Coś trwałego?

Programy są przereklamowane

JKM, mimo stabilizacji, a miejscami nawet wzrostu poparcia – nie zdyskontował swego sukcesu eurowyborczego, bo jego zaplecze błędnie uznało, że uzyskane poparcie to efekt wyłącznie przekonania rosnącej grupy obywateli do głoszonego programu, w tym przede wszystkim postulatów ekonomicznych (do skrajności pogląd ten wyrazili ci korwinowcy, którzy postanowili zostać z samym programem, pozbywając się Korwina – i sądzili, że to wystarczy dla zatrzymania elektoratu – co zostało boleśnie sfalsyfikowane klęską Jacka Wilka). Podobnie rzecz się ma ze znakomitym wynikiem Pawła Kukiza. Można mieć poważną wątpliwość, czy przekonał on do siebie (zwłaszcza młodzież) mocno abstrakcyjnym przecież postulatem JOW-ów, czy po prostu zaważyła jego rozpoznawalność, autentyczność, a także wiarygodność, zwłaszcza w roli „wkurzonego patrioty” i „rozczarowanego leminga”. W tej pierwszej przyciągał do siebie antysystemowców z prawa, w drugiej – zdejmował choć cząstkę odium wstydu z dawnych wyborców PO, a po prostu jako Kukiz – facet z estrady, stał się reprezentantem „emigrantów in spe”, głosujących już z walizkami w rękach, po drodze na najbliższe lotnisko z którego odlatują samoloty na Zachód.

Wyborcy nie są (aż) tacy głupi

Na głosy rozgoryczonej lemingozy czekali też stratedzy PSL, SLD oraz Janusz Palikot i właśnie Kukiz sprawił, że się przeliczyli, co już samo w sobie jest jego wielką zasługą. Koncepcja wystawienia kandydatów, którzy będą pod ręką gdy ktoś zechce ukarać PO, nie pomagając przy tym PiS-owi – była dla słabszego segmentu establishmentowego jedyną racją uczestniczenia w wyborach. Wyborcy jednak, w swym nieodgadnieniu – tym razem nie zgodzili się na wkręcanie i podsuwanie wybrakowanego towaru. Plastikowa trójka przegrała sromotnie, co nie zostanie zapewne bez wpływu na dalsze losy formacji wystawiających przegranych kandydatów. Skłócony z resztą socjal-liberałów Palikot znajduje się na razie poza próbami sklejania tej części sceny politycznej, SLD pominąć na pseudo-lewicy będzie trudniej, dekompozycja po tej stronie wydaje się zresztą przyspieszać, podobnie jak i rozpaczliwe budowanie szalup ratunkowych, w rodzaju Razem, czy Wolności i Równości. Już zresztą sama kampania (w tym zwłaszcza występ Ogórkowej, Palikota i Tanajno) w debacie prezydenckiej dowiodły, że Polska jest obecnie krajem bez lewicy, a raczej, że jej obowiązki w pewnym zakresie pełni dziś PiS (jednocześnie udające skutecznie „skrajną prawicę”).

Liberalizm nie zwyciężył

Co ciekawe, klęską lewicowości przez walkower dokonała się w momencie, kiedy okazało się, że bezapelacyjny (jak się od niedawna wydawało) zwycięzca walki o rząd zwłaszcza młodych dusz, liberalizm – również nie jest tak utrwalony i powszechny, jak chcieliby wierzyć choćby nieliczni fani mec. Wilka. Ekonomicznymi liberałami byli w tych wyborach niemal wszyscy – i Palikot, i Ogórek, i Kowalski, i nawet Braun. Takie wnioski wyciągnięto z wyników JKM i tłumów na spotkaniach z nim. Tymczasem okazało się, że tym razem pulę zgarnął Kukiz mówiący o swej socjalnej wrażliwości i w przeciwieństwie do Korwina i korwinidów nie tylko nie obiecujący zwinięcia państwa – ale znowu jego oczyszczenie i uzdrowienie, a więc w istocie, co populiści sprzed lat (spod znaku Tymińskiego, KPN, czy Samoobrony). I znowu – nie wiadomo, czy to faktycznie trwała zmiana i odkrycie pokładów elektoratu faktycznie oczekującego opieki państwa, czy tylko nieznacząca koincydencja głosu na Kukiza jako formy protestu z tym, co sam kandydat głosi. Z pewnością jednak sam Kukiz jest w tej części swego przekazu niemal równie konsekwentny, jak w sprawie JOW-ów, podkreślając m.in. swoje związki ze śląskim i rolniczym ruchem związkowym. Wyborcy dostają więc „wrażliwość społeczną” w pakiecie, a więc czy tego w głębi duszy chcą, czy nie chcą – głosując na Kukiza kreują też na trzecią siłę jego spodziewany ruch obywatelski, o profilu „konserwatywno-społecznym”, jakkolwiek by to koślawo po polsku nie brzmiało.

Liczne bowiem roszady i obroty na scenie politycznej RP doprowadziły do sytuacji, w której funkcjonalna „lewica” jest liberalna, zaś „prawica” socjalna, przynajmniej deklaratywnie. Kukiz wyciągnął więc po prostu konsekwencje z tak ukształtowanego podziału, podczas gdy JKM stara się od lat go zakwestionować i podważyć. Na nieszczęście dla siebie – największą od lat szansę na wykorzystanie wreszcie budowanego od lat elektoratu, Korwin dostał odczuwając już swój wiek i skutki wielu lat w permanentnym ruchu. Na relatywnie słaby wynik wpływ miały także oczywiste słabości kadrowe KORWiN-u, budowanego przez sięgnięcie do najgłębszych i najmłodszych rezerw oraz tak nielubiane przez Polaków wrażenie kłótliwości. Ledwo bowiem udało się jakoś zepchnąć w niepamięć awanturę z KNP – na samym finiszu atak na Kukiza okazał się śmiertelnym błędem, bo polscy wyborcy zwyczajnie nie lubią kłótni, zwłaszcza takich, których nie rozumieją i w których uczestniczy „dwóch fajnych”. To jak rozpad „tego ładnego małżeństwa sąsiadów” – pewnie niby mieli swoje powody, ale czujemy się ich rozwodem osobiście urażeni, bo nam psuje estetykę i samozadowolenie.

Przekonanie, że liberalizm wygrał zabiło też projekt znany dotąd jako Ruch Narodowy. Wystawienie osobiście szczerego, ale słabowitego na pomyślunku Mariana Kowalskiego, nagranego tyleż płytką demagogią, co zakazami jasnego wskazywania prawdziwych wrogów Polski całkowicie rozmyło przekaz RN, symbolicznie dobity przegraną z Grzegorzem Braunem. RN, partia jednego wspomnienia (o „żołnierzach wyklętych”), jednego wydarzenia (Marszu Niepodległości) i jednego marzenia (o powrocie do Sejmu Bosaka z Zawiszą) – stracił rację bytu w narzuconej przez grupę kierowniczą formule. Części politycznej ugrupowania zostaje więc wciskać się do Kukiza, a części formacyjnej – nadal maszerować, co zresztą jeszcze przed wyborami trafnie przewidział lider ONR, Aleksander Krejckant, krytykując tak politykierstwo, jak i liberalizację Ruchu. Sama kampania Kowalskiego była też zwyczajnie po dawnemu nieprzemyślana – kandydat nadal odwoływał się tylko do bezpośredniego zaplecza („młodzieży pomordowanej na stadionach…”), a w dodatku popełnił samobójstwo wizerunkowe na miarę obrzyganej koszulki Wiplera, zestawiając już trwale swoje nazwisko z wizją wylizywanej deski klozetowej. Poprawny zaledwie występ Kowalskiego na debacie (budzący pozytywne reakcje na zasadzie „to on mówi???”) niczego już w tym zakresie zmienić nie mógł. Również relatywnie niezła prezentacja mec. Wilka nie miała większego znaczenia, skoro sam kandydat (a raczej pewnie jego zaplecze) przespał moment i nie wycofał się w porę z wyborów na rzecz zwycięskiego Kukiza. Znowuż, zaważyła pewnie ortodoksja dominująca w kierownictwie KNP, która również i ten cień ugrupowania skazuje na ostateczny polityczny niebyt.

Kto jest agentem systemu?

Otwarte pytanie co dalej z „kukizizmem” najbardziej chyba nurtuje aktyw PiS. Zaplecze Kukiza, włącznie z rozczarowanymi lemingami, sierotami po POPiS-ie – to przecież właśnie ci wyborcy, którzy mieli dać Kaczyńskiemu powrót do władzy. Teraz jego zwolennicy zarzucają kukizowcom, że są „ślepym narzędziem i pożytecznymi idiotami systemu”, co w ustach PiS-wców jest zaiste szczytem czarnego humoru…

Co trwałego zostanie po wyniku Pawła Kukiza? W rozpoczętej w ostatnim tygodniu kampanii i trwającej do dziś awantury o JOW-y umknęło, że w tych wyborach nie chodziło jednak bynajmniej ani o zmianę ordynacji, ani o obniżenie podatków, ani o intronizację Chrystusa Króla – cokolwiek by się nie wydawało samym kandydatom. Nie chodziło też – ani nie chodzi – o to kto zostanie kolejnym prezydentem III RP, bo to już teraz przecież zupełnie bez znaczenia i dla porządnych, rozsądnych ludzi te wybory już się na dobre skończyły. Nie, jak pisałem tuż przed ciszą: „Niedzielne głosowanie może natomiast oznaczać ośmielenie unikalnie dużej grupy obywateli do poparcia kogoś spoza znanych dotąd, głównych ugrupowań. I to jest urobek tyleż ważny, co dodatni (…)”. I tak się też stało, wyniki kandydatów uznawanych za pozasystemowych poważnie zatrzęsły konstruktem politycznym III RP. Warto jednak pamiętać, że niemal to samo zdarzyło się u jej zarania, wraz z pojawieniem się Stana Tymińskiego i niestety miało skutek uderzenia fali w stado kaczek: fala przeszła, może i któregoś ptaszka zabrakło, ale stado pływało sobie dalej.

Co zostanie z Kukiza?

Tym razem być może nie trzeba będzie ordynarnie eliminować formacji protestu z wyborów (jak w 1991 r. postąpiono z Partią X, a w 2011 r. z KNP), a wystarczy zdekomponować ją od środka, nasycając sprawdzonym, dietetycznym aktywem, być może niezbędnym do konstruowania koalicji z udziałem establishmentu z tej, czy tamtej strony Sejmu. Właśnie mechanizm selekcji wewnętrznej (bez popadnięcia w drugą skrajność, w rodzaju „tylko młodzi i nowi”) może decydować o względnej choćby trwałości „kukizizmu”.

Czy takim urobkiem mogą być JOW-y, a przynajmniej zmiany ordynacji w kierunku np. mieszanym? Cóż, pożyjemy, zobaczymy. O zaletach i wadach rozwiązania, które faktycznie wszędzie służyło budowaniu i umacnianiu systemu dwupartyjnego napisano już w zasadzie wszystko. Zauważyć jednak należy, że spór zwolenników i przeciwników JOW-ów ignoruje pewną oczywistość – że żadna z małych partii, ideowych i zainteresowanych poważniejszą zmianą w Polsce w żadnym systemie wyborczym nie zdobyłaby większości. Ba, nie uzyskałaby reprezentacji wystarczającej na wejście do koalicji – a nawet gdyby się tak stało, to lepiej, by z takiej możliwości nie skorzystała. Przyjmując to do wiadomości widać dopiero, że nie ma większego znaczenia, czy w Sejmie znajdzie się 40-80 posłów opozycyjnych, czy 4-8, za to poukładanych. Obalenie III RP drogą parlamentarną nie wydaje się bowiem realne w żadnej z tych alternatyw.

Nie ma się więc co kłócić o JOW-y, skoro przy okazji rozstrzygnięta mogłaby zostać kwestia znacznie ważniejsza – czyli zniesienie finansowania partii politycznych z budżetu państwa. I na tym zagadnieniu warto się skupić, jako faktycznie zadającym cios partyjniactwu. Niezależnie od tego jesienią w Sejmie może znaleźć się nieco przyzwoitych, niegłupich ludzi, czy to od Kukiza, czy od wciąż niepozostającego bez szans JKM – i w tym też warto dopomóc, nie tracąc z oczu ruchów na funkcjonalnej „lewicy”. Tylko tyle i aż tyle można osiągnąć w III RP – no chyba, że za jakiś czas ważniejszym zagadnieniem stanie się dla wszystkich III Wojna Światowa.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Coś trwałego?”

  1. Można by to podsumować krótko, że cały czas trwa jakaś ewolucja. Dwadzieścia parę lat temu tylko Korwin mówił o konieczności obniżki podatków, teraz już prawie każdy się z tym zgadza. Sukces Korwina w wyborach do PE i obecny sukces Kukiza pokazuje, że po prostu część elektoratu zaczęła ciutek lepiej kumać, w jakim świecie żyje, doszli też ludzie młodzi, którzy wyrastali już w innym świecie. Jak daleko Kukiz zajdzie ze swoimi propozycjami reform tego nie wiadomo, ale można mieć nadzieję, że będzie się to jakoś tak dalej toczyło. Kolejne, stopniowe, bardzo powolne, bardzo drobnymi kroczkami zmiany na lepsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *