Dyskusja, której być nie powinno

Argument dla wrogów

Rzecz jasna, że w zakresie interesów narodowych obowiązuje egoizm i nierównowaga, a więc sami robimy to, czego innym sobie robić nie pozwalamy. Rozumiejąc to musimy jednak mieć świadomość argumentów, jakimi się posługujemy, zwłaszcza ich współczesnej wagi i użyteczności. Rozgrzeszając mordowanie białoruskich furmanów odbieramy sobie prawo do jednoznacznego potępienia np. zbrodni UPA (czy NKWD lub Niemców), za to dajemy broń do ręki obrońcom zbrodniarzy posługującym się słyszanym i teraz na Podlasiu leitmoitivem „takie były czasy…, trzeba zrozumieć kontekst…, wszyscy mieli krew na rękach…”. Obrona Rajsa przyznaje poniekąd rację usprawiedliwiającym zbrodnie UPA – i żadne wygibasy tego nie zmienią.

Co gorsza, nagła eskalacja sporu jak się dotąd wydawało jasno rozstrzygniętego przez historyków jest tym bardziej niekorzystna dla strony polskiej, że np. na Białorusi i na Litwie wciąż mamy do czynienia z coraz mocniejszą narracją obciążającą podziemie polskie, także to z czasów II wojny światowej odpowiedzialnością za zbrodnie dokonywane z pobudek etnicznych. „Co zamierzacie zrobić z waszym kultem Armii Krajowej, przecież to byli mordercy Litwinów i Białorusinów!” – słyszałem niedawno na Litwie. Otóż tych kłamstw nie da się skutecznie rozbić, a zarzutów odeprzeć samym przedstawianiem faktów o motywach polskiej samoobrony na Kresach, jeśli jednocześnie obok jej bohaterów stawiani będą autentyczni zbrodniarze. Polska wersja zdarzeń, nawet najprawdziwsza – staje się w efekcie niewiarygodna!

Po co mordować furmanów?

Kwestie praktyczne są w tym przypadku rozstrzygające nie tylko w wymiarze bieżącym. Jasne, że krew jest tylko atramentem historii. Zrozumiałe, że polityczna ocena zdarzeń i działań odnosi się przede wszystkim do ich celowości i efektywności. Otóż nie do wytłumaczenia z tego punktu widzenia jest po co u licha „Bury” na polecenie „Kotwicza” dokonał tamtych bezsensownych mordów. I nie, nie jest odpowiedzią na pytanie „po co? w jakim celu?” fraza „bo walczył o wolną Polskę!”. Jeśli mający takie dictum na końcu języka zastanowi się (może pierwszy raz w życiu) choćby przez pięć minut – będzie wiedział (nomen omen) dlaczego.

Nie jest też wyjaśnieniem podejście taktyczne, w rodzaju „należało eliminować potencjalnych donosicieli, oczyszczać zaplecze, odstraszać terrorem od nowej władzy” – wszystko to bowiem nie odnosi się do kwestii zasadniczej, strategicznej, tzn. w czym niby takie siedzenie w lesie i strzelanie do cywilów (a niechby i mundurowych…!) przybliżało wolną Polskę?! To jest cały czas fundamentalna różnica w podejściu do historii i polityki. Otóż bowiem jedni będą zasłaniać się motywem, przyczyną, a drudzy uparcie pytać o cel i możliwość jego osiągnięcia. Dla jednych ważnym będzie tylko to, że ktoś „kochał Polskę i chciał za nią zginąć” – a dla drugich także co realnie dla sprawy polskiej dokonał. Te dwa stanowiska rzadko i niechętnie się spotykają, także dlatego, że przynajmniej Polakom kult spraw przegranych wydaje się nierzadko sympatyczniejszy i szlachetniejszy, choć w ich przypadku działa po prostu przyzwyczajenie…

Niechciane (?) „braterstwo broni”

Inna rzecz, że na szczęście sprawa Rajsa, choć komponuje się w całość z kultem tzw. „żołnierzy wyklętych/niezłomnych” – jak całość tego zjawiska jest na szczęście raczej płytka i jednak nie do końca konsekwentna. Zwłaszcza kilka lat temu bowiem w środowiskach ulegających tym tendencjom wahała się szala. Atencja do ŻW łatwo mogła zakończyć się ostatecznym uznaniem „jednolitofrontowego podejścia” do walki z komuną, a więc zaproszenia do wspólnego panteonu także np. upowców. Takie postawy wprawdzie nadal się w Polsce zdarzają, zwłaszcza wśród antykomuszych radykałów, jednak na szczęście choroby tej uniknęła bodaj większa część np. młodzieży maszerującej, czyli stanowiącej forpocztę kultu ŻW. Ci wprawdzie kochani są jak leci i bezrefleksyjnie, a miano to (jak wiele razy wytykano) rozszerza się ponad miarę i sens na osoby, które jako żywo żadnymi „wyklętymi” nie były (jak „Nil”), a wszystkich leśnych kocha się jak leci – no ale jednak bez dodawania im fałszywych „towarzyszy broni” spod znaku Bandery czy Wehrwolfu. Dobre i to, choć dla porządku można zauważyć, że niektórzy powstrzymują się z sympatią tylko do zbrodniarzy ukraińskich, już zupełnie afirmatywnie podchodząc np. do „antykomunistycznych działań Bałtów”, bez zastanowienia, że Leśni Bracia, tak imponujący niektórym swą niezłomnością składali się w dużej mierze na Litwie z szaulisów, mordujących Polaków bandytów z „Żelaznego Wilka”, a na Łotwie z ex-SS-manów, takich samych jak ci, którzy żywcem palili polskich jeńców podczas walk na Wale Pomorskim.

Mamy tu bowiem do czynienia z jeszcze jednym niebezpieczeństwem, zagrażającym zwłaszcza niektórym środowiskom deklaratywnie narodowym. Otóż z natury rzeczy są ludzie spragnieni radykalizmu, skrajności, doznań i postaw aż epatujących swym odrzuceniem przez ogół. Stąd właśnie pojawia się pokusa napawania także zbrodnią dla samej zbrodni („naziści były podli, ale ładnie się ubierali…”, „ci banderowcy to antypolskie świnie, ale żebyśmy my byli tacy twardzi…” itp.). Rajs jest niestety odpowiedzią na takie właśnie, patologiczne marzenia („zbrodniarz nie zbrodniarz – ale miał jaja, tak spalić te bachory, albo rąbnąć w łeb furmańską hołotę!”. Otóż popadnięcie w psychiczne zezwierzęcenie i perwersję z całą pewnością nie jest ani postawą narodową, ani w ogóle polityczną i wykrywszy u siebie takie tendencje lepiej jednak zwrócić się do specjalistów i nie zbliżać do małych futrzatych zwierząt, żeby nie ćwiczyć ich rozrywania na wzór prawdziwych twardzieli…

Grzech przeciw Polsce

Jasne, że dyskusję (?) tę można ciągnąć w nieskończoność – i wiecznie powtarzać te same argumenty: że ŻW w ogóle byli tylko ślepym, tragicznym zaułkiem historii, że ich losy stanowiły margines w stosunku do wysiłku całego podziemia doby II wojny światowej, a także losów jego żołnierzy i działaczy w okresie powojennym, że osobiste dramaty (także te, które spotkały ludzi „Burego”) wyjaśniają motywy, ale nie dodają w niczym celowości i sensu działalności zbrojnych oddziałów antykomunistycznych. Tragiczne życiorysy, wybory bez wyboru, błędy w ocenie sytuacji politycznej, decyzje złe, a nawet – jak w przypadku Rajsa – bardzo złe – teoretycznie można by się z tego faktycznie uczyć i wyciągać wnioski, ale pola do bezrefleksyjnego kultu naprawdę jest we wszystkich tych historiach bardzo, bardzo mało.

Rozpętanie afery z Rajsem dokonało się ku radości np. „Gazety Wyborczej”, a pewnie i tych politykierów, którzy na Podlasiu lubią przy wyborczych okazjach udawać „obrońców Białorusinów przed polskim nacjonalizmem”, oczywiście w imię „demokracji i praw człowieka”. Właśnie po raz kolejny dano im do ręki użyteczne narzędzie, który to już raz odrzucając możliwość pracy z mniejszościami religijnymi i językowymi na gruncie wspólnego, polskiego narodowego interesu. Dopóki ktoś będzie powtarzał, że to jednak „Bury” miał rację strzelając do furmanów, dopóty ktoś na głosach tychże mniejszości będzie zbijał kapitał polityczny, realnie do wykorzystania przeciwko Polsce, a ktoś inny będzie przykładu Rajsa używał by usprawiedliwić zbrodnie własnych idoli. Dlatego – sorry, Kapitanie, ale nawet dla szanujących osobiste zaangażowanie i częste męstwo wielu poległych i zamordowanych w walce z władzą komunistyczną – nie, Pan się na żaden pomnik nie nadaje. Oby Bóg odpuścił Pańskie grzechy – także te przeciw polityce polskiej.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Dyskusja, której być nie powinno”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *