Rękas: Zbrojenia – tak! Ale dla Polski, nie Ukrainy

Jawny dług publiczny Polski wyniósł w I kwartale 2022 r. 1,14 biliona złotych i według wszelkich prognoz ma do końca roku sięgnąć 1,5 biliona zł. Oczywiście, procentowo niektóre kraje rozwinięte mają jeszcze gorszy od polskiego stosunek długo do PKB, jednak jest to przede wszystkim zasługa kreatywnej księgowości władz warszawskich, chowania zobowiązań po różnych funduszach celowych formalnie wyprowadzanych poza budżet. Realnie jednak wszystkie pieniądze na obsługę tych długów pochodzą z tego samego źródła – portfeli obywateli RP i ich dochodów realnych, coraz relatywnie niższych wobec galopujących cen.

Po drugie bowiem oczywiście, że stabilne gospodarki mogą sobie pozwolić nawet na większe zadłużenie, ale tylko wtedy, gdy mają stabilne i zabezpieczone perspektywy wzrostu, a ponadto umiejętnie zarządzają kosztami stałymi. Kierownicy polityki ekonomicznej Polski nie mają niestety do dyspozycji takich mechanizmów zabezpieczających, a ich polityka finansowa i zwłaszcza kredytowa jest skrajnie nieodpowiedzialna. Zresztą nawet w przypadku państw rozwiniętych, niby to wyposażonych w zdolność kreacji pieniądza (w rzeczywistości już dawno przekazanej bankom komercyjnym) nie można w nieskończoność z budżetu wyciągać więcej niż się do niego wkłada. A tak się właśnie dzieje w dzisiejszej Polsce.

Uzbroić wroga?

Jest to zaś tym bardziej niebezpieczne, że zadłużamy się także, a może przede wszystkim po to, by zapłacić za kontrakty zbrojeniowe, własną broń oddawszy uprzednio Ukrainie. Zaś kolejne dostawy, takie jak z Korei Południowej – niemal na pewno również trafią do Kijowa. Polakom zaś zostaną długi i frajda wyposażenia naszego potencjalnego nieprzyjaciela. To bowiem dopiero będzie chichot historii – gdy świeżo zamówione przez Polskę czołgi K2 przemalowane na barwy ukraińskie zaczną w końcu strzelać do… Polaków. Zawsze bowiem, gdy w historii Polska dawała Ukrainie broń do ręki w nadziei, że zostanie ona użyta przeciw Rosji – broń tę wbijano nam następnie w plecy. Wg tej samej zasady hołubieni za sanacji oficerowie petlurowscy, przywdziawszy barwy hitlerowskich sojuszników mordowali potem Polaków. Że wydaje się to dziś mało prawdopodobne? Cóż, przedwojenna lawendowo-prometejska mafia też zapewne byli święcie przekonana, że za wspierające ukraiński nacjonalizm na Wołyniu eksperymenty wojewody Henryka Józewskiego odpłatą będzie co najmniej wdzięczność, a nie Rzeź. A potem już było za póżno.

Armia i flota – jedyni pewni sojusznicy

M.in. dlatego właśnie Polska bez wątpienia potrzebuje silnej armii i w tym punkcie zgadzam się poniekąd nawet z prof. dr hab. Romualdem Szeremietiewiem i Antonim Macierewiczem. Szkoda jednak, że za deklaracjami „budowy najsilniejszej armii w Europie” nie idą konkrety inne niż wywalanie pieniędzy, głównie na uzbrojenie ofensywne, czyli przydatne być może reżimowi kijowskiemu, ale na pewno nie Polsce. Na wzór rosyjski bowiem, jedynymi naprawdę pewnymi naszymi sojusznika pozostają bowiem własna armia i flota. Wojsko Polskie zaś powinno opierać się na dobrze wyposażonym rdzeniu zawodowych sił szybkiego reagowania i obrony granic oraz powszechnym przeszkoleniu wojskowym wraz z rozbudowaną obroną terytorialną, przygotowaną do działań zwłaszcza na obszarach potencjalnych zagrożeń. Takie są obecnie zwłaszcza dwa – to współczesna granica z Ukrainą (a także rojona w Warszawie z anglosaskiego poduszczenia perspektywa jej federacyjnego zniesienia) oraz pogranicze z niemal pozbawionym siły militarnej, ale nieobliczalnym i agresywnym państewkiem szaulisów. Wilno nawet bardziej niż Warszawa pali się do wywołania pełnowymiarowej wojny z Rosją – a w taki konflikt III RP zostałaby nieuchronnie wciągnięta.

 Umiejętnie prowadzona rozbudowa i wyposażenie armii mogłoby też stać się wręcz szansą na ożywienie gospodarcze, to jednak wymagałoby aktywnej polityki przemysłowej, której (wbrew własnym deklaracjom) rząd Prawa i Sprawiedliwości wcale nie prowadzi. Niestety, ale w wersji premiera Morawieckiego i ministra Błaszczaka hasła rozbudowy sił zbrojnych sprowadzą się więc zatem do wyprowadzania pieniędzy z Polski, a następnie robienia rzeczowych prezentów kijowskiemu reżimowi, który z kolei wykorzysta je do większego udręczenia obu naszych narodów. Z polskiego punktu widzenia nie jest to więc polityka obronna – tylko zdrada stanu.

Oczywiście, ta broń ma posłużyć podtrzymaniu wojny na Ukrainie i tylko kwestią otwartą pozostaje czy zakupionym sprzętem będą posługiwać się sami Ukraińcy, Polacy w ukraińskich mundurach udający ochotników czy regularne oddziały polskie uczestniczące w walkach z Rosją jako federacyjny partner Ukrainy.

Polska przegrywa wojnę ukraińską

Biorąc pod uwagę ten właśnie kontekst gospodarczo-militarny należy też podkreślić, że z anglosaskiego punktu widzenia obecna wojna nie jest prowadzona wyłącznie przeciw Rosji, ale także, a może zwłaszcza przeciw Europie. Przeciw jej słabym, bo słabym, ale występującym tendencjom emancypacyjnym i skłonności do prowadzenia obustronnie korzystnych interesów z Rosją, ale także z Chinami. W realiach transformacji globalnego systemu kapitalistycznego bardziej tradycyjne gospodarki zachodnioeuropejskie, zwłaszcza niemiecka – zaczynają stanowić obciążenie, przez swoje nadmierne przywiązanie do takich przeżytków, jak choćby produkcja przemysłowa. Gdy liczy się tylko wirtual i globalne usługi finansowe, gospodarka oparta na dostawach rosyjskich surowców energetycznych i chińskich dóbr konsumpcyjnych, za to z wciąż przynajmniej formalnie własnym przemysłem ciężkim – to niemal widmo z właśnie kończącej się epoki. Waszyngton i Londyn chcą zatem Berlin, Paryż, Brukselę i Rzym zdyscyplinować – albo osłabić na tyle, by nie mogły dochodzić własnych interesów. Polska, Bałtowie i Rumunia są właśnie używane w tym celu, rozbicia choćby elementarnej spoistości polityki europejskiej. Z kolei Berlin chyba też rozumie wagę obecnego momentu, próbując zintegrować państwo europejskie, nawet kosztem odpadnięcia co bliższych Anglosasom obszarów wschodnich. Dla polskiej gospodarki, niemal w całości pracującej na rzecz Niemiec – taki scenariusz, zwłaszcza zrealizowany gwałtownie, oznaczałby całkowite załamanie, wzrost bezrobocia i recesję po obecnie nieuchronnej już chyba stagflacji.

Mamy za miedzą całkowicie już upadły twór post-państwowy, poddany przyspieszonej militaryzacji, rozgrabieniu przez zachodni (ale niestety nie polski…) kapitał i nieodmiennie odurzony nazistowską ideologią. Mamy w kraju 4 miliony ukraińskich przesiedleńców, co samo w sobie jest potencjalnym zagrożeniem bezpieczeństwa państwa. Mamy też rosnącą inflację, perspektywę stagflacji, beztroskie zadłużanie budżetu i źle zaplanowane, nieprzystające do realnych potrzeb wydatki wojskowe, w dodatku niemal na pewno na rzecz strony trzeciej. Faktem jest, że Ukraina przegrywa wojnę z Rosją, rozpętaną z winy Zachodu i powolnych mu kompradorskich zarządców. Ale zaraz na drugim miejscu listy przegranych koniecznie chce się znaleźć III Rzeczpospolita. I jest w tym zaparciu na najlepszej drodze do ostatecznej klęski.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 38 Average: 4.7]
Facebook

4 thoughts on “Rękas: Zbrojenia – tak! Ale dla Polski, nie Ukrainy”

  1. Wieść gminna niesie, że na 15 nie będzie parady wojskowej, bo nie ma dość sprawnego sprzętu w Polsce

  2. Jest taki kraj, gdzie „debil na górze, debil na dole”, „przed i po szkodzie głupi”. „Tylko dzięki niepojętej litości boskiej ludzie tu nie na czworakach chodzą, a na dwóch nogach, udając człowieka” I te matoły jak na kretynów przystało, zawsze na swoich wodzów wybierają ciętych jak siekiera rusofobów i tępych jak jej druga strona, podobnych sobie debili. A resortami siłowymi kierują dwa kalekie moralnie i nie tylko penisy. Jeden to przytłoczony ciężarem odpowiedzialności za ojczyznę, który odcisnął na jego obliczu piętno człowieka udręczonego jednoczesnym krzyżowaniem i wbijaniem na pal. Taki Jezus Azja Tuhajbejowicz Olbrychski. Choć, gdy patrzę na miny tego komandosa w czasie patriotycznych briefingów, to nie wiem czy mam przed sobą marskość wątroby, kamienie nerkowe czy selfie moszny obkurczonej zimnem deszczowego jesiennego popołudnia. Tak czy siak, ten pierdolony grymas na pysku bez wątpienia zapewnił mu już miejsce na kartach historii, w przeciwieństwie do tego drugiego w czystej postaci imbecyla i wojskowego dyletanta. Dalszą charakterystykę tej sylwetki przez litość pominę. No jaki to kraj? Ja wiem, ale nie powiem, bo odpowiedź boli i nie daje satysfakcji.

  3. Polskim „Gównodowodzącym” pod rozwagę. Na Bliskim Wschodzie mówią : „Bycie wrogiem Ameryki jest niebezpieczne, ale bycie jej przyjacielem jest dwa razy bardziej niebezpieczne”. Włazimy jak głusi ślepcy na rozciągającą się przed nami „ścieżkę smutku”.

  4. U p. Rękasa już syndrom oblężonej twierdzy. Ukraina miała być w „kotłach” a tymczasem atakuje Krym. Pilaster miał racje, im większe porażki Rosjan, tym większa histeria we wpisach p. Rękasa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.