Światowa wojna domowa: Egipt

Konflikt w Egipcie pogłębia się. Jak zauważył profesor Mahmud Mamdani z Columbia University, jeśli źródła oficjalne przyznają się do 500 ofiar śmiertelnych, ich rzeczywista liczba może być kilkukrotnie wyższa. Międzynarodowa opinia publiczna pozostaje zdezorientowana nie wiedząc, kogo poprzeć w tym konflikcie: gdy jedna strona głosi obronę demokracji przed dyktaturą wojskową, druga twierdzi, że zwalcza religijnych fanatyków prących do wojny domowej.

Nie mamy tu do czynienia – jak w przypadku antymubarakowskiej rewolucji 2011 roku – z konfrontacją między społeczeństwem a reżimem, lecz między dwoma odłamami społeczeństwa: według sondaży w czerwcu br. Mohameda Morsiego popierało 28 proc. Egipcjan, podczas gdy 35 proc. Opozycję [1]. To tłumaczy szokującą zagranicznych obserwatorów obojętność egipskiej opinii na masakrowanie setek ich obywateli. O ile sztandarowa postać obozu liberalnego Mohammed el-Baradei na znak protestu ustąpił ze stanowiska wiceprezydenta, to rzecznik ruchu Tamarod uznał represje za uzasadnione i wezwał do czynnego poparcia władz. Szeregowi zwolennicy junty w ślad za wspierającymi rząd publicznymi i prywatnymi mediami gotowi są uznać, że to niezbędne środki dla utrzymania stabilizacji w kraju a nawet wierzyć, że zabici padli z rąk bojówkarzy Bractwa Muzułmańskiego. W czasie ostatnich demonstracji Bractwa mieszkańcy dzielnicy Rabaa al-Adawiya zaatakowali zwolenników M. Morsiego.

Jak się wydaje, na konflikt polityczny nałożyły się tu sprzeczności społeczno-kulturowe: przeciwnicy Ichwan rekrutują się głównie z klasy średniej (choć rozumieć ją należy w znaczeniu raczej kulturowym niż ekonomicznym, zaliczając tu nie tylko ludzi o odpowiednim poziomie dochodów, ale też tych wszystkich, głównie młodych, którzy do klasy średniej aspirują). Symbolizuje to fakt, że pochód zwolenników M. Morsiego wyruszył z robotniczej dzielnicy Shubra, natomiast Rabaa Al-Adawiya zamieszkana jest przez klasę średnią.

Można zaryzykować hipotezę, że jest do refleks ogólnoświatowych trendów, dostrzegalnych (acz w mniejszych rozmiarach) również w Polsce [2]. Dynamiczny rozwój rynków wschodzących w ostatnich dekadach przyczynił się do ekspansji klasy średniej w tych krajach (dziś liczyć ma ona 1,8 mld ludzi, do końca dekady zwiększy się do 3,2 mld). Klasa średnia bogacąc się przejmuje na ogół zachodnie wzorce konsumpcji, a często też wraz z nimi zachodnie wartości intelektualne [3]. W dobie globalizacji Internet głęboko przeorał umysły ludzi z krajów rozwijających, choć jego wpływ nie jest jednoznaczny: z jednej strony skutkuje reakcyjnym „rykoszetem” (backlash), czyli aktywizacją żywiołów konserwatywnych (jak wykazała Karen Armstrong fundamentalizm jest reakcją na wyzwania nowoczesności), z drugiej otwarciem na modernizację. Oznacza to rozdarcie społeczeństw rozwijających się krajów peryferyjnych głębokim konfliktem kulturowym, przyjmującym czasem postać zimnej (a nawet gorącej) wojny domowej.

W przypadku (m.in.) Egiptu walka między tradycjonalistami a modernistami została zakłócony przez trzeci czynnik: autorytarną dyktaturę Mubaraka, skonfliktowaną zarówno z liberałami jak z islamistami. Wspólny front sił modernizatorskich i konserwatywnych doprowadził do obalenia reżimu, ale w tym momencie ich drogi się rozeszły. Zwycięstwo wyborcze islamistów wywołało głęboką frustrację świeckiej klasy średniej, wyznającej ideały zgoła odmienne od fundamentalistycznych (na ogół świeckiego nacjonalizmu) [4]. „Nie o taki Egipt żeśmy walczyli!”, chciałoby się strawestować słowa polskiego polityka.

Dalszy rozwój sytuacji w Egipcie pozostaje niewiadomą. Mało prawdopodobny wydaje się wybuch wojny domowej: Bractwo popierane jest przez mniejszość społeczeństwa, w konfrontacji z armią (o ile nie doszłoby w niej do rozłamu) nie ma szans; w odróżnieniu od Algierii w dolinie Nilu nie ma warunków do prowadzenia walki partyzanckiej. Z drugiej jednak strony wobec fiaska pokojowych protestów obecna determinacja Braci może zmienić się nie w rezygnację ale w desperację. Bractwo Muzułmańskie jest ruchem islamistycznym akceptującym jednak demokrację (w przeciwieństwie do fundamentalistów w stylu Hizb ut-Tahrir, odrzucających wszelką “władzę człowieka” jako bałwochwalstwo) [5]. Złamanie reguł demokracji przez armię i brutalne represje (ich skala jest nieporównywalna z naruszeniami praworządności przez M. Morsiego) może doprowadzić do radykalizacji i pchnąć przynajmniej część Braci do akcji terrorystycznych (niewykluczone, że taki jest ukryty cel wojska, które dzięki temu miałoby możliwość przejęcia pełni władzy). Endemiczny terroryzm jednak odstraszając turystów i destabilizując gospodarkę utrudni wychodzenie z kryzysu gospodarczego.

I w tym tkwi sedno problemu. Nieudolność rządów M. Morsiego sprawiła, że wahadło nastrojów społecznych przechyliło się w kierunku świeckiej opozycji. Rzecz jednak w tym, że trudno sobie wyobrazić, by jakikolwiek rząd tego przeludnionego a pozbawionego bogactw naturalnych kraju mógł szybko podnieść poziom życia obywateli do takiego poziomu, jaki obserwują via media na Zachodzie. Jak zareagują Egipcjanie, gdy uzmysłowią sobie, że ich aspiracje są nie do zrealizowania?

dr Jarosław Tomasiewicz

Artykuł ukazał się na portalu www.geopolityka.org 

Dodał Stanisław A. Niewiński

[Głosów:0    Średnia:0/5]

Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *