Kaczyński mój bliźni!

.
Każdy uważny czytelnik moich artykułów – a jako elitarysta mam nadzieję, że jest ich niewielu – zauważył z pewnością ostatnią zmianę w mojej ocenie Prawa i Sprawiedliwości. O ile jeszcze do niedawna uważałem tą partię za głównego szkodnika Polski, o tyle teraz dostrzegam w niej elementy pozytywne. 

Przypominam tu zatem, że kiedyś szczerze i z przekonaniem nienawidziłem PiS-u za to, iż partia ta wypaczyła wszystkie idee drogie prawicy politycznej. Stąd uważałem, że wszelkimi sposobami należy tępić tą swołocz. Moja nienawiść do PiS-u była tak wielka, że skłonny byłem usprawiedliwiać niegdysiejszy makabryczny czyn w łódzkim Biurze Poselskim europosła PiS-u w październiku 2010 roku, dokonany na Marku Rosiaku i Pawle Kowalskim – asystencie europosła i pracowniku biura przez 62-letniego taksówkarza Ryszarda C. Modliłem się w myślach by w Polsce znalazło się więcej takich Ryszardów C., skłonnych pójść na krwawą krucjatę z wrogiem, gdyż były to jedyne sposoby na ostateczne „dorżnięcie watahy”. 

Moja niechęć do PiS-u wynikała z głęboko żywionego przeświadczenia, że PiS jest kłamcą, który białe nazywa czarnym, a czarne białym – udało mu się omamić polskie społeczeństwo i wmówiło mu, że jest prawicą. Sprawa ma oczywiście podtekst światopoglądowy. Cała polska tradycja myślenia romantycznego – z którą to tradycją PiS się utożsamia – przyniosła Polsce więcej szkód niż pożytków. Pierwszym jej pokłosiem jest nasza skłonność insurekcyjno-niepodległościowa odpowiedzialna za krwawe, bezsensowne i źle zorganizowane czyny powstańcze wymierzone w naszego odwiecznego wroga – Rosję.W dodatku tradycję tą reprezentował w XIX i XX wieku obóz polskiej lewicy w opozycji do stojącego na stanowisku realizmu politycznego obozu prawicy konserwatywnej bądź narodowo-demokratycznej. W tym kontekście samo nasuwającą się tezą będzie konstatacja, iż zwieńczeniem, ale i karykaturą polskich skłonności insurekcyjnych była Katastrofa Smoleńska – najbardziej bezsensowny rozlew krwi w naszych dziejach, wydarzenie, za które polityczną odpowiedzialność ponosi obóz Jarosława Kaczyńskiego. 

Z kolei zmiana w moim stanowisku dyktowana była przez argumenty, które wyłuszczyłem już w raz na łamach PN i Konserwatyzm.pl w artykule pt. „Rozdwojenie”. Tym, którym się nie chce sięgać do tego tekstu przypomnę, że moim głównym argumentem na rzecz PiS-u była teza o „szarpnięciu cugli” przez obóz Jarosława Kaczyńskiego, „szarpnięciu” które wyrwało nas z oków okrągłostołowego układu. Choć jako konserwatysta i ugodowiec „okrągły stół” uważałem za wydarzenie pozytywne, to jednak trzeba było je przewartościować aby wyposażyć polskie społeczeństwo w czarno-biały obraz sytuacji. Wszelka dwuznaczność i ambiwalencja żywiona przez polskie społeczeństwo utrudniałaby nam bowiem transformację i wprowadzały niepewność czy aby rzeczywiście obalenie komunizmu – które dokonało się przecież w skali globalnej – było rzeczą pozytywną. Pytanie to choć może brzmi paradoksalnie, nie jest jednak pozbawione racji, zważywszy, że w systemie, który przyszedł po komunie pracownicy tracą wszelkie umocowanie dla swoich postulatów w solidarności pracowniczej, która ulega ostatecznemu rozmyciu. W dodatku rządzi nami jałowy i roszczeniowy demokratyczny liberalizm – system pozbawiony wartości. Stąd trzeba było dać społeczną legitymację dla dokonującej się przemiany, a wobec zarysowanej powyżej dwuznaczności musiała to być legitymacja silna. I tego właśnie dokonał obóz Jarosława Kaczyńskiego poprzez wprowadzoną przez siebie narrację antykomunistyczną i antyrosyjską. 

Gdybym miał podsumować swoją ocenę programu Jarosława Kaczyńskiego musiałbym powiedzieć, że nie był to program dobry, ani program prawdziwy (gdyż oparty na fałszywych przesłankach), ale był to jednak program jedyny możliwy do realizacji w zaistniałej sytuacji. Po prostu w Polsce nie można było zbudować innej prawicy, a wszelkie próby budowania prawicy w oparciu o inne tradycje np. endecką bądź konserwatywną spalały na panewce, gdyż nie miały społecznej bazy ani historiozoficznego uzasadnienia. Dla PiS-u tym uzasadnieniem było wyperswadowanie polskiemu społeczeństwu brzemiennej w sens prawdy, iż komunizm był „be”.
Dostrzeżenie w PiS-ie czegoś pozytywnego mogłoby pociągnąć moje poparcie polityczne udzielone tej formacji np. w głosowaniu. Mógłbym, nieco bałwochwalczo porównać wówczas siebie do niemieckiego jurysty i myśliciela Carla Schmitta, który w 1933 roku również początkowo krytykował nowy reżim z pozycji Republiki Weimarskiej, gdy jednak ten doszedł do władzy to Schmitt zmienił stanowisko o 180 stopni i poparł Hitlera. Nie chcę tu porównywać Kaczyńskiego do Hitlera, coś jednak jest na rzeczy by dostrzegać elementy wspólne obu narodowych rewolucji. Tak czy inaczej mógłbym być rewolucyjnym konserwatystą i z tych pozycji poprzeć PiS. Tego jednak nie zrobię gdyż chciałbym pozostać w oczach innych, a zwłaszcza w oczach samego siebie osobą konsekwentną i wiarygodną. Wciąż zatem pozostaję endekiem i konserwatystą, a w nadchodzących wyborach zagłosuję na Jarubasa. 

To, co jednak mogę zadeklarować to zapowiedź ocieplenia stosunków na frontach wojny polsko-polskiej, ocieplenia ze strony mojej skromnej osoby. Ponieważ na szczęście jestem osobą nic nie znaczącą, stąd też i moja deklaracja będzie mieć sens wyłącznie symboliczny. W tej rzeczywistej wojnie bowiem zaciętość, a nawet pewna umowna nienawiść jest konieczna, gdyż nadają one naszemu życiu publicznemu niezbędnej dynamiki. Stąd pozytywnie oceniam żarliwe i zawistne wypowiedzi różnych Giertychów bądź Niesiołowskich, choć trzeba jednak pamiętać by ta nienawiść nie wymknęła się bynajmniej nam spod kontroli. O ile bowiem politycy rozumieją ją w sposób przenośny, nie można tego już powiedzieć o przeciętnych obywatelach naszego społeczeństwa, którzy jak charakteryzowany na początku Ryszard C. – tezę o „dożynaniu watahy” mogą zrozumieć dosłownie. 

Powracając jednak do mojego stanowiska, symbolicznie zapowiadam zatem, że wciąż postrzegam Kaczyńskiego jako wroga publicznego numer jeden, mogę już jednak myśleć o tym wrogu bez emocji, mniej zawistnie i z mniejszą nienawiścią. Mało tego – ja go rozumiem, a nawet na swój sposób doceniam. W sukurs przychodzi mi w tym momencie nauka chrześcijańska nakazująca miłować naszych nieprzyjaciół, zatem: „Kaczyński mój bliźni!”.

Michał Graban

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *