Dlaczego powinniśmy iść na Marsz Niepodległości?

Każda inicjatywa, zwłaszcza zakrojona na szeroką skalę i mobilizująca tysiące osób jest przedsięwzięciem na tyle wielowymiarowym, że zawiera w sobie pewne elementy, które mogą budzić naszą niechęć. Wobec tego nie zdziwiło mnie, iż obok wyjątkowo dużej grupy osób rozentuzjazmowanych sukcesem „totalnej mobilizacji” poprzedzającej tegoroczny Marsz Niepodległości, organizowany z okazji rocznicy 11 listopada, pojawiła się frakcja kontestatorów, zgłaszających rozmaite „ale”. Przy ogólnym poparciu dla idei patriotycznych, Marsz budzi ich rozmaite zastrzeżenia, które w efekcie prowadzą do odstąpienia od uczestnictwa w nim.

Przyznam, że takie podejście wywołuje we mnie sporą irytację, wynikającą z odpowiedzi na pytanie, czy takie osoby proponują jakąś alternatywę, czy same podjęły działania, by podobny przemarsz zorganizować, czy wykonały taką pracę organizatorską, jak MW czy ONR. Odpowiedź brzmi: nie, ich rola w całym przedsięwzięciu redukuje się do krytyki.

Irytacja moja tym większa, że podobna postawa jest przejawem typowego „pójścia na łatwiznę”. Wiadomo – krytykować zawsze łatwiej, a zaangażowanie wiąże się z koniecznością licznych uzasadnień tejże partycypacji, bronienia swych racji itd. W tym przypadku tym trudniejszego, że w pewnym stopniu należy wziąć odpowiedzialność za ogół uczestników Marszu, nie poprzestając na wygodnym, lecz kapitulanckim: „ale ja tego nie popierałem, więc nie miej do mnie pretensji”.

Trudna do zaakceptowania wydaje się motywacja owych kontestatorów. Wielu z nich deklaratywnie sprzeciwia się tzw. „salonowi”, lecz jednocześnie oportunistycznie dodaje: „ale nie łącz mnie z tą grupą radykałów”. Innymi słowy, są przeciw tzw. „głównemu nurtowi”, lecz zarazem chcieliby się mu przypodobać, operując jego kategoriami i przyjmując jego język. Wywyższają się, tworząc podział na prawicę „uładzoną”, „grzeczną”, „elegancką”, która lubuje się w przepełnionych okrągłymi zdaniami dysputach i prawicę „zadymiarską”, „kibolską”, „uliczną”, „plebejską”, zarazem automatycznie kategoryzując się w pierwszej grupie.

Powstaje pytanie, czy dla osób operujących takim dualizmem przesłanki ideologiczne nie są jedynie racjonalizacją pobudek estetycznych. Czy idee nie są wtórne wobec instynktownej niechęci wobec wykrzykującego patriotyczne hasła tłumu?

Czy misja pisania 1000-stronnicowych elaboratów, które mało osób czyta i jeszcze mniej rozumie nie ustępuje chęci zaangażowania się całym sobą w pewne konkretne działanie? Wiadomo – opinię można wycofać, ubrać w odpowiednie słowa, przy odrobinie zdolności retorycznych zmienić jej sens. Z aktywnym działaniem sprawa wygląda znacznie trudniej.

Rozmaite dysputy, których uczestnicy mogliby wykazać się erudycją, są oczywiście potrzebne, natomiast powstaje pytanie czy ograniczanie się do nich nie jest symptomem egoizmu, przejawiającego się w chęci zadośćuczynienia własnym, rozbudowanym potrzebom intelektualnym, przy jednoczesnej defensywie w wymiarze grupowych inicjatyw.

Wielokrotnie, w rozmaitych dyskusjach w obrębie szeroko rozumianej prawicy, można było spotkać się z formułami uzasadniającymi niechęć do brania udziału w Marszu, przyjmującymi postać: „ja się generalnie zgadzam z ideami Marsz, ale chyba zostanę w domu, bo nie utożsamiam się z MW i ONR”.

Należy zadać pytanie – czy na Marsz idzie się po to, by wyrazić poparcie dla wspomnianych organizacji, czy może dlatego, że chce się poprzeć ideę niepodległej Polski? Pytanie to jest, rzecz jasna, retoryczne.

Formuła Marszu, również z uwagi na planowaną liczbę uczestników, jest możliwie ogólna, weźmie w nim udział całe spektrum osób z poglądami o rozmaitych odcieniach, artykułowane nie będą poszczególne punkty z deklaracji programowej ONR, ale hasła, pod którymi zapewne mógłby podpisać się każdy patriota.

Ponadto, last but not least, należy spojrzeć na Marsz nie przez pryzmat pytania „czy zgadzam się ze wszystkimi hasłami stojącymi za Marszem”, lecz raczej „jak się mają idee promowane przez Marsz do całokształtu dyskursu publicznego we współczesnej Polsce”.

Nie żyjemy w niszy. Konkretne działanie, w tym również pójście na Marsz lub jego bojkot, ciągną za sobą określone konsekwencje. Możemy zżymać się, że z wieloma hasłami nie jest nam po drodze, tym niemniej powinniśmy patrzeć na to w kontekście całokształtu. Zastanówmy się, czy lepiej – w imię „czystości ideowej” – nie robić nic, tylko w zaciszu saloniku formułować swoje racje, chcąc osiągnąć świat w 100% odpowiadający naszym ideałom, jednocześnie nie osiągając nic, czy też może pójść na pewne ustępstwa i poprzeć idee środowisk niekoniecznie bardzo popieranych, lecz mogących przedstawić choćby 10% racji przez nas prezentowanych. Bezkompromisowość ideowa to nie bezkompromisowość w działaniu.

Kontekst całokształtu nakazuje także zwrócić uwagę, iż nie pójście na Marsz jest wybitnie na rękę mainstreamowi i utrwalaczom status quo. Nie trzeba zgadzać się z całością przekazu, by zarazem przyznać, że odmowa poparcia dla środowisk nieco odległych, to poparcie dla środowisk odległych całkowicie. Tertium non datur. Co nam z wiecznego utyskiwania na „zablokowany” system polityczny, hegemonię „bandy czworga” i monopolizację sceny politycznej przez te same formacje, skoro jedyny sposób naszej reakcji to debaty nad kontrrewolucją w XIX-wiecznej Francji? Ok, możemy zaczytywać się w książkach de’Maistre’a, a nie Mosdorfa. Ale tu alternatywa jest inna. Alternatywa brzmi: bliżej nam do Mosdorfa czy np. Janusza Palikota?

Podział w dyskursie nie brzmi: konserwatywni liberałowie versus nacjonaliści. Dychotomia występuje między osobami uważającymi niepodległość Polski za wartość, a tymi którzy chcą nadwiślański „zaścianek Europy” przeformułować na kosmopolityczny ziemski raj dla tych wszystkich, dla których owa niepodległość jest wartością drugo-, jeśli nie trzeciorzędną.

Jacek Tomczak 

aw

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

0 thoughts on “Dlaczego powinniśmy iść na Marsz Niepodległości?”

  1. mjoed – mądry komentarz. Dla konserwatysty jest ważna perspektywa długa (dla wierzących – zbawienie; dla niewierzących – trwanie kultury) a nie bieżąca związana z istnieniem tego czy innego państwa. Istotny jest ład w ziemskiej rzeczywistości, ale czy koniecznie musi być związany z niezależnością państw? Wolelibyście niepodległą Polskę pod rządami Palikota i Biedronia czy pozbawioną niepodległości ale np. stanowiącą część imperium christianistas? Patriota to ten kto szanuje spuściznę przodków (OJCÓW-patres) a ojczyzna to tradycja/język/kultura/pamięć (ale ich nie fetyszyzuje – bo wie, że ponad patriotyzmem stoi wspolnota kultury/cywilizacji) a nie konkretny rząd wybierany przez masy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *