Niechciana prawda Pawła Kowala?

Książka Pawła Kowala pt. „Koniec systemu władzy. Polityka ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego w latach 1986-1989” została dosyć mocno nagłośniona przez wydawców, ale recenzji i omówień zbyt wielu nie było, by porównać to ze zgiełkiem towarzyszącym choćby takim tytułom, jak „Lech Wałęsa – idea i historia” Pawła Zyzaka czy „SB a Lech Wałęsa” Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Za to te, które się ukazały (m.in. Piotra Zaremby w „Uważam Rze” (18.03.2012) były bardzo zdawkowe, by nie powiedzieć cierpkie.

Skąd ten brak entuzjazmu postsolidarnościowego mainstreamu? Z prostej przyczyny – ta książka, bardzo dobrze udokumentowana i świetnie napisana, nie mieści się w mitologicznym obrazie dziejów, jaki jest kreowany przez IPN (choć ten jest współwydawcą) i media mu sprzyjające. Po jej przeczytaniu nie ma się wcale wrażenia, że oto Solidarność „obaliła komunę”, ma się za to wrażenie, że w ciągu kilku lat, począwszy od 1986 roku – dokonała się w Polsce, w sposób ewolucyjny, transformacja polityczna i ustrojowa. W roku 1989, kiedy do gry wchodziła dopuszczona przez władze Solidarność – istniały już wszystkie instytucje, które tworzą III RP po dziś dzień. Co to za instytucje? Ano Senat, Prezydent RP, Rzecznik Praw Obywatelskich, ustawodawstwo wolnorynkowe (tzw. reforma Wilczka) a nawet „polityka historyczna”. Dokonało się to bez udziału i nacisku opozycji, która była wtedy bardzo słaba. Co więcej, w tym czasie pozycja polityczna PZPR także była niewielka. Począwszy od stanu wojennego partia była niejako zakładnikiem gen. Jaruzelskiego i wojska, nie miała nic do powiedzenia, a kluczowe dla kraju decyzje zapadały w innych gremiach, skupionych wokół Jaruzelskiego (autor używa tutaj terminu „ekipa Jaruzelskiego”).

I tu recenzenci i sam autor mają zgryz. Jak to ocenić? Oczywiście prawdą jest to, że władza dokonywała zamian, bo dostrzegała słabości dotychczasowego systemu, dokonywała ich, bo nie chciała stracić władzy. Ale przecież można sobie wyobrazić inny scenariusz – dogmatycznego trzymania się poprzednich rozwiązań, np. według wzorców rumuńskich. Nieraz wydaje mi się, że publicyści postsolidarnościowi chcieliby, żeby tak było, bo wtedy być może doszłoby to owego „obalenia komuny” (może nawet w formie jakiegoś nowego, krwawego powstania). A tak, to jest problem i to wielki. Nie da się bowiem pogodzić obrazu „krwawego komunistycznego zbrodniarza”, jakim miał być rzekomo Jaruzelski z obrazem reformatora (ostrożnego, ale jednak), demontującego poprzedni system i dopuszczającego opozycję do udziału we władzy. Dlatego właśnie Piotr Zaremba wytyka Pawłowi Kowalowi to, że obraz Jaruzelskiego przedstawiony w książce jest niejasny, gdyż nie wiadomo, czy jest to postać pozytywna czy negatywna. Nie wiem, czy sensowne jest stawianie takiego pytania. Obowiązkiem historyka jest przedstawienie faktów, a nie moralizowanie i stawianie cenzurek. Kowal uniknął tego, czego pełne są wydawane obecnie książki dotyczące najnowszej historii – nieznośnego, ideologicznego języka, stawiania wszystkich na ławie oskarżonych, miotania inwektyw i kreślenia obrazu czarno-białego. Z tego punktu widzenia, jest to książka zasługująca na najwyższe noty, tym bardziej, że autor zalicza siebie do obozu postsolidarnościowego.

Jest w omawianej książce bardzo wiele faktów mało znanych, bądź w ogóle nieznanych. Jedną z nich jest opisanie roli Jana Dobraczyńskiego, wówczas Przewodniczącego Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego (PRON), w kreowaniu polityki historycznej ekipy Jaruzelskiego. Są to fakty bardzo dla Dobraczyńskiego chwalebne, czego nie ukrywa nawet autor. W archiwum znajdują się liczne dokumenty ilustrujące ogromną aktywność Dobraczyńskiego w tej sprawie. I tak, w związku z 70. rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku, Dobraczyński zaproponował państwowe obchody. Bardzo charakterystyczny był jednak kierunek, jaki chciał im nadać. Kowal pisze:
„Zgoda na przywracanie pamięci o wydarzeniach z 11 listopada 1918 roku wią¬zała się z odżywaniem elementów sporu politycznego z czasu II Rzeczpospolitej. Jan Dobraczyński, przed wojną związany ze Stronnictwem Narodowym i Obozem Narodowo-Radykalnym (ABC), zabiegał przy okazji obchodów o przewartościo¬wanie stosunku do Romana Dmowskiego i upamiętnienie go. Więcej pro¬blemów przysparzała – co jest pewnym zaskoczeniem – postać Józefa Piłsudskiego, marszałek nie miał bowiem w ekipie władzy promotora. 10 października, pod¬czas posiedzenia Sekretariatu KC, dyskutowano między innymi kwestię nadania Gdańskiej Stoczni Remontowej jego imienia. Sprzeciwił się temu Wojciech Jaruzelski: „Myślę, że trzeba zrobić wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Mimo wszystko jest to stocznia, która powstała po wojnie na Ziemiach Odzyskanych. Piłsudski miał w nosie cały Gdańsk […j. Bo ja rozumiem, gdzieś tam coś w Kra¬kowie, jakoś związane z jego miejscem, w którym był czy walczył, czy coś takiego. To jeszcze można zrozumieć. Dzisiaj patrzymy na te sprawy w sposób bardziej otwarty i to jest zrozumiałe”.

Trudno sobie dzisiaj wyobrazić, żeby taką opinię wyraził jakikolwiek przedstawiciel władzy. Rację ma autor przypisując takie opinie wypowiadane przez szefa państwa wpływowi Dobraczyńskiego. Myślę jednak, że i sam Jaruzelski miał takie zdanie. Choć sam był kreowany na silnego przywódcę w mundurze (skojarzenie z Piłsudskim się narzucało), był wszakże wychowany w tradycji endeckiej, więc nie musiał korzystać w tym przypadku z porad starszego kolegi. Zresztą Jaruzelski mówił o tym wyraźnie w wywiadzie, jakiego udzielił mi i Adamowi Wielomskiemu w 2009 roku. Gdyby Paweł Kowal skorzystał z tego tekstu przy pisaniu swojej książki, nie wyrażałby zdziwienia stanowiskiem Generała.

Wracajmy jednak do polityki historycznej. W roku 1989 przypadało kilka ważnych rocznic związanych z historią Polski. Władze zaproponowały, że by był to „Rok Polaków”. Co wtedy proponował Dobraczyński? Oddajmy głos autorowi:

„Dobraczyński proponował zorganizowanie wspólnie z wojskiem wielkiej manifestacji warszawia¬ków w Forcie Czerniakowskim – miał to być nowy element obchodów, angażujący mieszkańców stolicy. Z jego inicjatywy postanowiono również uczcić lotników alianckich, którzy nieśli pomoc powstańczej Warszawie, w tym ufundować tablicę pamiątkową ku czci załogi zestrzelonego brytyjskiego Liberatora nr EV961. Tę sprawę Dobraczyński omawiał z ministrem Orzechowskim, ponieważ pomysł do-skonale korespondował ze zbliżającą się wizytą Margaret Thatcher. W progra¬mie obchodów pojawiały się wątki losów Polaków na Wschodzie po 17 września. W styczniu 1989 roku Dobraczyński – który, powołując się na względy społeczne, konsekwentnie pomijał kwestię oczywistej odpowiedzialności Związku Radzieckie¬go za mord w Katyniu – zasugerował Jaruzelskiemu pośmiertne odznaczenie Me¬dalem za Wojnę Obronną 1939 roku polskich oficerów internowanych w Ostaszkowie, Kozielsku i Starobielsku. Proponował też opublikowanie listy zamordo¬wanych i uhonorowanie innych żołnierzy walczących podczas kampanii wrześnio¬wej na Kresach Wschodnich. Argumentując swoją inicjatywę problemami, jakie w organizacji uroczystości stwarzała sprawa katyńska, przewodniczący Patrio¬tycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego sugerował również usunięcie z obelisku w Dolince Katyńskiej na Powązkach napisu wskazującego na Niemców jako spraw¬ców zbrodni. W koncepcji „Roku Polaków” Dobraczyński nie tylko starał się choćby wyrywkowo upamiętnić martyrologię Polaków na Wschodzie, ale również wyrazić szacunek dla tradycji II Rzeczypospolitej, w której sam się wychował”.

Pewne złośliwostki autora o pomijaniu przez Dobraczyńskiego „kwestii oczywistej odpowiedzialności Związku Radzieckie¬go za mord w Katyniu” pomińmy, albowiem są one, przepraszam bardzo, oderwane od ówczesnych realiów. Jak sobie autor wyobraża publiczne oskarżenie ZSRR o mord w Katyniu przez wysokiego urzędnika PRL? Owszem, mógł tak zrobić, ale byłby to koniec jego kariery. Poza tym, co miałby tym osiągnąć? Pewnie byłby „bohaterem” dnia, a potem może łaskawie Solidarność wybaczyłaby mu PRON, ale przecież nie o to tu chodzi. Kowal pisze z pewnym uznaniem o polityce historycznej tych lat, ale zaraz dodaje, że była ona niepełna, bo łączyła „stare” i „nowe”. A mnie się wydaje, że właśnie dlatego była ona pełna, jednocząca, a nie jątrząca. Teraz mamy „pełną” i „nową” politykę historyczną i jakie przynosi skutki, widzimy wszyscy.

Jedną z cech charakteryzujących opisywaną epokę, było stworzenie warunków do w miarę swobodnej wymiany poglądów. W istniejących już pismach cenzura przestała de facto przeszkadzać, ale powstawały nowe. Jednym z nich była „Res Publika”, drugim „Konfrontacje”. To drugie pismo, dzisiaj zapomniane, było swoistym przedpolem dla Okrągłego Stołu. W jego powstaniu też brał udział Dobraczyński. Pismo firmował PRON, a jego naczelnym był Marek Goliszewski, znany po 1989 jako szef BCC. Kowal pisze:

„Goliszewskiemu zależało na tym, żeby pozyskać do pisma postaci spoza obozu władzy, jak Stefan Bratkowski. Asekurował się także, zapraszając reprezentujących endecki punkt widzenia Jana Engelgarda i Jerzego Hagmajera – dzięki temu nawiązał kontakt z bliskim Jaruzelskiemu Dobraczyńskim. Po pew¬nym okresie porozumiał się z Bronisławem Geremkiem, z którym pozostawał w la¬tach 1988-1989 w stałym kontakcie. Podczas spotkań w warszawskich kawiar¬niach, między innymi w „Telimenie”, ustalał listę wywiadów ze strony opozycji. Oczywiście skład redakcji nie był aż tak różnorodny, o czym można się przeko¬nać, analizując stopkę redakcyjną. Dla percepcji pisma ważny był jednak wize¬runek „oficjalnej”, ale żywej trybuny dialogu w PRL. Zamysł pisma odzwierciedlał między innymi dobór osób udzielających mu wywiadów – wachlarz rozmówców był o wiele bardziej urozmaicony. Oprócz Bronisława Geremka należeli do nich między innymi: Anna Przecławska, która mówiła o konieczności wprowadzenia systemu wielopartyjnego, Andrzej Stelmachowski, Edward Erasmus (styczeń 1989) oraz Jacek Kuroń (luty 1989)”.

W tym miejscu jedno sprostowanie. Jerzy Hagmajer nie uczestniczył w żadnym stopniu w tym przedsięwzięciu. Autor pomylił go z Andrzejem Hagmajerem (członkiem Rady Redakcyjnej), jego synem, a w tym czasie szefem gabinetu Jana Dobraczyńskiego. Andrzej Hagmajer namówił mnie do napisania do „Konfrontacji” tekstów odsłaniających tzw. białe plamy, a Goliszewski chętnie się na to zgodził. Efektem były artykuły o generałach polskich zabitych w 1940 roku w ZSRR („Katyń…”, nr 4, 1988) oraz o wywózkach Polaków w głąb ZSRR w latach 1940-1941. Oba odbiły się szerokim echem, zwłaszcza za granicą. Przypominam – był to rok 1988. Po ukazaniu się numeru „Konfrontacji” z moim artykułem o generałach i z okładką ze zdjęciem pomnik katyńskiego i podpisem „Miesiąc Pamięci Narodowej” – ostro zareagował Wiesław Górnicki, doradca Jaruzelskiego. Epizod ten opisuje Kowal szczegółowo, wtedy ten fakt był mi nieznany. Dodam tylko, że Goliszewski był wówczas zwolennikiem tzw. szerokiej formuły pisma. Powiedział mi kiedyś: „Ja chcę tutaj szerokiej palety, od skrajnej lewicy do ONR-u”. Nie wiem, czy mówiąc o tym ONR, miał mnie na myśli.

I na koniec o jednym jeszcze fakcie z tamtych lat. Otóż jedną z koncepcji „poszerzenia bazy rządzenia” był pomysł powołania dużej formacji narodowo-chadeckiej, w skład której miały wejść: PRON, wszystkie stowarzyszenia katolików świeckich (PAX, PZKS, ChSS) oraz Kluby Inteligencji Katolickiej i część opozycji (Klub Dziekania). Pomysł spalił na panewce, bo z jednej strony nie chciał tego firmować i popierać Kościół, a z drugiej strony część PZPR była temu niechętna, bo za partnera już powoli wybierała sobie ludzi skupionych wokół Bronisława Geremka. Kowal pisze, że Kościół nie zgodził się na wielki kompromis z władzą, za co potem władza zapłaciła drogo. Od siebie dodam, że nie tylko władza, Kościół także. Ale to inna historia. Projekt utworzenia dużej partii narodowej (chadeckiej) był swego rodzaju powrotem do pomysłów z roku 1946, był to także dowód na to, że pomysł polityczny Bolesława Piaseckiego (budowa drugiej obok PZPR partii o nastawieniu katolickim) – był bliski realizacji w latach 1987-1988. Gdyby władze nie zawahały się i wybory z udziałem tej partii odbyły się np. w 1988 – to historia mogłaby się potoczyć inaczej. W 1989 roku władze PRL stały już wyłącznie naprzeciw solidarnościowej opozycji i popierającego ją Kościoła ze Stanami Zjednoczonymi w tle.

Na koniec jedna uwaga polemiczna. Autor z uporem twierdzi, że w latach 80. mieliśmy w Polsce „schyłkowy totalitaryzm”. Czy jednak totalitaryzm może być „schyłkowy”. Totalitaryzm albo jest, albo go nie ma. Jest oczywiste, że w Polsce od 1956 roku nie było żadnego totalitaryzmu, a ustrój w latach 80. był bliższy klasycznemu autorytaryzmowi niż nawet tzw. realnemu socjalizmowi. Rację w opisie ustrojowych niuansów PRL ma Lech Mażewski, o czym pisze w swojej książce pt. „System rządów w PRL (1952-1989)” (Warszawa-Biała Podlaska 2011). Niestety, Kowal nie skorzystał przy pisaniu swojej pracy z żadnej pozycji wydanej przez Mażewskiego, co na koniec wypada wytknąć.

Jan Engelgard

Paweł Kowal, „Koniec systemu władzy. Polityka ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego w latach 1986-1989”, Wyd. TRIO, ISP PAN, IPN, Warszawa 2012, ss. 524.
aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Niechciana prawda Pawła Kowala?”

  1. Znowu ciepło o Jaruzelskim. Ja jednak nie mogę mu zapomnieć wysłania w grudniu 1970 r. wojska do strzelania do niewinnych cywilów idących do pracy, tylko po to, by zwalić winę na Gomułkę i odsunąć go od władzy. Jerzy Krajewski

  2. Panie Konradzie! I Pan wierzy w to co Pan napisał? Pierwsza wersja była tak, że Jaruzelski w grudniu 1970 r . był wówczas w areszcie domowym. Teraz jest wersja, że był na zwolnieniu lekarskim. Zwolnienie lekarskie nietrudno załatwić. Ważne, że to on osobiście odpowiadał za wojsko. I to on osobiście brał udział w przygotowaniach do masakry robotników. I, moim zdaniem, cały czas kierował i monitorował realizację masakry robotników i dzieci (zginęło kilku nastolatków-15-16 lat).

  3. „Jest oczywiste, że w Polsce od 1956 roku nie było żadnego totalitaryzmu”- a właśnie Panie Engelgrad jest oczywiste że PRL był państwem totalitarnym z kilkoma zmianami modyfikacyjnymi odchodzącymi nieco od encyklopedycznego terminu totalitaryzm. Prócz ery Jaruzelskiego nie było klasycznego dyktatora zastępowało go BP KC PZPR. System monopartyjny także był, gdyż do PZPR-u przylepiono partie koncesjonowane /przystawki/ takie jak SD, ZSL a to jednak nie zasłania w żaden sposób tego, iż cała władza była i tak w rękach komunistów. Do tego dochodzi jeszcze silna cenzura a także aparat represji jako narzędzie państwa przeciw obywatelom. Państwa autorytarne dawały jednak więcej wolności niż PRL i podobne zwasalizowane twory sowieckie.

  4. Po tej recenzji pan przewodniczący P. Kowal wiele nie zarobi na swoim dziale, a z możliwych przyszłych partii zostanie mu tylko PSL i to tylko gdy pan prezes W. Pawlak będzie miał dobry humor.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.