Nazistowska polityka historyczna wobec okupowanej Holandii

Dnia 10 maja 1940 roku oddziały Wehrmachtu przekroczyły granicę Królestwa Niderlandów. Opór przeciw górującemu technicznie agresorowi trwał pięć dni. Królowa Wilhelmina i członkowie rządu ewakuowali się do Londynu. Bezpośrednią władzę w imieniu Führera nad Holandią objął Komisarz Rzeszy Arthur Seyss-Inquart (1892-1946), były polityk austriacki, zwolennik Anschlussu i członek NSDAP od maja 1938 roku.

W swoim inauguracyjnym przemówieniu Seyss-Inquart zapewnił, iż III Rzesza nie będzie pozbawiać Holendrów wolności (życie codzienne tego narodu rzeczywiście nie zmieniło się zbytnio pod okupacją) ani zmuszać ich do zaakceptowania nazizmu jako programu politycznego, jednocześnie jednak naziści starali się zintegrować gospodarkę holenderską z gospodarką Rzeszy, tak by ta pierwsza zaspokajała potrzeby drugiej. W rezultacie pozbawianie holenderskich przedsiębiorstw owoców jej pracy nazywano „eksportem” do Niemiec, a około 530,000 Holendrów (cywilów, gdyż jeńców wojennych zwolniono w geście pojednawczym) pracowało pod przymusem dla III Rzeszy.

Jakby na przekór obietnicy Seyss-Inquarta Holendrów dość intensywnie urabiano pod względem ideologicznym, by zaakceptowali swą rolę jako narodu satelickiego Niemiec przywiązanego doń tysiącznymi więzy kulturalnymi, gospodarczymi, historycznymi i rasowymi. Nie brakowało wśród holenderskiej elity ludzi niechętnych Francji i Wielkiej Brytanii, którzy rzeczywiście wierzyli w możliwość odniesienia wzajemnych korzyści ze związków z Rzeszą, lub udawali pod presją sytuacji. Swoista propaganda „przyjaźni” niemiecko-holenderskiej nie ominęła historiografii. Próbowano wykazać na przykładach historycznych jak wielkie szanse daje współpraca między obu krajami i narodami, oraz eksponowano historyczne przykłady takiej współpracy.

Pod patronatem komisarza Rzeszy powstała w 1941 roku wspólna publikacja kilkunastu naukowców holenderskich i niemieckich pod tytułem: Die Niederlande im Umbruch der Zeiten – „Niderlandy w czasach przełomu ”. Redaktorem naczelnym był baron Maximilian du Prel (1904-1945), oficer SS i dziennikarz pracujący od 1933 roku w redakcji Völkischer Beobachter. Do lipca 1940 Generalgouverneur für Presse und Propaganda. W 1941 roku założył Union Nationaler Journalistenverbände (UNJ).

We wstępie omawianej publikacji wspomniano o kulturowych związkach Niderlandów z Niemcami i o „szczególnie wartościowej roli jaką niderlandzka kultura może odgrywać w ramach wielkogermańskiego gmachu kulturowego (großgermanisches Kulturbau). Następnie w owym mglistym wstępie napotykamy na pochwałę holenderskiego drygu do handlu, zapewne jako o kolejnym pozytywnym aspekcie holenderskiej kultury nieodzownym dla wspólnoty germańskiej.

Honor bycia głównym i pierwszym autorem przypadł doktorowi Bernardowi Vollmerowi reprezentującemu wówczas państwowe archiwa III Rzeszy. Vollmer opisał bardzo ogólnikowo dzieje holenderskie podkreślając to co zbliżało je do Niemiec. Już na początku wspomniał o roli Holandii w handlu reńskim, zręcznie przechodząc do epoki wczesnonowozytnej kiedy Holandia przeszła w orbitę oceanicznego handlu, co ostatecznie odbiło się na jej niekorzyść wskutek dominacji ambitnych Anglików.

Vollmer wspomniał o germańsim pochodzeniu Holendrów, choc przyznał iż ludność prowincji Zelandii miałą pochodzenie celtyckie. Jednak Substanz der Bevölkerung pozostawał jego zdaniem germański, to zaś miało zdecydować o buncie przeciw Hiszpanom. Chodziło mu oczywiście o powstaniu założycielskim Republiki Zjednoczonych Prowincji Niderlandów w 1581 roku. Vollmer łączył to zdarzenie w przedziwny sposób z poczuciem germańskości u Holendrów i ubolewał nad historiografią holenderskiego „kosmopolitycznego mieszczaństwa”, które nie doceniało należycie germańskości Holendrów i wniosków z tego płynących. Tekst jest pisany bardzo ostrożnie, ale widać wyraźnie tendencję do wyjaśniania zdarzeń historycznych czynnikami rasowymi. Czego w ogóle brakuje w tym miejscu to podkreślenia znaczenia czynnika religijnego. Powstanie Republiki Niderlandzkiej tłumaczy się zwykle bowiem sprzeciwem wobec niepopularnej katolicko-kontrreformacyjnej polityki hiszpańskiego namiestnika Fernando Álvareza de Toledo, księcia Alby (1507-1782).

Bernard Vollmer cytował najwybitniejszego chyba historyka holenderskiego Johana Huizingę (1872-1945), któremu w 1942 naziści zabronią wykładać, że: „w narodzie holenderskim nie istnieje pojęcie germanów” (In unserem Volk liebt kein Begriff Germanen). Huizinga miał na myśli fakt, że Holendrom bycie germanami nigdy nie było potrzebne w kształtowaniu ich charakteru narodowego ani własnej mitologii państwowej. Przypomina to nieco przykład francuski. Francuzi traktują za swych przodków przede wszystkim celtyckich Gallów, choć w ich żyłach płynie więcej krwi frankijskiej (a wiec germańskiej) i romańskiej.

Chcąc podkreślić germańskie pochodzenia Holendrów Bernard Vollmer przytacza holenderski cytat z 1535 roku, gdzie mowa o tym, że cos zostało pięknie „wyniemczone” (wyrażone) w naszym niderlandzkim języku – in onze nederlandsche sprache verdeutsch. Takie wyrażenie mogło być użyte zapewne dlatego, iż przymiotnik thiutisk/deutsch/teutsch (po łacinie: theodiscus po niderlandzku: duits) oznaczało pierwotnie „ludowy”. Vollmer najprawdopodobniej rozmyślnie udał, iż nie rozumie tej subtelności.

Interesujące jest to, ze nie odwołał się na przykład do słów hymnu holenderskiego skomponowanego jako jedna z wielu pieśni patriotycznych między 1568 i 1572 rokiem opowiadająca o przywódcy antyhiszpańskiego powstania Wilhelmie I Orańskim (1533-1584): Wilhelmus van Nassouwe/ben ik, van Duitsen bloed/den vaderland getrouwe/blijf ik tot in den dood. („Jam Wilhelm z Nassau/z niemieckiej krwi/wierny Ojczyźnie/pozostanę do śmierci”). Oczywiście to, że Wilhelm był niemieckim księciem z Nassau nie pozbawia historii Holandii jej wyjątkowości i oryginalności. Vollmer wykorzystał niemieckość księcia i jego rodziny, oraz fakt, iż poświęciła ona trzech mężczyzn sprawie niepodległości Holandii, omijając fakt, iż jako książęta Orange należeli oni również do francuskiej arystokracji.

Bernard Vollmer pisał, iż „Rzesza wspierała Holandię”, a Hanza przyczyniła się do wzrostu gosp. Holandii, co jest przekłamaniem, ponieważ Holendrzy (już pod panowaniem burgundzkim w XV wieku) rozwijali swój handel morski i przybrzeżny wbrew silnej konkurencji hanzeatów i Anglików. Zapewne Vollmerowi było niewygodnie wspomnieć o tych drugich konkurentach by nie naruszyć mitu o współpracy hanzeatów z Holendrami. Podobnie nie wypadało mu podkreślać zasług znienawidzonych przez Hitlera Habsburgów, choć zauważył pewną ich rolę cywilizującą (Order Złotego Runa i życie dworskie).

Widzimy tu kolejny przykład niekonsekwencji wywodów Vollmera, ci sami Habsburgowie są źli gdy reprezentują Hiszpanię, jak i dobrotliwi gdy reprezentują Cesarstwo czyli Niemcy. Oczywiście Vollmer nawet nie wspomina nazwiska znienawidzonej przez austriackiego nacjonalistę i wodza Rzeszy, dynastii. Podobnie przewrotna jest interpretacja znaczenia reformacji; Vollmer stwierdza, że wielka szkodą był fakt wybrania przez Holendrów kalwinizmu, ponieważ utracili oni możliwość uzyskania pomocy z luterańskich Niemiec, które oparły się drugiej fali reformacji.

By nie popaść w myślenie ahistoryczne wystarczy tu stwierdzić, że trudno sobie wyobrazić pomoc któregoś z niemieckich państewek dla powstańców holenderskich w 1581. Pewnej pomocy udzieliło wówczas inne protestanckie państwo – Anglia Elżbiety I. Jak widać Anglikom nie przeszkadzały różnice między kalwinizmem holenderskim a anglikanizmem, ale oczywiście trudno wymagać od nazistowskiego autora by wydobył na pierwszy plan jakikolwiek pozytywny aspekt dawnych stosunków miedzy Holendrami a przodkami Churchilla. Zapewne autorzy nazistowskiej publikacji nie sądzili, ze ktokolwiek odważy się skrytykować „oficjalną” historiografię i mit o odwiecznej współpracy niemiecko-holenderskiej, dlatego czasem nie starali się nawet zbytnio zadbać o spójność swojego wywodu historiograficznego. Na wszelki jednak wypadek nie-nacjonalistyczni historycy tacy ja Huizinga musieli pożegnać się z salami wykładowymi.

Następnie Vollmer sięga po przykłady wybitniejszych jednostek pochodzących z Niemiec, a zasłużonych dla Niderlandów. Do wymienionych należeli: baron Gustaaf Willem Baron van Imhoff (1705-1750) z dolnosaksońskiego miasta Leer, leżącego kilka kilometrów od granicy holenderskiej. Baron rozpoczął w 1725 roku służbę w holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej (VOC-Vereenigde Oostindische Compagnie), a 23 lipca 1736 roku został holenderskim gubernatorem Cejlonu. W marcu 1740 zastąpił go na tym stanowisku rodowity Holender Willem Mauritiz Bruininck. Od 1743 roku do śmierci van Imhoff był generalnym gubernatorem Wschodnich Indii Holenderskich i wsławił się wieloma udanymi reformami.

Trudno jednak uznać van Imhoffa za Niemca, ponieważ w sensie kulturowym Wschodnia Fryzja z jej feudalną szlachtą istotnie przypominały ówczesne Niemcy, ale jej przedstawiciele z pewnością uważali się za szlachtę niderlandzką i mówili językiem niderlandzkim. Warto pamiętać, że nie we wszystkich prowincjach dawnej Republiki Zjednoczonych Prowincji górne piętro drabiny społecznej zajmowali regenten – kupcy i mieszczańscy rentierzy. W prowincjach pozbawionych dostępu do morza o zdecydowanie rolniczej gospodarce ich rolę grała typowa ziemiańska szlachta, podobna do niemieckiej. Ponieważ jednak kupieckie prowincje „morskie” Holandia i Zelandia zapewniały ponad 50% dochodów budżetu Republiki (sama Holandia – nieco ponad 40 %), badacze często pozostawiają na marginesie swoich zainteresowań, jak to ujął brytyjski historyk C.R. Boxer, „owych dziedziców z Geldrii, dzierżawców z Overijssel i ziemiańską szlachtę Fryzji ”.

Kolejną postacią wymienioną przez Vollmera był baron Joachim Ammena van Plettenberg (1739-1793) urodzony co prawda w niderlandzkim Leeuwarden, ale wywodzący się ze szlachty westfalskiej. Von Plettenberg był gubernatorem holenderskiej Kolonii Przylądkowej od 11 sierpnia 1771 do 14 lutego 1785.

Podobne przykłady niemiecko-holenderskiej współpracy i braterstwa broni eksponował holenderski germanofil Jac van Essen w swojej pracy napisanej w okupowanej przez hitlerowców Holandii. W armii Republiki Zjednoczonych Prowincji, której stan po 1713 roku, kilkakrotnie zmniejszano, panował niski etos oficerski, co jednak nie zniechęcało od służby w nim wielu cudzoziemców, zwłaszcza pochodzących z Niemiec. J.C. Rademacher (1741-1783) w 1782 roku jako komisarz floty umacniał Batawię (dziś Dżakarta w Indonezji) przed spodziewanym atakiem brytyjskim. Wśród niemieckich oficerów armii holenderskiej nie brak członków rodów arystokratycznych; jak Carl Heinrich Anthing (1766-1823), czy nawet książęcych.

Nie ujmując niczego wyżej wymienionym wybitnym jednostkom, wypada przypomnieć, że w nieznającym nacjonalizmu wieku XVII i XVIII wieku zatrudnianie oficerów, a nawet dyplomatów pochodzących z obcych państw. Wystarczy przywołać tu list jednego nie-Austriaka, księcia Eugeniusza Sabaudzkiego z 6 lipca 1709 roku do drugiego nie-Austriaka księcia Filipa von Hessen-Darmstadt w sprawie przeniesienia z armii hiszpańskiej do austriackiej niejakiego płk. Isola, Hiszpana rekomendowanego przez heskiego księcia by zrozumieć zjawisko.

Podobnie było z dyplomatami. Heski dyplomata Johann Jakob Wolff von Todenwarth (1585-1657) reprezentował zarówno Hesję-Darmstadt, jak i wolne miasto cesarskie Ratyzbonę na rokowaniach pokojowych w Münster i Osnabrück (1645-1649). Abraham de Wicquefort (1598-1682) reprezentował Rzeczpospolitą w Hadze w latach 1665-1670. Później pełnił analogiczną funkcję wobec Księstwa Brunszwik-Lüneburg. Friedrich Ernst von Fabrice (1683-1750) był holsztyńskim (1711-1715) posłem w Szwecji, a w roku 1716 był hanowersko-brytyjskim delegatem na kongres w Brunszwiku. Inny holsztyński dyplomata Kasper von Saldern (1711-1786) przeszedł w 1763 roku na służbę rosyjską. Genueński patrycjusz Antonietto de Botta-Adorno (1688-1774) był w latach 1762-1764 był ambasadorem Austrii w Petersburgu.

Friedrich Heinrich von Seckendorff (1673-1763) pochodzący z Bawarii w 1713 przeszedł z armii austriackiej w służbę w saskiej dyplomacji. W 1713 roku podpisał w imieniu Elektoratu Saksonii pokój w Utrechcie, a w 1717 powrócił na służbę w armii i dyplomacji Austrii. Genarał Johann von Pretlack prowadził w 1735 roku w Kassel i w Wiedniu negocjacje w imieniu Hesji-Darmstadt i cesarza Karola VI.

Listę tych dyplomatycznych najemników można by ciągnąc w nieskończoność; niektórzy reprezentując kraje chwilowo sobie nieprzyjazne miewali poważne problemy. Nawet u niechętnych najmowania cudzoziemców do służb dyplomatycznych Brytyjczyków znajdziemy Szwajcara z pochodzenia, Sir Luke’a Schaub (1690-1758), ambasadora brytyjskiego w Wiedniu (1715-1716) i w Paryżu (1721-1724). W Danii po obaleniu niepopularnego ministra niemieckiego pochodzenia hr. Johanna Friedricha Struensee (1737-1772), nowy minister rodowity Duńczyk Ove H?egh-Guldberg (1731-1808) wprowadził w 1776 roku ustawę o obywatelstwie, która wykluczała cudzoziemców ze sprawowania wysokich funkcji publicznych. Dania i Wielka Brytania były jednak zupełnymi wyjątkami.

Narodowość nie miała znaczenia dla ludzi XVII i XVIII wieku, co jednak nigdy nie przeszkadzało nacjonalistycznym historykom XIX i XX wieku manipulować historią. Vollmer kończy swą listę Niemców zasłużonych dla narodu holenderskiego przykładem Księcia Karla Bernarda von Sachsen-Weimar-Eisenach (1792-1862), który jako dowódca holenderskiej armii walczył z Belgami w 1830 roku. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem dlaczego Niemcy tak często przechodzili na służbę holenderską są podobieństwa językowe i bliskość geograficzna.
Francja i Anglia w artykule Vollmera mogą jedynie grać role negatywne. Przypomniał on francusko-angielską inwazję 1672 roku na Holandię, nie wspominając, iż taki sojusz angielsko-francuski był dość egzotyczny i jako taki wkrótce się rozpadł.

Charakterystyczne jest tu traktowanie przez Vollmera obu agresorów jako jednego wspólnego świata czyli – „Zachodu”, na którym nie wolno nigdy polegać, ponieważ gotów jest zaatakować by zaspokoić swe ambicje. Również Jac van Essen uważał Francję i Anglię za Zachód, z którym Holandia zbyt długo i zbyt często pozostawała w kulturowym i cywilizacyjnym nienaturalnym (widernatürlich) związku. Związek ten był rozumiany jak najszerzej – jako udział w zachodniej cywilizacji handlowo-kapitalistycznej, zamiast w gospodarce niemiecko-reńskiej. Van Essen widział w okupacji hitlerowskiej szansę powrotu Holandii na właściwe tory – współpracy z Rzeszą.

Bardzo silne ostrze antykapitalistyczne widoczne jest u Vollmera także przy omawianiu buntu mieszczan przeciw najwyższemu urzędnikowi prowincji Holandii (najsilniejszej z siedmiu prowincji współtworzących Republikę Niderlandzką) – wielkiemu pensjonariuszowi Johanowi de Witt (1625-1672). Został on zamordowany w Hadze wraz z bratem przez tłum oranżystowski, tj. sprzyjający powołaniu kolejnego księcia Orańskiego – Wilhelma III na stanowisko namiestnika Republiki Niderlandów i naczelnego wodza jej sił zbrojnych. Według Vollmera hasło: Oranje boven, de Witten onder! („Niech żyją Orańczycy, precz z de Wittami”) było skierowane przeciw władzy holenderskich i zelandzkich regentów nie tylko jako zwolenników decentralizacji i osłabienia siły Domu Orańskiego, ale także jako łapówkarskim kapitalistom.

Widać tu wyraźnie kolejne błędy w rozumowaniu Vollmera. Nie rozumie on zupełnie polityki XVII i XVIII-wiecznych Niderlandów, gdzie polityka toczyła się wokół haseł decentralizacyjnych i centralizacyjnych. Regenci rzeczywiście byli nielubiani, jako warstwa mająca monopol na wysokie stanowiska w Holandii i Zelandii. Regenten – byli to członkowie potężnych wzbogaconych na handlu, bądź produkcji (traffieken – manufaktury) rodów. Tak pisał o nich w 1740 roku pewien Anglik od dawna zamieszkały w Republice:

„…Rządy mają arystokratyczne, przeto nie należy rozumieć owej tak bardzo zachwalanej wolności Niderlandczyków w znaczeniu powszechnym i absolutnym, lecz cum grano salis. Burmistrzowie i senat stanowią władzę; jeśli wskutek czyjejś śmierci otworzy się wakans, burmistrz poczytałby sobie za wielką obrazę, gdyby jakiś rozdrażniony mieszczanin ośmielił się szemrać przeciwko osadzeniu na tym stanowisku jednego z synów lub krewniaków onegoż burmistrza …”.

Ich sposób życia był w XVII wieku typowy dla zamożnych mieszczan (skromne jadło, mieszkanie w kamienicach, najwyżej jeden sługa podający posiłki i napoje), by z czasem coraz bardziej upodabniać się do stylu życia cudzoziemskiej szlachty (nabywanie majątków ziemskich, wykwintne dania, francuskie surduty i peruki). Spośród 24 regentów zajmujących w latach 1718-1748 stanowisko burmistrza Amsterdamu, tylko 2 było czynnymi kupcami. Zamach oranżystowski z 1748 roku, zmienił nieco te proporcje, aż 13 z 37 burmistrzów z lat 1752-1795 było albo czynnymi kupcami, albo ludźmi dopiero co porzucającymi profesje kupca (np. w związku z obowiązkami burmistrza).

Regenci byli oskarżani zarówno przez współczesnych im oranżystów, jak i przez późniejszych historyków o brak patriotyzmu i egoizm, choć zdarzali się także regenci-centraliści, jak Simon van Slingelandt (1664-1736), który w 1716 roku zaproponował utworzenie rządu centralnego rządzącego całą Republiką, jednak jego propozycje odłożono ad acta. Drukowano za to bez przeszkód dzieła obrońców władzy regentów. Choć nienawidził Orańczyków, po 1748 orańska propaganda przedstawiała go jako oranżystę.

Pegenci to ulubione kozły ofiarne na których kilka pokoleń holenderskich historyków zrzucało winę za utratę przez Republikę Zjednoczonych Prowincji Niderlandów mocarstwowej pozycji w ciągu XVIII wieku. Kilka słów w obronie „Czasu perukowego” – Pruikentijd – jak często pogardliwie określa się holenderski XVIII wiek, wypowiedział najsłynniejszy holenderski historyk Johan Huizinga (1872-1945), który diagnozował, że holenderski wiek XVIII, „czas peruk i tabaki, mieszczański i sentymentalny: miał w sobie niezaprzeczalną ukrytą wielkość, polegającą na przejrzystości myśli ludzi tamtej epoki. Żałował, iż o walce oranżystów z „patriotami” zbyt często pisano w konwencji komedii i wskazywał, ze holenderskie cechy narodowe; umiłowanie porządku, spokojny nie-ostentacyjny patriotyzm, mieszczańskość, tolerancja (do przesady) ukształtowały się właśnie w wieku XVIII.

Stosunek ludu do regentów był złożony, lecz na pewno niechęć do nich nie wynikała z niechęci do kapitalizmu, zresztą monopolizacja władzy i decyzji ekonomicznych w rękach regentów jest akurat zjawiskiem sprzecznym z wolnym rynkiem.

W XVIII wieku część regentów (zwłaszcza po 1754 roku) nazywających siebie „patriotami”, przyswoiła sobie republikańskie hasła oświecenia, które potem przejmowali skromniejsi mieszczanie nadając ruchowi coraz bardziej demokratyczne oblicze. Ruch ten był oryginalną niderlandzką koncepcją, choć do niedawna jeszcze wielu historyków uważało go za emanację idei rewolucji amerykańskiej i radykalnego skrzydła francuskiego oświecenia, lub wręcz francuskiego rewolucyjnego jakobinizmu.

Wszystkie te ruchy były w XIX wieku pojmowane jako jedna całość, dlatego np. Bismarck promował dokonanie rewolucji „od góry” zamiast „francuskiej” rewolucji od dołu, tak też pojmował rewolucję niderlandzką Vollmer pisząc o frankofilskich „patriotach”, nie zauważając, że rewolucjoniści francuscy, po wkroczeniu do prześladowali co bardziej umiarkowanych, gdy 27 stycznia 1798 świeżo utworzona Republika Batawska została włączona w strefę francuskiego rewolucyjnego eksperymentu ustrojowego.

Zmiany jakie odtąd zachodziły nie miały wiele wspólnego z rewolucją holenderską 1787 roku, z którą walczyły wojska pruskie. Vollmer opisując ten fragment historii Holandii przeskakiwał z tematu na temat pisząc o pruskiej „pomocy” dla Holandii (w końcu rewolucja „od dołu” jest francuskim błędem) i o tym, że Napoleon obrabował Niderlandy z ich wolności, a Brytyjczycy z kolonii zamorskich. Znów widzimy tu mityczny zły „Zachód” działający niemal ręka w rękę na zgubę Holandii, o wiele lepiej ta ostatnia wychodzi na współdziałaniu z Niemcami, czego dowodzić miały wystąpienia roku 1848 rozgrywane; in gunstiger Verbindung mit Deutschland.

Vollmer chwali konserwatywnego polityka holenderskiego Guillaume Groena van Prinsterera (1801-1876) za zwalczanie idei rewolucyjnych jako szkodliwych społecznie i prowadzących do niekończącego się przelewu krwi, cytuje przy tym zdanie Prinsterera: ins ons isolement ligt onze kracht – „w naszej izolacji leży nasza siła”. Następnie przechodzi do kwestii Traktatu Wersalskiego (dosł: Vergewaltigung von Versailles – „gwałtu wersalskiego”) by stwierdzić, że Holandia podła kilkakrotnie ofiarą oszustw brytyjskich w XIX i XX wieku, dając się wciągnąć w brytyjską politykę imperialną, zamiast trwać przy organizowaniu handlu w ramach Rzeszy.

Po rozdziale autorstwa Vollmera następował artykuł niejakiego profesora H. Krekela z Lejdy zajął się holenderską historią mentalności. Temat jaki obrał sobie Krekel pozwolił mu na ominięcie retoryki narodowej, nacjonalistycznej czy narodowo-socjalistycznej. Wychodząc od dogodnego położenia kupieckiej i kolonialnej Holandii XVII i XVIII wieku, przez uwolnienie od okupacji napoleońskiej (1813), XIX-wieczną egzystencję w cieniu Wielkiej Brytanii (Krekel też uważał, że Holandia prowadziła politykę, w której interes brytyjski przeważał często nad holenderskim) i XIX-wieczną nową mentalność związaną z poczuciem Holendrów, że już nie żyją w państwie potężnym, lecz w państewku będącym raczej przedmiotem niż podmiotem polityki europejskiej (Dasein des kleinen Staaten). Interesująca jest teza Krekela, iż XX-wieczna socjaldemokratyzacja miała ten pozytywny aspekt, że głosiła nienawiść do tego co mieszczańskie i do kapitalizmu.

Następny rozdział napisany został przez Holendra H.C. Maasdijka i dotyczył polityki, którą wówczas można by nazwać najnowszą. Znów napotykamy tu nawiązanie do retoryki nazistowskiej przy omawianiu „dyktatu Wersalskiego” (Friedendiktat von Versailles), a następnie przy stwierdzeniu, że angielska polityka: balance of power doprowadzała do wojen, bez podania jednak żadnych konkretów. Kolejnymi stwierdzeniami jakie napotkamy w tym rozdziale są slogany typu: „liberalny kapitalizm nie jest dobrą odpowiedzią na problemy gospodarcze. Przy okazji nasuwa się pytanie jakie problemy skoro w innym rozdziale była mowa o zdumiewająco niskim bezrobociu i kwitnącej gospodarce międzywojennej Holandii. U Maasdijka napotkamy też agresywne propagowanie kartelizacji, podkreślanie znaczenia pokrewnego narodu niemieckiego (Stammvervandte deutsche Volk) i niechęć do „demokratycznego Zachodu” – znów Francja i Wielka Brytania stanowić tu mają jedną cywilizacyjną całość.

Współredaktor całej publikacji Willi Janke wziął na siebie zadanie kształtowania nowego ducha politycznego w narodzie holenderskim. Omawiając rozwiązanie parlamentu przez nazistów, Janke skontrastował demokratyczny bałagan partyjny (tylko 150 miejsc w parlamencie przy aż 50 ugrupowaniach politycznych w nim reprezentowanych. Stosunek ten często doprowadzał do sytuacji patowych) z „ładem” jaki miał nastąpić pod rządami jedynej legalnej od 1940 roku partii NSB (Nationaal-Socialistische Beweging – Narodowo-Socjalistyczny Ruch Holenderski) założonej w 1931 roku przez Antona Musserta (1894-1946) i Cornelisa van Geelkerkena (1901-1979). Janke określił tą partię jako „ruch gwarantujący dobrą przyszłość” – zukunftsprechende Bewegung. Następnie pochwalił pozbawienie Żydów możliwości nauczania i, co ciekawe, kroki przeciw niechcianym organizacjom, do których nacjonaliści holenderscy i naziści niemieccy zaliczali loże masońskie, a także Armię Zbawienia, jako „zbyt zależną od Londynu”.

Po omawianych rozdziałach następuje opis kampanii Wehrmachtu w Holandii określonej zresztą jako prewencyjną, gdyż propaganda niemiecka głosiła, że gdyby nie zajęto kraju, to uczyniłaby to Wielka Brytania. Kampania została także przedstawiona jako walka z rządem wysługującym się Brytyjczykom, ale nie przeciw narodowi holenderskiemu, który został w pewnym sensie wyzwolony. Następne artykuły dotyczyły holenderskiej gospodarki i krajobrazu, a więc nie było tu miejsca na rozwijanie tez propagandy nacjonalistycznej. Przy omawianiu dzieł dawnych mistrzów malarstwa holenderskiego podkreślono rolę Hansa Memlinga (1435-1494) malarz niderlandzkiego niemieckiego pochodzenia, a dr Wentholt omawiający rozwój i upadek holenderskiego imperium kolonialnego wspomniał Johannesa Thedensa (1680-1748), Niemca rodem z Friedrichstadt, gubernatora Batawii i poprzednika na tym stanowisku, omawianego już van Imhoffa. Znów wypada jedynie przypomnieć o znacznym podobieństwie językowym między Niemcami a Holandią, co do dziś ułatwia komunikację i podejmowanie pracy u sąsiada i o XVIII-wiecznym internacjonalizmie, by zrozumieć, że fakt uczestniczenia Niemców w życiu politycznym dawnej Holandii nie świadczył jeszcze o ociepleniu stosunków między obu krajami. Wspólną publikację kończy artykuł Hansa van Böckha dotyczący zmiany orientacji handlu holenderskiego będącej wynikiem połączenia z Rzeszą.

Pozostając przy sprawach gospodarki i historii gospodarczej Holandii, warto wspomnieć o innej publikacji pt: Die Stellung der Niederlande innerhalb der wirtschaftlichen Neuordnung Europas z 1942 roku. Jej autor, Robert van Genechten stworzył dość rzetelną syntezę historii gospodarczej swojego kraju, choć warto tu zwrócić uwagę na jakie kwestie kładł nacisk w swych wywodach. Gdy van Genechten stwierdza, że VOC, czyli holenderska Kompania Wschodnioindyjska była pierwszą spółką akcyjną, którą zawiązano w celu zmniejszenia ryzyka inwestycyjnego, pisze o tym w taki sposób jakby chciał udowodnić istnienie pewnego rodzaju antykapitalistycznej świadomości i sceptycznego wobec wolnorynkowego ryzyka nastawienia w dawnej Holandii, zapominając, iż kapitalistyczna Anglia wyprzedza Holandię np. w tradycji wielkich firm ubezpieczeniowych (choćby londyński lokal Edwarda Lloyda powstały ok. 1688), o tym jednak nie wypadało wspominać pod niemiecką okupacją.

Dość standardowo omawia autor korupcję panującą wśród regentów w XVII i XVIII wieku, stawiając kolejne zarzuty wolnemu rynkowi. Van Genechten podkreśla, iż w XVII-wiecznej Antwerpii mieszkało wielu Niemcow i Skandynanwów, o Anglikach nie wspominając. Jeśli chodzi o zadania Holandii w ramach niemieckiego systemu politycznego, autor dość odważnie stwierdza, iż Holandia zawsze miała większe ambicje niż tylko bronienie ujścia Renu (nicht nur die Verteidigung der Rheinmündung ), jak romantycznie określali historyczną rolę holendrów, naziści.

Powróćmy na koniec do wspomnianej już publikacji Jaca van Essena pochodzącej z 1944 roku, a więc z okresu klęsk III Rzeszy. Projekt van Essena miał na celu, jak już powiedzieliśmy, odsunąć Holandię od „nienaturalnych i zgubnych” związków z Zachodem i odciągnąć ją od naśladowania zachodnich kapitalistycznych wzorców. Autor pisał we wstępie, ze jego książka jest „pierwszym projektem napisanym przez Holendra, który postawił sobie za cel umieszczenie historii Holandii na szerszym (ogólno)germańskim tle”.

Celem van Essena było tez przekonanie swojego narodu do powrotu do Rzeszy, który teraz w okresie prawdziwego zjednoczenia jej przez Hitlera (przy czym jej pierwsze zjednoczenie w roku 1870 jest tu traktowane jako niepełne, choć wynikające z podjęcia kroków w dobrym kierunku), będzie mógł Stanowic coś w rodzaju kulturowo-gospodarczego mikrokosmosu, w którym Holandia mogłaby zająć poczesne miejsce. Dość interesujące jest tu podkreślanie siły kulturowej Niemiec wynikającej ze zjednoczenia, choć przecież najsilniejsze kulturowo Niemcy były, jak się zdaje w okresie rozbicia w czasach wczesno nowożytnych, by wspomnieć tu Memlinga, Dürera, Bacha, Händla, Beethovena, Goethego czy Schillera. Dla wszystkich jednak nacjonalistów niemieckich i germańskich kraj podzielony musi być a priori nieszczęśliwy.

Praca van Essena jest bardziej zbiorem luźnych esejów niż rozdziałów spełniających kryteria pracy naukowej, co zapewne ułatwiało nadania książce odpowiedniego nachylenia ideologicznego. Omawiając morskie i kolonialne osiągnięcia dawnej Republiki Zjednoczonych Prowincji Niderlandów, van Essen wysuwa absurdalną tezę, jakoby już pod koniec XVII wieku, Anglia dyktowała warunki na oceanach do tego stopnia, iż przedsięwzięcia kolonialne kupców holenderskich były wówczas tak samo skazane na niepowodzenia jak kolonialny epizod brandenburski (afrykańska kolonia Groß-Friedrichsburg i flota dalekomorska istniały w latach 1683-1717), co prawdziwe mogło być jedynie w drugim przypadku, z powodu braku tradycji dalekomorskich w północnych Niemczech. Van Essen próbował w tym miejscu na siłę zsynchronizować dzieje holenderskie z pruskimi. Z drugiej strony nieco dalej wspomina dawno już udowodniona tezę, że handel Holandii upadł w XVIII wieku, z powodu narastającej konkurencji handlowej innych krajów i stosowania przez nie polityki zdecydowanie protekcjonistycznej, nie wymienia jednak, że najważniejszym z tych państw-konkurentów były Prusy, ale protekcjonizm Napoleona jest tu podkreślony w całej pełni.

Jednym z najciekawszych rozdziałów pracy van Essena dotyczy wyobrażeń i stereotypów o Holendrach na przestrzeni dziejów. Omawiając je niezwykle barwnie, porównuje angielskie stereotypy o narodzie holenderskim jako zgrai pijaków, skrajnych indywidualistów na których nie można polegać i prymitywów z francuskimi równie negatywnymi stereotypami (cytuje tu Voltaire’a i nazwanie przezeń Holandrów motłochem – canaille) oraz z pozytywnymi wyobrażeniami Niemców, rzekomo zawsze dumnych z osiągnięć pobratymczego germańskiego narodu. Wiadomo iż Voltaire w rzeczywistości podziwiał Holandię i choć podczas jego pierwszego pobytu w tym kraju w roku 1713 zajmowały go głównie miłostki, w przyszłości Holandia, gdzie (choć zamieszkują ją wyznawcy „dwudziestu religii” gł. sekt protestanckich), nie dochodzi do sporów na tle religijnym, stanie się jednym z ulubionych krajów genialnego pisarza.

Van Essen podkreśla również życzliwe przyjęcie w Zelandii protestanckich wygnańców z Salzburga, ale tego rodzaju gesty wynikały raczej z solidarności protestanckiej, a nie germańskiej. Van Essen nie mógł, a pewnie i tak by nie chciał, przecież wspomnieć o podobnych gestach ze strony Anglików, na przykład gdy gdy pod koniec 1701 roku korowód 38 karet poselstwa pruskiego z ambasadorem Ezechielem von Spanheim (1629-1710) na czele przetaczał się przez ulice Londynu, tłum powitał ich entuzjastycznymi okrzykami: "Welcome, Prussians, you are good Englishmen" ("Witajcie Prusacy, dobrzy z was Anglicy"). Było to ze strony ulicy londyńskiej także dowód najwyższej sympatii do Prus jako sojusznika w wojnie przeciw Ludwikowi XIV, lub gdy między majem a czerwcem roku 1709 do Londynu przybyło ponad 12.000 luterańskich Niemców z Palatynatu i rząd brytyjski roztoczył nad nimi opiekę.

Następnie van Essen twierdzi w swej pracy, że naród niemiecki ze swą liczną szlachtą zapobiegał przekształceniu się narodu holenderskiemu w kraj ludzi o drobnomieszczańskiej mentalności, co czyta się nieco dziwnie znając anty-arystokratyzm nazistów i podległych im nacjonalistów holenderskich. Następnie autor wymienia cały szereg wybitnych Holendrów mających poczesne miejsce w historii, nauce i kulturze Niemiec i odwrotnie – wybitnych Niemców mieszkających w Holandii.

Ostatni rozdział pracy van Essena jest chyba najbardziej interesujący dla badacza propagandy. W rozdziale tym, zatytułowanym: Kurs Ost, van Essen próbuje udowodnić, że Niderlandy, Hanza i całość Niemiec od średniowiecza prowadziły ekspansję wschodnią, nierzadko nawzajem sobie w tym dziele pomagając. Autor opisuje to, jakby nie zauważając, ze przez całe wieki Holandia ciążyła ku Zachodowi, i to zarówno pod władaniem Burgundczyków, Habsburgów czy jako państwo niepodległe.

By zdać sobie sprawę z ogromu nazistowsko-nacjonalistycznych przeinaczeń dokonywanych w historiografii holenderskiej czasów okupacji nazistowskiej, warto sięgnąć po znacznie późniejsze dzieło cytowane już w tym artykule, a mianowicie po książkę Niemca Horsta Lademachera pt: Geschichte der Niederlande. Politik-Verfassung-Wirtschaft, wydaną w Darmstadt w 1983 roku. Lademacher na każdym kroku podkreśla specyfikę i oryginalność rozwoju historycznego, gospodarczego i politycznego Holandii oddając w ten sposób należny hołd temu małemu, a przecież wielkiemu krajowi i zamieszkującemu go dzielnemu narodowi.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *