Umowa bez ratyfikacji?

Warto bowiem przypomnieć, że umowa wymaga ratyfikacji nie tylko ze strony zainteresowanych państw Europy Wschodniej, ale też przez parlamenty wszystkich 28 krajów członkowskich Unii.

O tym, że mogą być z tym pewne nieprzewidywane dotąd problemy świadczy choćby fakt, iż – przynajmniej w przypadku Ukrainy – część unijnych dyplomatów zaczęła mówić o możliwości wdrażania zapisów obu umów (stowarzyszeniowej i handlowej) bez ich uprzedniej ratyfikacji ze strony UE. Mówią o tym nie tylko nieoficjalne źródła w służbie zewnętrznej Komisji Europejskiej, ale także rezolucja uchwalona 12 września przez Parlament Europejski. Zwolennik takiego rozwiązania, skądinąd znany z lobbowania interesów władz ukraińskich w PE, poseł Paweł Zalewski (Platforma Obywatelska/ Europejska Partia Ludowa) podkreślał wówczas, że umowy mogłyby faktycznie wejść w życie zaraz po ich ratyfikacji przez jedną tylko ze stron – ukraińską Radę Najwyższą (przy obecnym rozkładzie sił za jej przyjęciem opowiedzą się najprawdopodobniej niemal wszyscy deputowani, poza przedstawicielami Komunistycznej Partii Ukrainy, kilkunastoma posłami niezrzeszonymi i kilkoma dysydentami w szeregach Partii Regionów). Do ratyfikacji traktatów przez stronę unijną mogłoby dojść, przy optymistycznym scenariuszu zarysowanym przez posła Jacka Saryusza-Wolskiego (PO/EPP), w marcu lub kwietniu 2014 roku. Ratyfikacja dokumentów przez poszczególne parlamenty narodowe zająć może nawet kilka lat, co – biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia – zdarzało się prawie za każdym razem, gdy umowa mogła naruszać żywotne interesy choćby części sektorów i grup społecznych wybranych krajów członkowskich. W przypadku Polski umowa stowarzyszeniowa z Wspólnotami Europejskimi została podpisana w 1992 roku, zaś ratyfikowana dopiero w 1994 i nie był to najdłuższy z procesów ratyfikacyjnych. Co stanowi realną przeszkodę przyspieszenia tego procesu, która doprowadziła do tego, że wielu europejskich polityków chcących za wszelką cenę sukcesu szczytu PW w Wilnie, postanowiło obejść obowiązujące procedury prawno-międzynarodowe i doprowadzić do sytuacji wejścia w życie nieratyfikowanego dokumentu?

Przyczyn jest co najmniej kilka. Wśród nich niebagatelną rolę odgrywa z pewnością lęk przed porażką całej unijnej polityki wschodniej, wykreowanej przez ministrów spraw zagranicznych Polski i Szwecji (Radosława Sikorskiego i Carla Bildta) i realizowanej przez obecnego komisarza UE ds. rozszerzenia Stefana Füle oraz wysokiego przedstawiciela Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Catherine Ashton. Ten sukces nie może być z ich punktu widzenia zakłócony przez jakiekolwiek próby kwestionowania wypracowanego przez nich kształtu umów przez jakiekolwiek europejskie siły polityczne. Tymczasem w maju przyszłego roku odbyć się mają dodatkowo kolejne wybory do Parlamentu Europejskiego, co może doprowadzić do zmian w składzie tego zgromadzenia, a tym samym konieczności przekonywania europosłów o korzyściach płynących z traktatu. Nie wspominając już o tym, że wkrótce po wyborach do PE pojawi się nowy skład KE, który może przecież znacząco różnić się od obecnego. Część ambicjonalna bojących się o swe przyszłoroczne perspektywy urzędników unijnych nie jest zatem bez znaczenia i z pewnością motywuje ich do tego nadzwyczajnego, rzadko spotykanego przy innych okazjach pośpiechu.

Są wszakże jeszcze inne zastrzeżenia dotyczące szeregu kwestii związanych z umowami stowarzyszeniowymi, a przede wszystkim umowami o wolnym handlu. Wprawdzie większość kręgów biznesowych zdaje sobie sprawę z tego, że relacje pomiędzy krajami poradzieckimi a unijnymi będą miały zdecydowanie asymetryczny charakter w dziedzinie handlowej (biorąc pod uwagę istniejące standardy europejskie, większości np. ukraińskich producentów otwarcie rynku UE po prostu nic nie da, bowiem w dalszym ciągu nie będą mogli swojej produkcji na nim sprzedawać), jednak pojawiają się głosy niektórych branż i sektorów, iż w średniej perspektywie zniesienie barier celnych doprowadzić może do pogłębienia kryzysu w branżach już obecnie przeżywających spadek obrotów. Dotyczy to przede wszystkim rolnictwa – związki zawodowe i zrzeszenia producentów działające w tej sferze już wyrażają swoje obawy przed konkurencją na rynku zbożowym, która może zagrozić ich interesom, mając na myśli przede wszystkim Ukrainę.

Drugi argument pojawiający się w tych kręgach europejskich polityków, którzy z rezerwą odnoszą się do przyspieszonego procedowania nad umowami stowarzyszeniowymi ma wymiar polityczny. Dotyczy on przede wszystkim Ukrainy, w nieco mniejszym zaś stopniu Mołdawii. Jak wiadomo, szereg środowisk politycznych w UE posługuje się retoryką wartości, w tym przestrzegania praw i swobód człowieka. W tym kontekście nierozwiązana nadal sprawa więźniów politycznych na Ukrainie budzi poważne obawy. Dodajmy, że nie bez znaczenia była tu z pewnością prowadzona na dużą skalę przez Julię Tymoszenko kampania PR prowadzona wśród elit opiniotwórczych i decydentów wielu państw UE. Nie bez znaczenia są również osobiste i towarzyskie kontakty byłej szefowej ukraińskiego rządu z liderami kilku państw europejskich. W przypadku Mołdawii mamy natomiast do czynienia z zastrzeżeniami nieco innego charakteru, dotyczącymi przede wszystkim braku woli Kiszyniowa do zawarcia proponowanych przez Brukselę kompromisów w sprawie Naddniestrza. Do tego dochodzą liczne kwestie związane z prawami mniejszości narodowych i etnicznych, przede wszystkim w odniesieniu do Gagauzji. Wreszcie, sytuacja z Tymoszenko może powtórzyć się niebawem w Gruzji, gdzie już obecnie były premier i minister spraw wewnętrznych Wano Merabiszwili znajduje się w więzieniu, a wkrótce po nadchodzących wyborach prezydenckich do zakładu karnego trafić może hołubiona przez Zachód obecna głowa państwa Micheil Saakaszwili, co zresztą obiecują mu już teraz czołowi politycy gruzińscy. Drugi wymiar unijnych zastrzeżeń nie może być zatem również zbagatelizowany, bo dotyczy kwestii obecnych permanentnie w europejskiej retoryce – praw człowieka.

Trzecim argumentem pojawiającym wśród przeciwników ratyfikacji umów stowarzyszeniowych jest argument dotyczący tych państw UE, które posiadają wspólną granicę z państwami aplikującymi o stowarzyszenie. W tym, przypadku problemy pojawiają się w szczególności wobec Ukrainy. Kijów znajduje się w dalszym ciągu w sporze terytorialnym z Rumunią, będąca już członkiem Unii. Konflikt dotyczy Wyspy Węży na Morzu Czarnym i szelfu kontynentalnego wokół niej, gdzie znajdują się złoża ropy i gazu ziemnego; pomimo międzynarodowego arbitrażu, do tej pory nie został on ostatecznie rozstrzygnięty. Bukareszt występował także z krytyką ukraińskich działań wokół Kanału Bystroj mającego łączyć jedno z ujść Dunaju z Morzem Czarnym. Kolejny z unijnych sąsiadów Ukrainy podnosi coraz częściej kwestię praw mniejszości węgierskiej zamieszkującej ukraińską cześć Zakarpacia. Ostatnio sprawę ta najgłośniej podnosił węgierski euro poseł Bela Kovacs (Jobbik / niezrzeszony), który zresztą od lat utrzymuje swoje biura na terytorium Ukrainy. Węgierska wrażliwość na kwestie ,mniejszości może być wszakże rozegrana także na poziomie debaty ratyfikacyjnej w Budapeszcie, gdzie zdecydowaną większość prawdopodobnie zachowa rządzący konserwatywny FIDES premiera Viktora Orbana. Mniej konfliktów ma Kijów z pozostałymi unijnymi sąsiadami i nie są one na tyle poważne. Nie sposób jednak wykluczyć, iż kolejne rasistowskie wystąpienia polityków obecnej w parlamencie ukraińskim neofaszystowskiej „Swabody” wpłyną na opinię publiczną Słowacji, a przede wszystkim Polski i tym samym będą mogły kształtować atmosferę debaty ratyfikacyjnej w parlamentach krajowych. W przypadku Mołdawii kwestia terytorialna polega na czymś całkiem innym – w Rumunii nadal znaczenie mają te środowiska polityczne, które nawołują do zjednoczenia obu państw i tym samym inkorporacji Kiszyniowa w skład Wielkiej Rumunii. To z pewnością wzbudziłoby niepokój sąsiadów Bukaresztu, przede wszystkim Węgier, ale godziłoby także w interesy ukraiński, wzmacniając tendencje rewizjonistyczne wśród rumuńskich polityków i opinii publicznej.

Spodziewane pogorszenie sytuacji gospodarczej w państwach poradzieckich po ich przystąpieniu do strefy wolnego handlu z UE przyniesie także inne, podnoszone niekiedy już teraz, obawy. Dotyczą one spodziewanego naporu imigracji zarobkowej z nowych stowarzyszonych krajów, w sytuacji, gdy już obecnie władze kilku krajów zachodnich przeżywają poważne trudności będące wynikiem przedostatniego rozszerzenia UE w 2007 roku o Rumunię i Bułgarię. Problemy te budzą przede wszystkim niepokój w Wielkiej Brytanii, ale dotyczą również kilku innych państw zachodnioeuropejskich.

Cały szereg istotnych kwestii nie może sprawić, że zapomnimy o jeszcze jednym, niezwykle ważnym problemie. Dla większości krajów członkowskich UE podstawowym partnerem handlowym na obszarze poradzieckim jest Federacja Rosyjska. Statystyki pokazują, że obroty handlowe z Rosją w wielu przypadkach przewyższają obroty ze wszystkimi pozostałymi państwami byłego ZSRR razem wziętymi. Jakiekolwiek, niekonsultowane z partnerami rosyjskimi kroki dotyczące przestrzeni będącej przedmiotem naturalnego zainteresowania Moskwy wywołać mogą konflikty, które z punktu widzenia wielu europejskich przywódców są czymś całkowicie zbędnym, a wręcz ryzykownym. Wszystkie te argumenty poruszane będą z pewnością podczas długiego procesu ratyfikacyjnego, jeśli oczywiście dojdzie do podpisania umów stowarzyszeniowych podczas wileńskiego szczytu w listopadzie. Wiemy, że nie będzie to proces łatwy i warto też wiedzieć, że nie ma żadnej gwarancji, iż zakończy się on pozytywnym rozpatrzeniem projektów traktatów stowarzyszeniowych.

Andrzej Dołega

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *