i odznaczenia.

Śledząc w sieci mniej lub bardziej rozbudowane komentarze, odnosi się wrażenie, że ludzie Tradycji, ludzie prawicy zupełnie nie rozumieją powagi tego co się stało. Mówi się: dajmy mu czas. Ale czy spodziewacie się Państwo cudów? Oczekujecie radykalnego zerwania Franciszka z kardynałem Bergoglio? Spodziewacie się obrony wiary? Podstawową i najważniejszą rolą papieża jest bronić wiary, paść owce Pańskie i utwierdzać braci, ale ten papież nie jest tym zainteresowany. Skandali i apostatycznych aktów kardynała Bergoglio nie przesłoni nawet jego walka ze zboczeniami i aborcją. Nota bene – jak przekazywał x. Krystian Bouchacourt – nawet w tym przypadku kardynał Bergoglio zapomniał o Bogu, a cały problem sprowadzał, po personalistycznemu, do kwestii dyskryminacji nienarodzonych. Nie pomoże czarowanie rzeczywistości i strach przed przyznaniem się do istnienia faktów, które mówią same za siebie. Przeciwko nim nie ma argumentów. Czy po człowieku, który unika konfrontacji, omija problemy, którego argentyńskie seminarium jest niemal puste, który chyba nie ma szacunku dla Najświętszego Sakramentu, który misję Kościoła sprowadza do pracy na rzecz ubogich, można spodziewać się odnowy Kościoła? Czyżby niektórzy zapomnieli co mówią apostołowie i ojcowie Kościoła o świętowaniu z poganami i wiarołomnymi żydami? Czy jeszcze nie nauczyliście się Państwo tego, że gdy modernista powołuje się na świętego Franciszka z Asyżu, to możemy być pewni wypaczenia postaci tego świętego? Modernista nie widzi w Biedaczynie z Asyżu apostoła niewiernych i duchowego wojownika. Zawsze robi ze św. Franciszka pacyfistę, rzecznika ekologów, zawsze go wykoślawi. I taki fałszywy franciszkański ideał przyświeca papieżowi – jezuicie.

Ten papież nie chce być papieżem. Nawet nie przedstawił się jako papież, a jedynie jako biskup Rzymu. Nie życzył sobie także składania hołdu i posłuszeństwa przez kardynałów. On chce walczyć z ubóstwem doczesnym, a świat dzisiaj nie na takie ubóstwo cierpi. Najwyraźniej już dawno zapomniał, że misja Kościoła jest misją zbawienia duszy, a nie zbawienia ciała w rzeczywistości doczesnej. Oby jego prośba o to, aby Bóg wybaczył kardynałom to, co uczynili, nie nabrały nowego znaczenia i powagi. Obym ja mylił się w swoich przewidywaniach.

Bartłomiej Gajos





pobierz artykuł jako PDF

| komentarzy: 17

| odsłon: 5552

|

 



Musisz być zalogowany i zweryfikowany by dodawać komentarze.


| 2013-03-19 15:03:15
Jaki wiec duch wybrał tego papieża ? Święty czy z rogami ?
| 2013-03-19 15:12:40
@Bartłomiej Gajos: Ktoś chyba Tego Papież wybrał, prawda? Czy Ich Eminencje Kardynałowie nie znali przytaczanych przez Pana faktów (o ile są to fakty, za przeproszeniem)? Jak to mówią w mojej wioseczce, "nie takie rzeczy my ze śwagrem widzieli", :-), na prawdę, nie ma się czym przejmować. Nowy papież na pewno został legalnie wybrany przez prawdziwych kardynałów mianowanych przez prawdziwych papieży. Jest więc prawdziwym papieżem. Przysługuje mu więc nieomylność w sprawach wiary i moralności. Czego by w tych sprawach nie postanowił - będzie to obowiązujacym prawem. I tyle. Negowanie tego naraża na ekskomunikę.
| 2013-03-19 15:14:46
@malok: Duch nie wybiera papieża. Papieża wybrali kardynałowie. Oczywiście, Duch Święty z całą pewnością dawał kardynałom natchnienie. Kardynałowie, mając wolna wolę, mogli Ducha Świętego posłuchać, lub nie - jak każdy człowiek.
| 2013-03-19 17:39:35
"Kardynałowie, mając wolna wolę, mogli Ducha Świętego posłuchać, lub nie - jak każdy człowiek." Czyli można Ducha Świętego się nie słuchać ? Jeśli nie jestem mu posłuszny jestem mu przeciwny, a chyba wie Pan, że sprzeciw wobec DŚ to może doprowadzić do wiecznego potępienia. Co innego popełnić błąd.
| 2013-03-19 22:20:26
Ad Piotr Kozaczewski: geoli ścisłości, papieżowi przysługuje nieomylność gdy określa definicje dogmatyczne, a nie w każdym przypadku. Ostatnio tego użył wprost Pius XII, niektórzy teologowie uważają, że Jan Paweł II odnosząc się do kapłaństwa kobiet.
| 2013-03-20 09:14:02
@malok & @Executor: "Com napisał - napisałem", :-) . Trochę po to, by uświadomić PT Kolegom jedną, moim zdaniem b. ważną rzecz. Nie wiem, czy Papież Franciszek będzie dobrym i wiernym papieżem, nie, wiem, jakie miał i ma powiązania, sympatie czy antypatie. Podejrzewam natomiast, że mamy do czynienia z bardzo sprytną grą dezinformacyjną, wymierzoną w FSSPX. Schemat gry, w punktach: 1/ Papież ostentacyjnie deklaruje ubóstwo i "opcje na rzecz ubogich", a FSSPX - (słuszne) przywiązanie do tradycyjnych, bogatych form. 2/ Papież deklaruje/od papieża się oczekuje (w mediach) walki z tzw. "patologiami w Kosciele", jak pedofilia, pedalstwo, przypadki ew. nadużyć finansowych. 3/ W mediach pojawiają sie "wrzutki" n.t. Papieża, dawane moim zdaniem po to, by gorliwcy/nadgorliwcy/masońskie_wtyczki w FSSPX podchwytywały temat, dając asumpt mediom do spekulacji o tym,że FSSPX "opluwa" nowego Papieża na samym starcie, zanim ten zdążył jeszcze zrobić cokolwiek. 4/ Stąd niedaleko do stwierdzenia o "apriorycznych uprzedzeniach" FSSPX do papieża. 5/ Skoro tak, to wszelka krytyka Papieża przez FSSPX będzie mogła być przedstawiona jako niepoważna, mało tego, mozliwy bedzie zarzut, że, za przeproszeniem "FSSPX stało tam, gdzie stali pedofile". 6/ Jeśli Papież faktycznie jest taki, jak mu niektórzy zarzucają, to gdy podejmie decyzję o ponownej ekskomunice lub rozwiązaniu FSSPX, to obawiam się, że niewielu zaprotestuje. Dlatego, póki co, WARTO SIĘ PRZYMKNĄĆ I NIE SZCZEKAĆ, dla dobra Bractwa i w trosce o zbawienie tych dusz, które z posługi Bractwa korzystają!
| 2013-03-20 09:18:11
@malok: "... Czyli można Ducha Świętego się nie słuchać ?..." - można w senie "jest to wykonalne", nie można w tym sensie, że "nie wolno tego czynić". [Odwieczny problem języka polskiego ze słowem "móc". Niemcy np. mają "kann" - umiem, potrafię, jestem w stanie i "darf" - wolno mi, mam prawo.]
| 2013-03-20 10:03:30
@Piotr.Kozaczewski Czyli myśli Pan po niemiecku piszę po polsku :). Ale Pan piszę "Kardynałowie, mając wolna wolę, mogli Ducha Świętego posłuchać, lub nie - jak każdy człowiek." Mając wolną wolę mogli posłuchać lub nie. Jeśli ktoś popełnia błąd , to posiada wolną wolę , czy jest skażony grzechem popełniając błąd , tym samym nie posiada wolnej ("wolność od" -grzechu) woli bo jest grzeszny? Pan tłumaczy to subtelnym znaczeniem słowa "móc". Myślę, że nie powinien Pan używać słów polskich w znaczeniu niemieckim, granica między fałszem a prawdą jest bardzo cienka. Jeśli kardynałowie przy wyborze Papieża popełnili błąd , to nie mógł to być Duch Święty , tylko przebieraniec z rogami, tym samym nie posiadali wolnej od grzechu,błędu woli. Konfrontacja modernistów z konserwatystami w KK jest też ciekawym polem do analizy. Gdzieś jest błąd, zło , które mądrością i pokorą trzeba wyplenić.
| 2013-03-20 10:56:07
@malok: Nie wiem, czy popełnili błąd. Nie wiem czy wybrali niewłaściwie. Czas pokaże. Wiem że mieli asystencję Ducha Świętego, że mieli możliwość wybrać dobrze. Domyślam się też, że Szatan na pewno nie próżnował. Jako osoby wolne, kardynałowie mieli techniczną możliwość posłuchać głosu Ducha Świętego lub posłuchać podszeptów demona. Kogo posłuchali? Czas pokaże. To tak, jak z obietnicą Pana Jezusa daną Kosciołowi, że "bramy piekielne go nie przemogą". Oznacza to tyle, że żadna siła zewnetrzna nie jest w stanie zmusić Kościoła do opuszczenia Pana Jezusa. Ale Pan Jezus pyta też złowrogo: "Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę, gdy przyjdzie?". Czyli globalne porzucenie Pana Jezusa jest jednak mozliwe! Ale, w świetle obu wypowiedzi widzimy to jasno, że ewentualna globalna apostazja nie bedzie wynikiem przemocy, bo "...nie przemogą...", lecz suwerennej decyzji ludzkiej woli...
| 2013-03-22 14:34:02
Suwerenność, to nowożytny termin. Wprowadzony przez nominalizm. Ani średniowiecze ani wieki wcześniejsze nie znały jeszcze "suwerennej ludzkiej woli". Wystarczy sobie "Wyznania" Augustyna przeczytać. A tak w zasadzie, to co ją powoduje? Wolny akt woli musi być powodowany jakimś innym, równie wolnym aktem i tak w nieskończoność. A może akt woli stwarza sam siebie? Oba wyjścia są równie absurdalne, co świadczy, że z naszym pojęciem wolnej woli jest coś nie tak. U Akwinaty wola jest zakotwiczonym w pragnieniach poznaniem. Dziś wiemy (z neurobiologicznych eksperymentów a nie z psychologii i filozoficznych dociekań), że tzw. wolny akt woli (podobnie jak świadomość) jest kształtowany przez poznawczą i emocjonalną aktywność mózgu. Uszkodzenie określonych rejonów w mózgu (np. kory brzusznoprzyśrodkowej) skutkuje utartą możliwości podejmowania decyzji. Przy odpowiednim obrazowaniu pracy mózgu można zdiagnozować decyzję badanej osoby na 7 minut przed jej podjęciem z 60% trafnością. Co więcej, można zablokować aktywność rejonów kory odpowiadających za świadomość i wtedy badany, choć dokonuje wyborów, zaprzecza jakoby podejmował jakieś decyzję. Nie odbiera własnych działań jako własnych. Świadomość podejmowanych decyzji wraca mu z chwilą zaprzestania oddziaływania na obszary odpowiedzialne za generowanie świadomości. Jeśli ktoś na serio wierzy w Boga, Wszechmogącego i Stworzyciela, to nie może utrzymywać, że wszystko podlega Jego woli, oprócz aktywności ludzkiego układu nerwowego, która jest "niezależna". Dodajmy: aktywności, o której człowiek nie ma pojęcia, funkcjonującej w psychologii jako nieświadomość. Zatem "suwerenne decyzje ludzkiej woli" sprzeciwiające się Bogu, można sobie między bajki wsadzić. Tudzież takowe decyzje kolegium kardynalskiego.
| 2013-03-22 16:36:04
" Zatem "suwerenne decyzje ludzkiej woli" sprzeciwiające się Bogu, można sobie między bajki wsadzić. Tudzież takowe decyzje kolegium kardynalskiego. " Czyli nie ma suwerennej ludzkiej woli. Kto, co jest pierwszą przyczyną naszych decyzji ?
| 2013-03-22 17:56:50
Ad. Piotr Kozaczewski: rozumiem troskę i obawy, niemniej nie należy bronić dobre sprawy w zły sposób, bo potem wyjdzie z tego jakieś inne zło. "Baczmy, byśmy nie stali się prostym przeciwieństwem naszych wrogów".
| 2013-03-22 18:59:20
"„Cała istota wolności zależy od charakteru poznania” [Św. Tomasz, 1998: 300]. Rdzeniem wolnej decyzji, twierdził Tomasz, jest poznający rozum, który „porusza wolę proponując jej właściwy przedmiot, którym jest cel” [tamże: 316]. Wolnej decyzji nie należy zatem pojmować jako woli w znaczeniu bezwzględnym, lecz wyłącznie w relacji do rozumu. Akwinata zwraca uwagę na związki pomiędzy wolą a poznawczymi aspektami ludzkiej psychiki. Dokonujący osądu rozum ukierunkowuje wolę ku działaniu. Nie tylko postępowanie człowieka, lecz także i aktywność zwierząt wynika z określonego sądu. Zwierzęca ocena ma jednak charakter ograniczony do „konkretnej postrzeganej rzeczy i konkretnego doznania”, a co najważniejsze zwierzęta „nie znają natury własnego osądu”[tamże: 300-301]. W przypadku człowieka „sąd znajduje się w posiadaniu sądzącego, gdy może on rozstrzygać o własnym sądzie, bo rozstrzygać możemy tylko o tym, co jest w naszym posiadaniu” [tamże:300]. Na tej podstawie, konkluduje Tomasz, człowiek posiada wolną decyzję, a zwierzęta nie [...] Istota ludzkiej wolności, jak pisał Tomasz z Akwinu, zależy od charakteru poznania, aczkolwiek zależność ta jest o wiele bardziej złożona niż to, co jawi się subiektywnemu ja” - pisał Jacek Dębiec (zob. http://www.granicenauki.pl/index.php/pl/eseje/446-j-debiec-odczucie-swiadomej-woli-a-idea-przyczynowosci-psychicznej). Panująca w Bractwie Piusa X i na tutejszym portalu nominalistyczna koncepcja woli/religii/wiary jest kontrfaktyczna. Gdyby istniał człowiek wg wyobrażenia lefebrystów, niczego by nie wiedział i niczego by się nie uczył. Niczego by też nie chciał i nie wartościowałby (w ostatnich latach poznaliśmy mechanizm motywacji, czyli układ dopaminergiczny; Waelti 2001, Spitzer 2002 i inni, dzięki czemu rozumiemy na czym polega różnica motywacji szczura, czy psa od motywacji człowieka; nota bene wiedza ta kwalifikuje konserwatyzm jako dysfunkcję psychiczną: nieistnienie wypracowanego ewolucyjnie zdolności do uczenia się, czyli przyswajania NOWYCH danych). Jednak to wszystko nieważne. Najważniejsze, by człowiek miał zdolność do rytualnej krwawej zemsty, na której polega źrenica oka czyli istota Mszy Św. i podobno miłość. Z czym można się oczywiście nie zgodzić: http://www.granicenauki.pl/index.php/pl/granice-nauki/umysl/420-kochaj-blizniego-dla-siebie-samego
| 2013-03-23 00:41:08
To jak to w końcu rozumieć? Czy jest tak, jak napisał p. Kozaczewski, że Kościół może być przemożony (tyle, że nie przez bramy piekielne/siłę zewnętrzną)? Cyt. "To tak, jak z obietnicą Pana Jezusa daną Kosciołowi, że "bramy piekielne go nie przemogą". Oznacza to tyle, że żadna siła zewnetrzna nie jest w stanie zmusić Kościoła do opuszczenia Pana Jezusa. Ale Pan Jezus pyta też złowrogo: "Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę, gdy przyjdzie?". Czyli globalne porzucenie Pana Jezusa jest jednak mozliwe!" - To jest możliwe, czy nie jest? Czy może słowa "bramy piekielne go nie przemogą" interpretować w ten sposób, że zostaną niedobitki - na analogicznej zasadzie, że "bramy germańskie" nie przemogły Słowian Połabskich, bo przecież zostało trochę Serbołużyczan.
| 2013-03-23 15:29:24
Dla mnie osobiście takie rozważania to pokłosie chorej koncepcji łaski wg której na łaskę trzeba sobie zasłużyć. Łaska zatem kosztuje i wcale nie jest darmowa (pelagianizm: zasługa=łaska). Nie każdy może podobać się Bogu. Żeby przypodobać się Bogu, trzeba przekroczyć swoją, grzeszną naturę np. oddając się jedynej, słusznej doktrynie. Stąd jest ideologiczny brak zaufania do siebie samego, do natury i do świata przy jednoczesnym wymogu zbawienia się samemu, własnym wysiłkiem wiary i ascezy, który jest właśnie "łaską", co oczywiście prowadzi w najlepszym razie do nerwicy.
| 2013-03-23 23:26:16
@Executor: Jakiej, Pana zdaniem, dobrej sprawy broniłem, Pana zdaniem, w zły sposób? Na prawdę nie rozumiem... Pozdrawiam.
| 2013-03-23 23:28:18
@Michał: Może i możnaby mówić o "niedobitkach", ale co wtedy oznaczłoby owo "Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę, gdy przyjdzie?". Moim zdaniem, nawet Pan Jezus dopuszcza to globalną/totalna/absolutna apostazję.















RSSRSS FacebookFACEBOOK COPYRIGHT © 2011 KONSERWATYZM.PL