Ruch Narodowo-Liberalny, czyli „Taniec z błaznami”

W ubiegłą sobotę odbył się w Warszawie kongres „Ruchu Narodowego” – „zupełnie nowej jakości” (której to już z rzędu) na polskiej scenie politycznej etc. etc. Co warte podkreślenia, tym razem sformalizowanie się tej działającej od listopada ubiegłego roku inicjatywy nie wywołało zbyt dużego entuzjazmu na tzw. prawicy, co zapewne było spowodowane pewnym znużeniem tworzonymi co jakiś czas w kilkuletnich odstępach „całkowicie nowych” inicjatyw narodowych. Ostatnia taka próba miała miejsce równo cztery lata temu, przy wydatnym udziale tych samych twarzy, które dzisiaj zaliczając którąś tam z kolei partię uważają się za „świeżą jakość”. Na szczęście tworzony w 2009 roku ad hoc, przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Libertas (przez niektórych zwany Żybertasem, ze względu na współpracę tej partii z żydowskim Centrum im. Szymona Wiesenthala, fanatycznie tropiącym wszelkie – zarówno prawdziwe jak i wyimaginowane – objawy „nienawiści” i „rasizmu”) – bo o nim mowa – nie przetrwał próby czasu, więc panowie Zawisza i Bosak muszą znaleźć sobie inną trampolinę do powrotu do koryta.

To, co najbardziej dziwi w „Ruchu Narodowym”, to absolutny ideowy miszmasz tworzących go grup. Mamy tu zarówno liberałów (Krzysztof Bosak, Artur Zawisza, UPR) jak i ludzi uważających się za „solidarystów” (Robert Winnicki), katolickich tradycjonalistów (Winnicki, Zawisza) i pogan (niklotowcy) czy antyklerykalnych ateistów (jak Marian Kowalski). Są monarchiści (Zawisza – członek Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, czy doradzający Ruchowi prof. Jacek Bartyzel) i zagorzali wrogowie konserwatyzmu (część Młodzieży Wszechpolskiej związana z portalem narodowcy.net). Są wreszcie zwolennicy orientacji atlantyckiej (np. Zawisza czy doradca Ruchu Narodowego były minister obrony narodowej w rządzie AWS, Romuald Szeremietiew), jak i krytycy amerykańskiego imperializmu (znów Wszechpolscy z redakcji narodowców.net). Jak może wyglądać ich współpraca? Np. Artur Zawisza czczący święte dęby a dr Tomasz Szczepański modlący się na Mszy Trydenckiej? Albo prof. Bartyzel tłumaczący nacjonalitarnym demokratom zasady legitymizmu monarchicznego? Czy jest jakakolwiek rzecz która łączy te wszystkie grupy i osoby?

Oczywiście, że jest. Przede wszystkim XIX-wieczna mentalność i tkwienie w dawno nieaktualnych schematach. Dla Ruchu Narodowego receptą na wszystko jest demoliberalna doktryna endecka, połączona z kultem powojennego podziemia niepodległościowego (który to kult zakrawa już o szaleństwo) i kilkoma chwytnymi hasełkami zapożyczonymi od zachodnioeuropejskich ugrupowań nacjonalistycznych. Na przykład hasła ograniczenia imigracji czy „powstrzymania islamizacji” w polskich realiach brzmią bardziej niż komicznie. Program gospodarczy Ruchu to kilka otrzaskanych haseł z liberalnej kapliczki (przy tym bardzo ogólnikowych i mogących znajdować się w programie każdej innej demoliberalnej partii), takich jak „ograniczenie biurokracji” czy „ułatwienie prowadzenia działalności gospodarczej przedsiębiorcom.

O wizji polityki zagranicznej proponowanej przez Ruch Narodowy nie dowiemy się nic ponad to, co Artur Zawisza powiedział w wywiadzie dla geopolityki.org: „Dzisiaj, głównym zagrożeniem jest niemiecka eurohegemonia i rosyjski neoimperializm. Z tego punktu widzenia ciekawa była polityka Lecha Kaczyńskiego stawiająca na bliską współpracę ze Stanami Zjednoczonymi. Tu warto wyjaśnić, że sprzeciw wobec kulturowego amerykanizmu nie musi prowadzić ku geopolitycznej wojnie z Ameryką, czego przykładem jest i Arabia Saudyjska, i Turcja. (…) Europa Środkowa, wolna od wpływów niemieckich, może swobodnie rozmawiać z Rosją nie jako petent w stylu prezydenta Komorowskiego, ale jako świadomy swoich celów partner. Wtedy można zarówno śmiało żądać uczciwej postawy co do katastrofy smoleńskiej, jak i szukać wspólnych interesów. Nowoczesny nacjonalizm jest dobrą drogą dla Polski”. Co ciekawe, na kongresie Ruchu Narodowego został odczytany list od prezesa Jobbiku, Gabora Vony – tego samego Gabora Vony, który kilka dni wcześniej gościł na zaproszenie Aleksandra Dugina w Rosji i wygłosił wykład o potrzebie porzucenia atlantyzmu na rzecz euroazjatyzmu. Jak donosi nacjonalista.pl: „Gabor Vona napiętnował przede wszystkim ideologię amerykanizmu, którą określił największym zagrożeniem dla Europy. Wyraził opinię, iż Rosja znacznie lepiej reprezentuje Europę niż dwa wcześniej wymienione twory [czyli USA i UE]. Jego zdaniem, rolą Federacji Rosyjskiej winno być zwalczanie amerykanizacji na kontynencie. »USA boją się sojuszu Rosji z Europą« – powiedział”. Ciekawe czy Vona wie, że w Polsce jego ugrupowanie współpracuje z grupą neokonów i atlantystów?

Zapewne inną rzeczą, która zdziwiłaby Gabora Vonę jest fakt, że za panel gospodarczy na kongresie Ruchu Narodowego odpowiadał Bartosz Jóźwiak – prezes UPR, a więc partii dla której liberalizm jest niczym powietrze. Co zresztą dobrze też ukazuje, gdzie można odesłać deklaracje „antyliberalizmu” ze strony liderów RN. Rację ma Krzysztof Wołodźko z „Nowego Obywatela” pisząc o kongresie: „Znów ta sama gadanina o złym państwie, niedobrych socjalistach, względnie »prawicy z przypadku« (bo jak wiadomo »prawdziwa prawica« to tylko pogrobowcy thatcheryzmu, czyli ideologii o dość przecież krótkiej historii), uciemiężonych przedsiębiorcach i konieczności liberalnych rozwiązań. Teraz to wszystko zostało zmiksowane z neoendecką retoryką: prawdziwi liberałowie plus prawdziwi Polacy. Jak republikę Okrągłego Stołu ma obalać ruch, który u korzeni czerpie z doktryny realnego liberalizmu, na którym ufundowano cały dzisiejszy bałagan? Jak oligarchię mają obalać jej mentalni zakładnicy, którzy powtarzają neoliberalne bajeczki, najkorzystniejsze dla wielkiego, międzynarodowego kapitału?”.

Jedną z gwiazd kongresu był Rafał Ziemkiewicz – patologiczny przykład małpowania jankeskich wzorców i traktowania ich jako jedynie słusznej wizji czym ma być prawica. Ziemkiewicz dał się poznać jako zwolennik skrajnego liberalizmu, republikanizmu, thatcheryzmu i innych odmian pipiprawicowego chłamu. Natomiast jedną z mniej znanych „twarzy” Ziemkiewicza jest jego dość dziwny stosunek do sodomitów. W 2007 roku pisał tak: „Nie jestem naukowcem, nie śledzę stanu badań w tej sprawie, ale jestem pisarzem (choć może mało to widać) i jako taki zbieram i śledzę wiele życiowych historii. I ta skromna działalność daje mi prawo, by protestować przeciwko pomysłom leczenia homoseksualizmu, takim jak kościelna inicjatywa, o której pisaliśmy wczoraj w »Rzeczpospolitej«. Znam wiele przypadków ludzi, którzy w imię wyznawanych wartości starali się wygrać z własnymi skłonnościami, wmówić sobie, że są tacy jak inni. Starali się mieć żony i dzieci. Unieszczęśliwiali w ten sposób kobiety, niszcząc im życie, unieszczęśliwiali dzieci, które rodziły się w chorych związkach i były w nich wychowywane, a w końcu i siebie samych, kiedy musieli przyznać, że nie potrafią wygrać z samym sobą (a kto to potrafi?). Nic z tego dobrego nie wynikało, samo zło”. W innym tekście z 2007 roku, w dzienniku „Rzeczpospolita” napisał: „Jeśli traktujemy naukę Kościoła jako rozstrzygający argument dla organizacji społecznej, to konsekwentnie powinniśmy domagać się usunięcia z prawa możliwości rozwodów i penalizacji seksu przed- oraz pozamałżeńskiego. Skoro jednak sobie, heteroseksualnej większości, przyznajemy dość zgodnie prawo do życia w niezgodzie z naukami Kościoła, musimy być konsekwentni. Co właściwie myślimy o homoseksualistach, jeśli już do myślenia o nich jesteśmy zmuszani? Moja osobista odpowiedź: jako chrześcijanin widzę w nich swoich braci i siostry, jako konserwatysta – współobywateli, których prawa i wolności muszą być szanowane tak samo jak moje. Jednak jako chrześcijanin domagam się, aby moralność publiczna była szanowana, a jako konserwatysta, aby rodzina cieszyła się ze strony wspólnoty i państwa szczególną opieką, albowiem wychowując dzieci, pełni ona w społeczeństwie rolę absolutnie kluczową. W taki sposób wyznaczyłbym pole, na którym gotów jestem szukać rozwiązania problemu. Na pewno nie mieści się na nim zgoda na wiernopoddańcze małpowanie wzorców zachodnioeuropejskich. Ale wydaje mi się, że na tym polu możliwe jest znalezienie satysfakcjonujących i dla obywateli homoseksualnych, i dla prawicy, rozwiązań społecznych i prawnych”. Wreszcie w michnikowskim radiu TOK FM powiedział: „W Polsce już wielokrotnie się przekonaliśmy, że lansowanie się na wrogości do homoseksualizmu wiele nie daje. Ludzie w Polsce może homoseksualizmu nie lubią, ale stereotyp jest taki, że to osoba niepoważna – jak pan Czesiu z »Kabareciku«. Mówiąc językiem »Krytyki Politycznej« to estetyka queer. A ktoś kto się z tym queer szarpie na ulicy traci powagę. W ten sposób zmarginalizowała się Młodzież Wszechpolska, bo się uganiała z Paradami Równości i NOP też się zmarginalizuje”. Udzielił też wywiadu pedalskiemu portalowi gaylife.pl. Czytelnik o mocnych nerwach może obejrzeć jego fragmenty tu: http://www.youtube.com/watch?v=Ev9HKNY6i8o

To też może tłumaczyć dlaczego tym razem Artur Zawisza na Kongres tworzonej przez siebie partii nie zaprosił Lecha Wałęsy – jego ostatnie, zdroworozsądkowe wypowiedzi o dewiantach niezbyt współgrałyby ze stanowiskiem Ziemkiewicza.

Wracając jeszcze raz do tekstu Wołodźki warto przytoczyć ten fragment: „Poparcie Ziemkiewicza dla tej inicjatywy skutecznie pokazuje, co jest grane: przecież nie poparłby on tego ruchu, gdyby nie wiedział, skąd (doktrynalny) wiatr wieje: dmie xero-thatcheryzmem, aż miło. Zaś Krzysztof Bosak, zafascynowany liberalizmem a la Fundacja Republikańska, jest wymownym przykładem, że o żadnym rzeczywiście prospołecznym programie mowy być tu nie może. To są ludzie, pewnie szczerze zatroskani, ale przesiąknięci ideami wywodzącymi się jeszcze od »chłopców z Chicago«. W tym sensie – powiem mocno – bliżej im do Leszka Balcerowicza, amerykańskiego stypendysty z ramienia PZPR-u, jednego z ojców założycieli III RP, niźli do jakiejkolwiek faktycznej kontestacji. Bo w fundamentalnych kwestiach społeczno-gospodarczych są to wciąż te same paradygmaty i założenia, nawet jeśli retoryka jest radykalnie antymainstreamowa. Szkoda, że paplająca o faszyzmie lewica nie zwróci baczniejszej uwagi na te elementarne przecież sprawy”.

Ziemkiewicz ma też w nawyku ruganie tzw. Endokomuny – czyli tych narodowców, którzy nie dali się ponieść solidarnościowej rewolucji, nie uważają PRL za drugą Generalną Gubernię i rehabilitują postawę Bolesława Piaseckiego wobec komunistów. Jestem ciekaw jak Ziemkiewicz się czuł gdy na Kongresie przemawiał Bohdan Poręba – były działacz Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i członek PZPR, który na ostatnim zjeździe partii głosował przeciw jej rozwiązaniu.

Jaka przyszłość stoi przed Ruchem Narodowym? Mam nadzieję, że krótka i niezbyt interesująca. Bo władza w rękach trenera fitness bez matury i człowieka, który w 8 lat nie był w stanie skończyć studiów na tak niewymagającym myślenia ani polotu kierunku jak politologia, byłaby niebezpieczna.

Podsumujmy: atlantyzm, liberalizm, miałkość intelektualna, hałaśliwy bezpłodny antykomunizm, głoszenie oderwanych od rzeczywistości haseł, hiperrewolucyjny hurrapatriotyzm – brzmi znajomo. Tak, koledzy z Ruchu Narodowego – wasze miejsce jest w PiSie.

Korneliusz Zieliński

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *