Islandia nie chce lewicy ani Unii

Sondaże badania opinii publicznej notują druzgocący spadek poparcia dla obu partii tworzących koalicję rządową – Socjaldemokratycznego Sojuszu oraz Ruchu Lewica-Zieloni. Socjaldemokraci, którzy wygrali wybory parlamentarne w 2009 roku z poparciem na poziomie niemal 30 procent i uzyskali 20 miejsc w 63-osobowym Althingu, w styczniu 2013 roku notują poparcie ledwie 15-procentowe z tendencją spadkową. Z kolei partia zielonych, która w 2009 roku otrzymała niemal 22 procent głosów, teraz może pochwalić się poparciem na poziomie 9 procent, również z tendencją spadkową. Z kolei opozycyjna konserwatywno-liberalna Partia Niepodległości, która w wyborach otrzymała 23,7 procent głosów, teraz notuje wzrost poparcia, które waha się pomiędzy 36 a 37 procent. Konserwatyści są niekwestionowanym liderem przed zaplanowanymi na 27 kwietnia wyborami do Althingu i prawdopodobnie utworzą rząd z centrową, antyunijną Partią Postępową.

 

Islandczycy nie chcą Unii

 

Lewicowy rząd wraz z panią premier-lesbijką Jóhanną Sigurðardóttir na czele silnie popiera wstąpienie Islandii do Unii Europejskiej, a opozycyjni konserwatyści są zdecydowanie przeciwko. Mimo to w połowie stycznia br. czerwono-zielony rząd Islandii doszedł do wniosku, że przed kwietniowymi wyborami nie jest możliwe zakończenie procesu negocjacyjnego z Unią Europejską i zdecydował o zawieszeniu negocjacji w sprawie przystąpienia wyspy do bloku, by poczekać na rozstrzygnięcie wyborcze. Władze w Reykjaviku wydały oficjalne oświadczenie, że podczas obecnej kadencji parlamentu i rządu negocjacje nie doprowadzą do podpisania traktatu akcesyjnego.

Islandia – jako członek EFTA – musi przyjąć znaczną część unijnego prawa dotyczącego wspólnego rynku, ale problemy pojawiają się w zakresie polityki rybołówstwa, które nadal pełni ważną rolę w gospodarce wyspy oraz polityki rolnej, która w Unii Europejskiej postawiona jest na głowie. Negocjacje dotyczą 29 z 33 rozdziałów acquis communautaire, czyli unijnego prawodawstwa. Aktualnie otwartych jest 16 rozdziałów, w których negocjują politycy i eksperci, jednak wiadomo, że pojawią się wielomiesięczne opóźnienia w zakresie negocjacji rozdziału dotyczącego rybołówstwa. – Islandia powinna przystąpić do Unii Europejskiej i przyjąć euro, ponieważ da to krajowi gospodarczy wzrost i rozszerzy wpływ w podejmowaniu decyzji na arenie międzynarodowej – uważa Katrin Juliusdottir, lewicowa minister finansów Islandii. – Bylibyśmy suwerennym krajem współpracującym z innymi suwerennymi krajami na rzecz naszej przyszłości, pracującym razem na rzecz podwyższania standardu życia – dodała na początku tego roku.

W lipcu 2009 roku islandzki parlament przegłosował rozpoczęcie rozmów akcesyjnych z Brukselą, a premier Sigurðardóttir podpisała wniosek o przystąpienie Islandii do Eurokołchozu, obiecując jednocześnie ogólnonarodowe referendum w tej sprawie. Kilka dni później Ossur Skarphedinsson, minister spraw zagranicznych Islandii, złożył formalny wniosek o przyjęcie kraju do Unii, mimo że w tym czasie aż 48,5 proc. Islandczyków było przeciwnych anszlusowi. Później uniosceptycyzm Islandczyków tylko wzrastał. Kiedy w czerwcu 2010 roku ministrowie spraw zagranicznych państw UE zgodzili się na otwarcie negocjacji akcesyjnych z Islandią, 57 proc. mieszkańców wyspy opowiadało się za wycofaniem przez ich kraj wniosku o wstąpienie do bloku. W lutym 2013 roku przeciwko wejściu Islandii do Unii opowiadało się 63,3 procent Islandczyków, a rok wcześniej – 67,4 proc. W maju 2012 roku aż 63,9 islandzkich przedsiębiorców opowiedziało się przeciwko członkostwu w UE. Mimo sprzeciwu 69 procent Islandczyków, pod koniec 2011 roku islandzki lewicowy rząd rozważał porzucenie islandzkiej korony na rzecz euro, ale w związku z problemami Brukseli, w kraju nasilały się wątpliwości, czy to rozwiązanie byłoby rzeczywiście najlepsze. Dlatego islandzcy ekonomiści zaproponowali zastąpienie korony stabilnym dolarem kanadyjskim, co miało dać stabilizację makroekonomiczną.

W czerwcu 2012 roku podczas kampanii wyborczej zarówno Ólaf Ragnar Grímsson, aktualny prezydent, który zwyciężył w tamtych wyborach po raz drugi, jak i Thóra Anórsdóttir, kandydatka, która uzyskała drugą pozycję, opowiadali się przeciwko wejściu Islandii do bloku. Anórsdóttir odważyła się wypowiedzieć nawet dość niepochlebne słowa o wstępowaniu Islandii do Unii: „Kto wynająłby pokój w płonącym hotelu?”. Oboje kandydaci łącznie uzyskali w wyborach poparcie na poziomie prawie 86 proc. W sierpniu 2012 roku mogło dojść do rozpadu czerwono-zielonej koalicji rządowej, kiedy dwóch ministrów z partii koalicyjnej zaproponowało, by jeszcze raz przemyśleć, czy warto przystępować do Unii Europejskiej, jeśli w strefie euro panuje kryzys, a cały Ruch Zieloni-Lewica domagał się wycofania wniosku o członkostwo kraju w UE. – Sytuacja w Europie zmieniła się od chwili rozpoczęcia rozmów akcesyjnych w 2010 roku. Dziś UE toczy kryzys. Wydaje mi się, że przystąpienie do wspólnoty byłoby dla Islandii niekorzystne – stwierdziła Katrin Jakobsdottir, minister edukacji i wiceszefowa Ruchu Zieloni-Lewica.

 

Unia zniszczy rybaków

 

Dlaczego Islandczycy tak bardzo nie chcą zostać członkiem eurobloku? Jak pisałem na tych łamach we wrześniu 2012 roku, zdaniem Hjörtura J. Guðmundssona, dyrektora islandzkiego wolnorynkowego think tanku Civis, Islandczycy przede wszystkim nie chcą tracić niezależności i niepodległości. Wśród powodów Guðmundsson upatruje też kwestię połowów ryb i swobodnego dostępu do wód terytorialnych, gdyż po wejściu do Unii obowiązywałby ich traktat lizboński, a to oznaczałoby utratę kontroli nad polityką dotyczącą połowów. Po przystąpieniu do UE Islandia musiałaby nie tylko dzielić się swoimi łowiskami, lecz także dostosowywać się do unijnych limitów połowowych, jak również przekazać Brukseli kompetencje dotyczące rolnictwa.

Kompleksowo przyczyny niechęci do UE wyjaśnia prof. Hannes Hólmsteinn Gissurarson, wykładowca nauk politycznych z Uniwersytetu Islandzkiego w Reykiawiku. – Nie uważam, że Islandia powinna przyłączyć się do Unii Europejskiej z kilku powodów – mówi „Najwyższemu Czasowi!” prof. Gissurarson. – Po pierwsze, Unia Europejska staje się super-państwem, bez jakiegokolwiek demokratycznego mandatu, kierowanym przez anonimowych, nieodpowiedzialnych przed nikim biurokratów; siły centralizacyjne zmieniają ją z otwartego rynku w zamknięte państwo. Po drugie, mimo kryzysu Islandia jest raczej zamożnym krajem, który straciłby na członkostwie, tak jak Szwajcaria czy Norwegia. Po trzecie, Islandia ma bardzo efektywną politykę rybołówstwa, która zostałaby zniszczona przez biurokratów z Brukseli: w Europie zasoby rybne są wspólne, a na Islandii są indywidualne, transferowalne prawa do rybołówstwa udowodniły, że są bardzo efektywne. Po czwarte, Islandia już teraz ma potrzebny dostęp do europejskiego rynku dzięki porozumieniu o Europejskim Obszarze Gospodarczym. Po piąte wreszcie, Islandia powinna utrzymać handel i dobre relacje z krajami BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny), jak również ze Stanami Zjednoczonymi i Kanadą i nie mogłaby podpisać umowy wolnohandlowej z tymi krajami, gdyby była członkiem Unii Europejskiej – wyjaśnia uczony.

A islandzcy rybacy już od dawna znajdują się w poważnym konflikcie z Brukselą. Uniourzednikom nie podoba się zwiększenie przez Islandię kwot połowowych makreli bez konsultacji tego z nimi, co ich zdaniem uderza w wydajność unijnego rybołówstwa. Uniobiurokraci grozili nawet Islandii, że konflikt o makrele może wpłynąć na akcesję Islandii do UE. W styczniu 2011 roku w ramach sankcji Komisja Europejska postanowiła, że islandzcy rybacy nie będą mogli wyładowywać makreli w unijnych portach, co ma zmusić rząd w Reykiawiku do zmniejszenia połowów tych ryb. Był to poważny cios dla islandzkiej gospodarki, zważywszy, że rybołówstwo zapewnia około 40 procent dochodów z eksportu. Również zatroskani o środki do utrzymania islandzcy wielorybnicy zamierzają rozpocząć bitwę przeciwko członkowstwu Islandii w bloku, gdyż władze w Brukseli zaznaczyły, że jednym z warunków, jakie Islandia musi spełnić, jest wprowadzenie zakazu łowienia wielorybów. – UE nie wie, jak zarządzać żywym surowcem. Polityka rybołówstwa w UE jest najgorszym przykładem zarządzania naturalnymi zasobami, a Islandia nie zamierza dołączyć do tego nonsensu – mówił w 2010 roku Kristjan Loftsson, szef kompanii Hvalur zajmującej się połowem wielorybów na zachodnim wybrzeżu wyspy.

Do tego dochodzą kwestie czysto finansowe. Islandczycy uważają, że 990 mln koron (ponad 8,1 mln USD), które mają pójść na przygotowania do członkostwa, mogłoby zostać wydane na pilniejsze potrzeby. Co ciekawe, w 2010 roku Islandia odrzuciła propozycję otrzymania od Unii Europejskiej 30 mln euro w obawie przed tym, że pieniądze zostaną przeznaczone na unijną propagandę, tak jak to miało miejsce przed akcesyjnym referendum choćby w Polsce czy niedawno w Chorwacji. Szkoda że naszym politykom brakuje umiejętności tak trzeźwej oceny sytuacji. Tylko socjaldemokratyczna minister Juliusdottir nadal upiera się, że referendum w sprawie członkostwa Islandii można byłoby przeprowadzić jesienią 2014 roku. Bo koalicyjny partner – Ruch Lewica-Zieloni też jest przeciwko wstępowaniu do Unii.

Natomiast ostatnim czasem Islandczycy mogą mówić o podwójnym zwycięstwie nad banksterami i politykami. Po pierwsze, Trybunał Europejskiego Stowarzyszenia o Wolnym Handlu (EFTA) orzekł, że Islandia nie złamała prawa dotyczącego gwarancji depozytowych Unii Europejskiej i islandzcy podatnicy nie muszą płacić odszkodowania dla około 350 tysięcy brytyjskich i holenderskich obywateli, którzy stracili swoje oszczędności w wyniku bankructwa islandzkiego sektora bankowego w 2008 roku. – Islandia jest członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego, więc islandzcy politycy nie mogli zakazać działalności islandzkim bankom za granicą, dopóki ci mogli znaleźć tam klientów, depozytariuszy i wierzycieli – mówi „Najwyższemu Czasowi!” prof. Hannes Hólmsteinn Gissurarson. – W rzeczywistości banki i instytucje finansowe działały pod dokładnie tymi samymi przepisami, co banki w innych krajach europejskich – dodaje. Po drugie, skazano na kary więzienia i finansowe islandzkich bankierów i polityków w związku z upadkiem banków i wybuchem kryzysu. W 2012 roku specjalny trybunał orzekł, że Geir Harde, były premier Islandii, jest winny jednego z czterech zarzutów dotyczących przyczynienia się do krachu systemu bankowego w 2008 roku. Z kolei Baldur Gudlaugsson, były dyrektor gabinetu ministra finansów, został skazany na dwa lata więzienia. Podobnie dwaj byli szefowie banku Byr już odsiadują kary po 4,5 roku pozbawienia wolności, a Sigurdur Einarsson, były prezes banku Kaupthing, został zobowiązany przez sąd do zwrócenia bankowi równowartości 3,2 mln euro. Inni banksterzy czekają na swoje wyroki. Czyli jest jakaś sprawiedliwość, jeśli nie w Unii Europejskiej, to chociaż na Islandii.

Tomasz Cukiernik 

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 9 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2013 r.

M.G. 

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *