Wywiad z p. Leszkiem Sykulskim – prezesem Instytutu Geopolityki

Niedawno miał miejsce IV Zjazd Geopolityków Polskich. Czy mógłby Pan przedstawić cele przyświecające Zjazdowi i do jakich wniosków doszli obradujący geopolitycy?

– IV Zjazd Geopolityków Polskich odbył się w murach Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Wzięło w nim udział ponad stu pięćdziesięciu uczestników, reprezentujących około dwudziestu uczelni, instytucji i organizacji, zajmujących się geopolityką i problematyką międzynarodową. Podczas konferencji wygłoszono ponad trzydzieści referatów, dotykających kluczowych problemów polityki globalnej.

Celem każdego zjazdu jest integracja młodego, ale perspektywicznego środowiska naukowo-analitycznego, jakim są polscy geopolitycy, wymiana doświadczeń badawczych oraz praca koncepcyjna. W zgiełku medialnym, przesiąkniętym tematami zastępczymi, skutecznie kanalizującymi obywatelską aktywność, staramy się przekazać coś – naszym zdaniem – bardzo istotnego. Wskazujemy na długofalowe procesy, które nikną w analizach tworzonych przez „zakładników bieżących wydarzeń”.

Głównymi tematami poruszanymi na ostatnim zjeździe, zarówno na centralnej debacie, jak i w kuluarach, były przede wszystkim takie koncepcje geopolityczne jak: Trójkąt Kaliningradzki, Kaliningradzka Strefa Bezpieczeństwa, Unia Eurazjatycka i Związek Europy. Omawialiśmy perspektywy kontynentalnej integracji, zarówno tej wertykalnej – w ramach UE i UEA, obejmującą wspólną przestrzeń gospodarczą i politykę zagraniczną, jak i – w perspektywie – horyzontalną, od Lizbony do Władywostoku.

Uczestnicy reprezentowali wszystkie najważniejsze „szkoły geopolityczne” w Polsce, stąd i duża rozbieżność ocen. Zgodziliśmy się jednakże w jednej sprawie, że polska polityka zagraniczna jest zbyt mało elastyczna, zbyt doktrynalna, brakuje jej podstaw z zakresu geopolityki akademickiej.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na jubileuszowy, V Zjazd Geopolityków Polskich, który odbędzie się w październiku 2013 r. w Częstochowie.

Czy można mówić o pewnych trendach badawczych panujących wśród polskich geopolityków?

– Poprzez „geopolityków” rozumiem te osoby, które zajmują się geopolityką albo naukowo, albo koncepcyjnie, czyli tworzą myśl geopolityczną (idee, koncepcje, doktryny). Obecnie w polskiej geopolityce akademickiej dostrzegalnych jest kilka wiodących nurtów badawczych. Warto podkreślić, że rozwój geopolityki teoretycznej w naszym kraju utrudnia fakt, iż nie jest ona zaklasyfikowana przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ani jako dziedzina, ani dyscyplina badawcza. W warunkach akademickich rozwija się zatem jako przedmiot fakultatywny, marginalny, często – niesłusznie zresztą – mylona z geografią polityczną.

W geopolityce akademickiej nieustającym zainteresowaniem cieszy się badanie rodzimej i zagranicznej myśli geopolitycznej, cały czas utrzymuje się wysokie zainteresowanie problematyką geostrategii, metodologii geopolityki, w tym m.in. obliczaniem potencjałów geopolitycznych oraz tzw. potencjałów kryzysowych oraz nowymi formami obrazowania geopolitycznego, w tym m.in. wykorzystania geograficznych systemów informacyjnych w celach naukowych. Nowymi polami zainteresowań jest badanie kodów geopolitycznych, problematyka wojny informacyjnej i wojen sieciowych, teoria i filozofia geopolityki oraz astropolityka.

W rodzimych koncepcjach geopolitycznych na szczęście odchodzimy od antykwarycznych konwencji myślowych i starych kodów geopolitycznych, na rzecz projektów przyszłościowych, integracyjnych, długofalowych. Geopolitycy polscy zaczynają wreszcie dostrzegać ogromne znaczenie rozwoju technologicznego i jego wpływ na politykę globalną. Dostrzegając kontynentalne i globalne procesy integracyjne starają się znaleźć m.in. jak najlepsze propozycje dla rozwoju naszego kraju.

Warto zwrócić uwagę Czytelników, że problematyka polityki zagranicznej i spraw międzynarodowych została w Polsce zdominowana przez tzw. naukę o stosunkach międzynarodowych. Kierunek ten z roku na rok cieszy się wzrastającym zainteresowaniem wśród maturzystów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż praktycznie cała teoria stosunków międzynarodowych została stworzona w anglosaskim kręgu kulturowym. Wynika z tego fakt, że literatura przedmiotu staje się świadomie, lub nieświadomie nośnikiem określonych kodów geopolitycznych, prezentujących wizję świata, zbieżną z globalną polityką mocarstw morskich, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

W tym kontekście należy podkreślić, że geopolityka nie stanowi – czego by chciało wielu – jednej z teorii stosunków międzynarodowych, ani nie jest części geografii. Geopolityka to autonomiczna dziedzina badań, ze swoim charakterystycznym językiem, aparatem poznawczym, wreszcie z całkowicie odrębnym stylem myślenia o rzeczywistości politycznej. Nie bada relacji między narodami, ale między ośrodkami siły. Posługuje się ujęciami wielkoprzestrzennymi i długookresowymi, wyodrębnia osobną etykę w relacjach państw, odrzuca dogmatyzm i moralizm w polityce globalnej, afirmuje makiawelizm, podkreśla nieustanną walkę o wpływy.

Warto zawsze pamiętać, że geopolityka jako odrębna dziedzina wiedzy (także jako interdyscyplinarna nauka) narodziła się w Europie w drugiej połowie XIX wieku i ma znacznie bogatsze tradycje niż tzw. internacjologia. Można nieco metaforycznie powiedzieć, że geopolityka jest dziś kontynentalną odpowiedzią na anglosaską wizję świata. Jest realną odpowiedzią na amerykańską teorię stosunków międzynarodowych. To droga dla tych, którzy potrafią myśleć krytycznie, którzy potrafią poszukiwać, czytać to, co między wierszami, mają elastyczny umysł wolny, od intelektualnego wiezienia, jakie nakładają doktryny.

Jak Pan ocenia realizowaną w okresie międzywojennym koncepcję „międzymorza”?

– Realizowana od końca pierwszej wojny światowej koncepcja Międzymorza, a także ściśle z nią związana tzw. polityka prometejska, była jedną z głównych przyczyn katastrofy 1939 r. Nie miała żadnych możliwości realizacji, bowiem nasz kraj, mający stanowić jej rdzeń, nie miał nic do zaoferowania państwom regionu, zarówno w sensie politycznym, ideologicznym, jak i gospodarczym. Region był (i jest po dziś dzień) bardzo zresztą zróżnicowany i podzielony. Józef Beck był ciasnym doktrynerem, nie rozumiejącym i nie chcącym zrozumieć prawideł geopolityki. Polityka „równowagi”, prowadzona przy jednoczesnej „cichej” wojnie z sąsiadami, musiała się załamać. Koncepcja małego, ciasnego Międzymorza, które staje się kontynentalnym szlabanem,  stanowiła i stanowi po dziś dzień propozycję polityki równowagi konfrontacyjnej, a nie polityki równowagi integracyjnej.

Jak Pan ocenia polską politykę wschodnią realizowaną po 1989 roku?

– Polska polityka wschodnia po 1989 r. to polityka niewykorzystanych szans. To polityka imitacji przedwojennej dyplomacji, w tym przypadku – jej falsyfikat. Nasz kraj nie posiada spójnej koncepcji strategicznej, która uwzględniałaby procesy geopolityczne XXI wieku. Żadna strategia od 1989 r. nie dostrzega „zwrotu kontynentalnego” w polityce europejskiej. Główny problem polskiej dyplomacji polega na tym, że prowadzą ją politycy, a nie fachowcy. Jest to skutkiem m.in. bardzo skromnego zaplecza eksperckiego partii politycznych w Polsce. Liczące się polityczne think tanki są dopiero w fazie raczkowania. Brakuje organizacji pozarządowych, które mogłyby być partnerem dla pierwszego sektora, nie tylko w zakresie polityki zagranicznej, ale także polityki obronnej i bezpieczeństwa.

Polityka zagraniczna tworzona w Warszawie opiera się na trzech mitach, trzech fałszywych kodach geopolitycznych. U podłoża pierwszego leży zła ocena naszego położenia geograficznego. Skutkiem tego jest przekonanie części elit o zagrożeniu niemieckim, rosyjskim lub niemiecko-rosyjskim. Mit ten rodzi dwa kolejne: przekonanie o zbieżności strategicznych celów Polski i Ukrainy, skierowanych przeciw Rosji oraz mit o „strategicznym partnerstwie polsko-amerykańskim”, które ma się stać swego rodzaju „szczepionką” na determinizm geograficzny.

Dziś najbardziej racjonalną drogą dla naszego kraju w zakresie polityki zagranicznej jest ścisła integracja polityczno-militarna z Niemcami i Rosją. Optymalną formułą współpracy jest Trójkąt Kaliningradzki, na wzór Trójkąta Weimarskiego. Sojusz z Berlinem i Moskwą to olbrzymia szansa dla młodego pokolenia, to praca dla naukowców, inżynierów, firm eksportowych, nowe miejsca pracy. Wykorzystanie naszego doskonałego położenia geograficznego (na najważniejszych szlakach komunikacyjnych kontynentu) daje olbrzymie możliwości. Warszawa powinna stać się motorem napędowym takich inicjatyw jak choćby budowa szybkiej linii kolejowej Paryż–Berlin–Warszawa–Moskwa, budowa mostu energetycznego Olsztyn–Kaliningrad, czy wreszcie powołanie wspólnego polsko–niemiecko–rosyjskiego konsorcjum poszukiwania i wydobycia gazu łupkowego. Jestem głęboko przekonany, że Kaliningrad może stać się doskonałym miejscem na pojednanie trzech narodów i zapoczątkowanie nowej, wspólnej przyszłości.

Nowoczesny patriotyzm nie polega na straszeniu rodaków naszymi największymi sąsiadami, lecz na dostrzeganiu i realizacji szans rozwoju i modernizacji Polski, jakie ze sobą niosą procesy geopolityczne XXI wieku. Jako młode pokolenie nie powinniśmy zawężać naszego spojrzenia na pojedyncze drzewa, lecz starać się dostrzegać cały las, tak abyśmy widzieli nie tyle problemy, co wyzwania. Wyzwania stojące już nie tylko przed pojedynczymi państwami, ale także całymi kontynentami.

W polskich opracowaniach politologicznych, dotyczących współczesnej polityki zagranicznej, bardzo często pomijana jest rola służb specjalnych. W polskiej polityce wschodniej od 1990 r. jest to czynnik niezmiernie ważny, którego nie wolno pomijać w żadnych poważnych analizach dotyczących tego tematu. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że kierunek wschodni jest jednym z priorytetów naszego wywiadu, a tzw. kierunek rosyjski jest objęty najwyższym priorytetem. Działalność ta ma charakter ofensywny i prowadzona jest we współdziałaniu ze służbami amerykańskimi i brytyjskimi, realizującymi anglosasaską wizję świata i tamtejsze koncepcje geopolityczne. Próba wdrażania w życie „zasady salami”, mającej na celu odrywanie od związków z Rosją poszczególnych państw strefy poradzieckiej, wpisuje się w anglosaską „politykę Anakondy”, obliczoną na okrążenie i defragmentację rosyjskiego ośrodka siły. Warszawa – z własnego wyboru – stała się więc zakładnikiem obcych, pozakontynentalnych koncepcji geopolitycznych.

W kierowaniu służbami specjalnymi popełniono szereg błędów, za które nikt nie poniósł odpowiedzialności, ani służbowej ani politycznej. Wymienić tylko można poważne ubytki personalne na kierunku rosyjskim, czy eksfiltrację wartościowych kadr. Wywiad cywilny, który po 1989 r. nie przeszedł żadnej weryfikacji, jest dziś motorem napędowym ścisłych związków z USA (tzw. więzienia CIA to tylko wierzchołek góry lodowej) i błędnej polityki wschodniej. Bez głębokiej restrukturyzacji służb specjalnych, w tym sposobu kierowania nimi, nie zmieni się główny wektor polskiej polityki zagranicznej. Cieszy zatem fakt, podejmowania w niektórych środowiskach politycznych prób tworzenia programu reformy służb specjalnych, wraz z reorganizacją tzw. wywiadu cywilnego i powrotem służb wojskowych do MON. Prace koncepcyjne w tym obszarze powstają także w organizacjach trzeciego sektora (m.in. w naszym Instytucie Geopolityki). Jestem jednak przekonany, że realna możliwość rozpoczęcia reform nastąpi nie wcześniej niż za pięć lat.

Jak Pan ocenia wpływ Aleksandra Dugina na rosyjską politykę zagraniczną?

– Prof. Aleksander Dugin jest w naszym kraju postacią zdemonizowaną, a przy tym – co nie bez znaczenia – praktycznie szerzej nieznaną (żadna z ponad trzydziestu książek moskiewskiego filozofa nie została przetłumaczona na polski). Jest to bez wątpienia jeden z najbardziej oryginalnych rosyjskich myślicieli i akademików po 1991 r., profesor jednego z najlepszych uniwersytetów w Europie (MGU), biegle władający dziewięcioma językami obcymi, autor kilkuset publikacji naukowych z różnych dziedzin wiedzy, od filozofii począwszy, przez socjologię, religioznawstwo, etnologię, historię, nauki o polityce, na geopolityce skończywszy. Zapoznanie się z dorobkiem tego myśliciela wymaga jednak pewnego wysiłku intelektualnego, trochę większego niż sięgnięcie do wikipedii, czy lektura pierwszego z brzegu wywiadu prasowego. Zainteresowanym polecam odwiedzić stronę Dugin.ru.

Pytanie o wpływ prof. Dugina na politykę zagraniczną Rosji, można rozszerzyć i zapytać generalnie, jaki wpływ mają intelektualiści na politykę swoich państw. Jaki wpływ na politykę USA miał/ma np. Henry Kissinger? Ja postrzegam taki wpływ dwukierunkowo, po pierwsze poprzez kontakty towarzyskie z osobami z kręgów decyzyjnych danego państwa, po drugie poprzez atrakcyjność popularyzowanych idei i stopień ich upowszechnienia (w tym tzw. marketing idei). Tajemnicą poliszynela są relacje towarzyskie prof. Dugina z pracownikami rosyjskiej dyplomacji, czy resortów siłowych. Ostatnie doniesienie prasowe, że Aleksander Dugin ma zostać następcą Pawła Borodina na stanowisku sekretarza Państwa Związkowego Rosji i Białorusi także potwierdzają fakt dobrej pozycji moskiewskiego profesora nie tylko w środowisku akademickim, ale także politycznym.

Atrakcyjność ideologii eurazjańskiej była bardzo duża na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Pod jej wpływem powstał m.in. Uniwersytet Eurazjatycki im. Lwa Gumilowa w Astanie. Obecnie idea ta i związane z nią różne koncepcje geopolityczne odżywają. Wymienić wypada choćby projekt Unii Eurazjatyckiej, zapowiedziany oficjalnie przez premiera Władimira Putina. O ideologii eurazjańskiej szeroko piszą na Wschodzie nie tylko intelektualiści, ale także głowy państw (vide: artykuł Nursułtana Nazarbajewa z 26 października br. w kazachskich „Izwiestiach”).

Aleksandra Dugina można nie lubić, można go nie rozumieć, można się z nim nie zgadzać, ale nie wolno go nie doceniać, a głupotą byłoby lekceważyć. Swoją drogą, polecam Pańskiej i Czytelników uwadze niezwykle ciekawą debatę, swego rodzaju intelektualny pojedynek, który odbył się w tym roku między prof. Duginem a prof. Olavo de Carvalo z Inter-American Institute. Jej zapis jest dostępny w Internecie w języku angielskim.

W jednej ze swoich książek przedstawia Pan wizję Bloku Kontynentalnego, czy mógłby ją Pan przybliżyć?

Koncepcja Bloku Kontynentalnego, jakkolwiek na gruncie polskim nowatorska, ma długą intelektualną genezę. Sięgnąć trzeba przede wszystkim do prac Karla Haushofera, ojca monachijskiej szkoły geopolityki, zwłaszcza do książki „Der Kontinentalblock – Mitteleuropa, Eurasien, Japan” z 1941 r. Dziś oczywiście sama idea ma inny wymiar, odpowiadający wyzwaniom XXI w.

Uważam, że przed ludzkością w XXI wieku stoją dwie drogi wyboru: albo globalna wojna, albo globalna integracja.  Henry Kissinger powiedział kiedyś, że „system światowy powinien opierać się na uznaniu, że Stany Zjednoczone mają globalne interesy i globalne obowiązki”. Otóż my w Instytucie Geopolityki wychodzimy z założenia, że o ile kontynentalna, a w perspektywie globalna integracja polityczna jest zjawiskiem korzystnym, o tyle nie może odbywać się na zasadzie narzucenia jednej matrycy cywilizacyjnej dla całego świata. A już na pewno nie powinno się to odbywać przy pomocy zbrojnych interwencji jednego supermocarstwa. Opowiadamy się za jednością w różnorodności. Obecne procesy policentryzacji świata prowadzą do powstania w perspektywie następnych kilkudziesięciu lat kontynentalnych imperiów XXI wieku. Dążenie do geokracji, czyli globalnej integracji politycznej, jest naturalnym procesem, wynikającym m.in. z olbrzymiego skoku technologicznego. Uważam jednak, że proces ten powinien odbywać się na zasadzie poszanowania dorobku cywilizacyjnego poszczególnych regionów świata.

Blok Kontynentalny to idea integracji pankontynentalnej, idea związku wielkich przestrzeni, obejmujących Europę, Rosję, Azję Środkową, Iran, Maghreb, część Bliskiego Wschodu, w perspektywie także Afganistan i Pakistan. To myślenie w szerokich kategoriach geopolitycznych. Chodzi o geograficzne oparcie bloku o cztery oceany: Atlantyk, Pacyfik, Ocean Arktyczny i Ocean Indyjski. Nasz kontynent musi sobie zapewnić Hinterlandtieffe (głębokie zaplecze kontynentalne). Najlepszym obszarem do tego jest Afryka jako integralna część Wyspy Świata, a przy tym obszar obecnie geopolitycznie pasywny. Wymiar imperialny, multietniczny, wielkoprzestrzenny, długookresowy to jedna z najważniejszych konwencji rozumowania geopolitycznego.

W perspektywie najbliższych 15-25 lat najważniejsza jest oczywiście konfederacja Unii Europejskiej i Unii Eurazjatyckiej. Koncepcja ta, to nic innego jak Nowe Międzymorze (Wielkie Międzymorze), idea Wielkiej Europy, od Atlantyku do Pacyfiku. Stoi przed nami tak wiele wyzwań, że powinniśmy sobie życzyć jak najszybszej integracji kontynentalnej. Droga ku temu wieść będzie m.in. przez takie inicjatywy jak stworzenie strefy wolnego handlu, swobodę przepływu ludzi, towarów i kapitału, pankontynentalny system transportowy, wspólny rynek energii, czy paneuropejski system obrony powietrzno-kosmicznej.

W swoim artykule pt. „Od Trójkąta Kaliningradzkiego do Związku Europy” postuluje Pan integrację między Europą a Rosją nie tylko na polu technicznym, militarnym, ale także  postuluje Pan utworzenie ścisłych związków gospodarczych w tym wspólnej waluty i systemu prawnego. Czy nie wydaje się Panu, że stworzenie organizmu państwowego obejmującego tak różne państwa pod względem rozwoju ekonomicznego i cywilizacyjnego jest utopią?

– Pojęcie „organizm państwowy” w odniesieniu do koncepcji Związku Europy  nie jest zbyt fortunne. Nie mówimy o jednym państwie, rozumianym w kategoriach XIX-wiecznych. Raczej o konfederacji na miarę XXI wieku. Jeśli chodzi np. o wspólną walutę, to w perspektywie następnego półwiecza nikt na poważnie nie myśli o brzęczących kawałkach metalu, ani zadrukowanych skrawkach papieru. Mówimy o stworzeniu nowej architektury systemu finansowego, obejmującego cały nasz kontynent, od Atlantyku do Pacyfiku, a w perspektywie całą naszą planetę. Myślimy o rozliczeniach elektronicznych.

Dzisiejszy kryzys w UE jest wynikiem błędnego systemu organizacji finansów, opierającego się na decentralizacji. Krokiem w dobrą stronę będzie powołanie europejskiego rządu gospodarczego i centralizacja polityki gospodarczej całej UE. Dziś już błędem jest twierdzenie, że działalność tysięcy funduszy spekulacyjnych, hedgingowych i private equity może funkcjonować w pozapaństwowej próżni. W ciągu najbliższych piętnastu lat instytucje i organizacje transnarodowe będą wytwarzać już ok. 15 procent światowego PKB. Małe państwa narodowe oczywiście nie są w stanie stworzyć ram dla nowych procesów. Potrzeba dziś stworzenia kontynentalnego systemu gospodarczego, poddanego kontroli ponadnarodowej. To zresztą dobra lekcja dla powstającej Unii Eurazjatyckiej i przyszłej konfederacji paneuropejskiej.

Leszek Sykulski – prezes Instytutu Geopolityki

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Wywiad z p. Leszkiem Sykulskim – prezesem Instytutu Geopolityki”

  1. Każdy, kto kocha Polskę, powinien starać się, by nasze państwo miało jak największy zakres suwerenności i było jak najsilniejsze ekonomicznie i militarnie. Katastrofa gospodarcza Grecji, Portugalii, Włoch i Hiszpanii pokazuje, że wspólna waluta nie jest korzystna dla państw mniej rozwiniętych, gdyż zabija ich konkurencyjność. Nasz kraj już teraz jest hinterlanden – zapleczem z tanią siłą roboczą dla Niemiec. Niemcy chcą nasz kraj jeszcze bardziej spętać za pomocą walki z ociepleniem klimatu, bo to oni będą nam dostarczać urządzania do tej walki, która doprowadzi do znacznego zwiększenia cen energii w Polsce i upadku wielu polskich firm. Trudno zrobić pełny bilans zysków i start związanych z wejściem Polski do UE. Plusem jest przyciągnięcie firm spoza UE do inwestycji w Polsce, by uniknąć barier w handlu z UE. Plusem jest możliwość uzyskania legalnej pracy dla 2 milionów mieszkańców Polski. Plusem jest nadwyżka przepływów budżetowych między Skarbem Państwa a budżetem UE. Dziś dla okresu 2004-2011 ten bilans jest prawdopodobnie korzystne dla naszego państwa. W dłuższym okresie, np. 2004-2020 może być jednak niekorzystny. Jak jednak planować w tak długich okresach, gdy zbankrutowała już Grecja, a za kilka miesięcy zbankrutować mogą Włochy, a później Hiszpania i Francja, a za kilka lat Niemcy i Wielka Brytania. Te kraje trudno traktować jako poważnych graczy na globalnej scenie politycznej, bo … nie mają pieniędzy. Rosja powoli wymiera. Jej stabilizacja finansowa opiera się na wysokich cenach surowców. A co stanie się, gdy w kryzysie ceny surowców spadną? W kłopotach są też USA, ale one mają dużo bardziej wiarygodną walutę, mogą drukować dolary. No i mają najpotężniejszą armię na świecie i ciągle elastyczną gospodarkę i rynek racy. Tylko one są w stanie przeciwstawić się ekspansji Chin. To one jak anakonda otaczają Rosję i Chiny oraz przejmują ich sojuszników do swojej strefy wpływów. Niemcy są wasalem USA, podobnie jak Japonia. Oba te państwa mają ochotę wyrwać się z amerykańskiej kurateli, ale USA pilnują, by tak się nie stało. Przewaga USA nadal jest duża. Amerykańskie imperium, które przejęło pałeczkę po imperium brytyjskim, łatwo nie odpuści. Nawet zdecydowanie ugodowo nastawiony prezydent Barack Obama uległ naciskom jastrzębi w amerykańskiej armii i służbach specjalnych, m.in. nie zamknął obozu w Guantanamo. Gdy za rok w USA wygrają republikanie, amerykańskie imperium znowu stanie się bardziej brutalne. Choć możliwe jest, że NATO-owski atak na Iran rozpocznie już Barack Obama, ryzykują rozszerzenie się teatru III wojny światowej na Rosję i Chiny. Zaryzykuje, by zdobyć trochę głosów w wyborach, ale także dlatego, że będą go do tego skłaniały jastrzębie z US Army i CIA. To siła militarna i ekonomiczna zdecyduje o przyszłym porządku świata. To mocarstwa o tym decydują. Jak na razie pół Europy jest w NATO. Amerykanie mają bazy wojskowe w Niemczech, więc sojusz niemiecko-rosyjski jest niemożliwy. Znając zamordystyczne tradycje pruskie i rosyjskie trudno sobie wyobrazić, by Blok Kontynentalny z jedną walutą i armią był czymś sympatycznym dla zwykłych ludzi, by mógł podobać się konserwatywnemu liberałowi. USA, mimo wielu lewicowych zmian, to nadal chrześcijański kraj, gdzie publicznie politycy modlą się do Boga. Co nie znaczy, że amerykańskie imperium nie ma grzechów na sumieniu. Bombardowanie suwerennego kraju Libii przez NATO-wskie lotnictwo było złamaniem prawa międzynarodowego. NATO od kilkunastu lata, od bombardowania Belgradu, stosuje barbarzyńskie prawo buszu – kto silny, bije słabych w mordę, a reszta morda w kubeł. Polska jest członkiem NATO, organizacji, która działa w gangsterski sposób. NATO to kolejne wcielenie imperializmu, to narzędzie amerykańskiego imperializmu. W kategoriach prawnych i moralnych ten imperializm należy ocenić negatywnie. Jednak w kategoriach politycznych ocena nie musi być negatywna. NATO to siła zbrojna zachodniego chrześcijaństwa. Jego atak na Serbię, Afganistan, Irak i Libię należy traktować jako przygotowanie do wielkiej bitwy w III wojnie światowej, do zderzenia z Chinami. Tak jak imperium brytyjskie było lepsze niż imperium japońskie, niemieckie czy radzieckie, tak imperium amerykański jest lepsze niż imperium chińskie. Lepiej więc być kolonią zachodniego kapitału niż państwem kontrolowanym przez chińskich komunistów. Wstąpienie Polski do NATO nie było więc błędem. A jak ocenić atak na Afganistan, Irak i Libię? Jak interwencję naszych wojsk w Czechosłowacji w 1968 r. Pozytywnie, jako działanie w imię naszej racji stanu. NATO to nasi. Przeciwnicy NATO to wrogowie. Trwa wojna. NATO walczy o libijską ropę, by nas bronić. Na wojnie zdarza się, że naruszane jest prawo i moralność. Te naruszenia możemy wybaczyć naszym sojusznikom, gdyż imperium amerykańskie jest lepsze niż chińskie. Pozdrawiam Jerzy Krajewski

  2. Brakuje jednego pytania: Jaka ma byc podstawa ideologiczna takiego Super-Tworu? Demokracja i prawa czlowieka? Prawoslawie? Komunizm made in China? A moze jakas nowa religia, np. masonska?

  3. rząd światowy, globalna centralizacja finansów? To w takim razie kto będzie obsługiwał cały ten system, ilu będzie potrzebnych urzędników i jak będzie wyglądać w praktyce zwykła wolność człowieka wobec takiego ogromu instytucji?

  4. Dobrze wiedzieć, że są ludzie poważnie traktujący astropolitykę (choć to nazwa na wyrost, przez parę stuleci poza jeden system gwiezdny się nie ruszymy).

  5. To co przedstawia prezes Sykulski to chyba jednak utopia. Będziemy obserwowali powrót do państw narodowych i odejście od idei federacyjno-integracyjnych. Czynników dezintegrujących jest ogrom, aktualna sytuacja pokazuje, że nie da się zgromadzić w jednym bloku państw różnych kulturowo, o różnej mentalności – a przecież związek którego zarys powyżej przedstawiono ma być czymś więcej niż jest obecnie UE (luźnym projektem politycznym, bardziej gospodarczym). UE ma kulę u nogi w postaci irracjonalnej ideologii lewicowej, absolutnie degenerującej miliony mieszkańców Europy. Dodjamy do tego fiasko integracji ekonomicznej (integracja niepełna) – euro pociągnie ten dziwny twór na dno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Prywatny: Wywiad z p. Leszkiem Sykulskim – prezesem Instytutu Geopolityki

Niedawno miał miejsce IV Zjazd Geopolityków Polskich. Czy mógłby Pan przedstawić cele przyświecające Zjazdowi i do jakich wniosków doszli obradujący geopolitycy?

– IV Zjazd Geopolityków Polskich odbył się w murach Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Wzięło w nim udział ponad stu pięćdziesięciu uczestników, reprezentujących około dwudziestu uczelni, instytucji i organizacji, zajmujących się geopolityką i problematyką międzynarodową. Podczas konferencji wygłoszono ponad trzydzieści referatów, dotykających kluczowych problemów polityki globalnej.

Celem każdego zjazdu jest integracja młodego, ale perspektywicznego środowiska naukowo-analitycznego, jakim są polscy geopolitycy, wymiana doświadczeń badawczych oraz praca koncepcyjna. W zgiełku medialnym, przesiąkniętym tematami zastępczymi, skutecznie kanalizującymi obywatelską aktywność, staramy się przekazać coś – naszym zdaniem – bardzo istotnego. Wskazujemy na długofalowe procesy, które nikną w analizach tworzonych przez „zakładników bieżących wydarzeń”.

Głównymi tematami poruszanymi na ostatnim zjeździe, zarówno na centralnej debacie, jak i w kuluarach, były przede wszystkim takie koncepcje geopolityczne jak: Trójkąt Kaliningradzki, Kaliningradzka Strefa Bezpieczeństwa, Unia Eurazjatycka i Związek Europy. Omawialiśmy perspektywy kontynentalnej integracji, zarówno tej wertykalnej – w ramach UE i UEA, obejmującą wspólną przestrzeń gospodarczą i politykę zagraniczną, jak i – w perspektywie – horyzontalną, od Lizbony do Władywostoku.

Uczestnicy reprezentowali wszystkie najważniejsze „szkoły geopolityczne” w Polsce, stąd i duża rozbieżność ocen. Zgodziliśmy się jednakże w jednej sprawie, że polska polityka zagraniczna jest zbyt mało elastyczna, zbyt doktrynalna, brakuje jej podstaw z zakresu geopolityki akademickiej.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na jubileuszowy, V Zjazd Geopolityków Polskich, który odbędzie się w październiku 2013 r. w Częstochowie.

Czy można mówić o pewnych trendach badawczych panujących wśród polskich geopolityków?

– Poprzez „geopolityków” rozumiem te osoby, które zajmują się geopolityką albo naukowo, albo koncepcyjnie, czyli tworzą myśl geopolityczną (idee, koncepcje, doktryny). Obecnie w polskiej geopolityce akademickiej dostrzegalnych jest kilka wiodących nurtów badawczych. Warto podkreślić, że rozwój geopolityki teoretycznej w naszym kraju utrudnia fakt, iż nie jest ona zaklasyfikowana przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ani jako dziedzina, ani dyscyplina badawcza. W warunkach akademickich rozwija się zatem jako przedmiot fakultatywny, marginalny, często – niesłusznie zresztą – mylona z geografią polityczną.

W geopolityce akademickiej nieustającym zainteresowaniem cieszy się badanie rodzimej i zagranicznej myśli geopolitycznej, cały czas utrzymuje się wysokie zainteresowanie problematyką geostrategii, metodologii geopolityki, w tym m.in. obliczaniem potencjałów geopolitycznych oraz tzw. potencjałów kryzysowych oraz nowymi formami obrazowania geopolitycznego, w tym m.in. wykorzystania geograficznych systemów informacyjnych w celach naukowych. Nowymi polami zainteresowań jest badanie kodów geopolitycznych, problematyka wojny informacyjnej i wojen sieciowych, teoria i filozofia geopolityki oraz astropolityka.

W rodzimych koncepcjach geopolitycznych na szczęście odchodzimy od antykwarycznych konwencji myślowych i starych kodów geopolitycznych, na rzecz projektów przyszłościowych, integracyjnych, długofalowych. Geopolitycy polscy zaczynają wreszcie dostrzegać ogromne znaczenie rozwoju technologicznego i jego wpływ na politykę globalną. Dostrzegając kontynentalne i globalne procesy integracyjne starają się znaleźć m.in. jak najlepsze propozycje dla rozwoju naszego kraju.

Warto zwrócić uwagę Czytelników, że problematyka polityki zagranicznej i spraw międzynarodowych została w Polsce zdominowana przez tzw. naukę o stosunkach międzynarodowych. Kierunek ten z roku na rok cieszy się wzrastającym zainteresowaniem wśród maturzystów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż praktycznie cała teoria stosunków międzynarodowych została stworzona w anglosaskim kręgu kulturowym. Wynika z tego fakt, że literatura przedmiotu staje się świadomie, lub nieświadomie nośnikiem określonych kodów geopolitycznych, prezentujących wizję świata, zbieżną z globalną polityką mocarstw morskich, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

W tym kontekście należy podkreślić, że geopolityka nie stanowi – czego by chciało wielu – jednej z teorii stosunków międzynarodowych, ani nie jest części geografii. Geopolityka to autonomiczna dziedzina badań, ze swoim charakterystycznym językiem, aparatem poznawczym, wreszcie z całkowicie odrębnym stylem myślenia o rzeczywistości politycznej. Nie bada relacji między narodami, ale między ośrodkami siły. Posługuje się ujęciami wielkoprzestrzennymi i długookresowymi, wyodrębnia osobną etykę w relacjach państw, odrzuca dogmatyzm i moralizm w polityce globalnej, afirmuje makiawelizm, podkreśla nieustanną walkę o wpływy.

Warto zawsze pamiętać, że geopolityka jako odrębna dziedzina wiedzy (także jako interdyscyplinarna nauka) narodziła się w Europie w drugiej połowie XIX wieku i ma znacznie bogatsze tradycje niż tzw. internacjologia. Można nieco metaforycznie powiedzieć, że geopolityka jest dziś kontynentalną odpowiedzią na anglosaską wizję świata. Jest realną odpowiedzią na amerykańską teorię stosunków międzynarodowych. To droga dla tych, którzy potrafią myśleć krytycznie, którzy potrafią poszukiwać, czytać to, co między wierszami, mają elastyczny umysł wolny, od intelektualnego więzienia, jakie nakładają doktryny.

Jak Pan ocenia realizowaną w okresie międzywojennym koncepcję „międzymorza”?

– Realizowana od końca pierwszej wojny światowej koncepcja Międzymorza, a także ściśle z nią związana tzw. polityka prometejska, była jedną z głównych przyczyn katastrofy 1939 r. Nie miała żadnych możliwości realizacji, bowiem nasz kraj, mający stanowić jej rdzeń, nie miał nic do zaoferowania państwom regionu, zarówno w sensie politycznym, ideologicznym, jak i gospodarczym. Region był (i jest po dziś dzień) bardzo zresztą zróżnicowany i podzielony. Józef Beck był ciasnym doktrynerem, nie rozumiejącym i nie chcącym zrozumieć prawideł geopolityki. Polityka „równowagi”, prowadzona przy jednoczesnej „cichej” wojnie z sąsiadami, musiała się załamać. Koncepcja małego, ciasnego Międzymorza, które staje się kontynentalnym szlabanem,  stanowiła i stanowi po dziś dzień propozycję polityki równowagi konfrontacyjnej, a nie polityki równowagi integracyjnej.

Jak Pan ocenia polską politykę wschodnią realizowaną po 1989 roku?

– Polska polityka wschodnia po 1989 r. to polityka niewykorzystanych szans. To polityka imitacji przedwojennej dyplomacji, w tym przypadku – jej falsyfikat. Nasz kraj nie posiada spójnej koncepcji strategicznej, która uwzględniałaby procesy geopolityczne XXI wieku. Żadna strategia od 1989 r. nie dostrzega „zwrotu kontynentalnego” w polityce europejskiej. Główny problem polskiej dyplomacji polega na tym, że prowadzą ją politycy, a nie fachowcy. Jest to skutkiem m.in. bardzo skromnego zaplecza eksperckiego partii politycznych w Polsce. Liczące się polityczne think tanki są dopiero w fazie raczkowania. Brakuje organizacji pozarządowych, które mogłyby być partnerem dla pierwszego sektora, nie tylko w zakresie polityki zagranicznej, ale także polityki obronnej i bezpieczeństwa.

Polityka zagraniczna tworzona w Warszawie opiera się na trzech mitach, trzech fałszywych kodach geopolitycznych. U podłoża pierwszego leży zła ocena naszego położenia geograficznego. Skutkiem tego jest przekonanie części elit o zagrożeniu niemieckim, rosyjskim lub niemiecko-rosyjskim. Mit ten rodzi dwa kolejne: przekonanie o zbieżności strategicznych celów Polski i Ukrainy, skierowanych przeciw Rosji oraz mit o „strategicznym partnerstwie polsko-amerykańskim”, które ma się stać swego rodzaju „szczepionką” na determinizm geograficzny.

Dziś najbardziej racjonalną drogą dla naszego kraju w zakresie polityki zagranicznej jest ścisła integracja polityczno-militarna z Niemcami i Rosją. Optymalną formułą współpracy jest Trójkąt Kaliningradzki, na wzór Trójkąta Weimarskiego. Sojusz z Berlinem i Moskwą to olbrzymia szansa dla młodego pokolenia, to praca dla naukowców, inżynierów, firm eksportowych, nowe miejsca pracy. Wykorzystanie naszego doskonałego położenia geograficznego (na najważniejszych szlakach komunikacyjnych kontynentu) daje olbrzymie możliwości. Warszawa powinna stać się motorem napędowym takich inicjatyw jak choćby budowa szybkiej linii kolejowej Paryż–Berlin–Warszawa–Moskwa, budowa mostu energetycznego Olsztyn–Kaliningrad, czy wreszcie powołanie wspólnego polsko–niemiecko–rosyjskiego konsorcjum poszukiwania i wydobycia gazu łupkowego. Jestem głęboko przekonany, że Kaliningrad może stać się doskonałym miejscem na pojednanie trzech narodów i zapoczątkowanie nowej, wspólnej przyszłości.

Nowoczesny patriotyzm nie polega na straszeniu rodaków naszymi największymi sąsiadami, lecz na dostrzeganiu i realizacji szans rozwoju i modernizacji Polski, jakie ze sobą niosą procesy geopolityczne XXI wieku. Jako młode pokolenie nie powinniśmy zawężać naszego spojrzenia na pojedyncze drzewa, lecz starać się dostrzegać cały las, tak abyśmy widzieli nie tyle problemy, co wyzwania. Wyzwania stojące już nie tylko przed pojedynczymi państwami, ale także całymi kontynentami.

W polskich opracowaniach politologicznych, dotyczących współczesnej polityki zagranicznej, bardzo często pomijana jest rola służb specjalnych. W polskiej polityce wschodniej od 1990 r. jest to czynnik niezmiernie ważny, którego nie wolno pomijać w żadnych poważnych analizach dotyczących tego tematu. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że kierunek wschodni jest jednym z priorytetów naszego wywiadu, a tzw. kierunek rosyjski jest objęty najwyższym priorytetem. Działalność ta ma charakter ofensywny i prowadzona jest we współdziałaniu ze służbami amerykańskimi i brytyjskimi, realizującymi anglosasaską wizję świata i tamtejsze koncepcje geopolityczne. Próba wdrażania w życie „zasady salami”, mającej na celu odrywanie od związków z Rosją poszczególnych państw strefy poradzieckiej, wpisuje się w anglosaską „politykę Anakondy”, obliczoną na okrążenie i defragmentację rosyjskiego ośrodka siły. Warszawa – z własnego wyboru – stała się więc zakładnikiem obcych, pozakontynentalnych koncepcji geopolitycznych.

W kierowaniu służbami specjalnymi popełniono szereg błędów, za które nikt nie poniósł odpowiedzialności, ani służbowej ani politycznej. Wymienić tylko można poważne ubytki personalne na kierunku rosyjskim, czy eksfiltrację wartościowych kadr. Wywiad cywilny, który po 1989 r. nie przeszedł żadnej weryfikacji, jest dziś motorem napędowym ścisłych związków z USA (tzw. więzienia CIA to tylko wierzchołek góry lodowej) i błędnej polityki wschodniej. Bez głębokiej restrukturyzacji służb specjalnych, w tym sposobu kierowania nimi, nie zmieni się główny wektor polskiej polityki zagranicznej. Cieszy zatem fakt, podejmowania w niektórych środowiskach politycznych prób tworzenia programu reformy służb specjalnych, wraz z reorganizacją tzw. wywiadu cywilnego i powrotem służb wojskowych do MON. Prace koncepcyjne w tym obszarze powstają także w organizacjach trzeciego sektora (m.in. w naszym Instytucie Geopolityki). Jestem jednak przekonany, że realna możliwość rozpoczęcia reform nastąpi nie wcześniej niż za pięć lat.

Jak Pan ocenia wpływ Aleksandra Dugina na rosyjską politykę zagraniczną?

– Prof. Aleksander Dugin jest w naszym kraju postacią zdemonizowaną, a przy tym – co nie bez znaczenia – praktycznie szerzej nieznaną (żadna z ponad trzydziestu książek moskiewskiego filozofa nie została przetłumaczona na polski). Jest to bez wątpienia jeden z najbardziej oryginalnych rosyjskich myślicieli i akademików po 1991 r., profesor jednego z najlepszych uniwersytetów w Europie (MGU), biegle władający dziewięcioma językami obcymi, autor kilkuset publikacji naukowych z różnych dziedzin wiedzy, od filozofii począwszy, przez socjologię, religioznawstwo, etnologię, historię, nauki o polityce, na geopolityce skończywszy. Zapoznanie się z dorobkiem tego myśliciela wymaga jednak pewnego wysiłku intelektualnego, trochę większego niż sięgnięcie do wikipedii, czy lektura pierwszego z brzegu wywiadu prasowego. Zainteresowanym polecam odwiedzić stronę Dugin.ru.

Pytanie o wpływ prof. Dugina na politykę zagraniczną Rosji, można rozszerzyć i zapytać generalnie, jaki wpływ mają intelektualiści na politykę swoich państw. Jaki wpływ na politykę USA miał/ma np. Henry Kissinger? Ja postrzegam taki wpływ dwukierunkowo, po pierwsze poprzez kontakty towarzyskie z osobami z kręgów decyzyjnych danego państwa, po drugie poprzez atrakcyjność popularyzowanych idei i stopień ich upowszechnienia (w tym tzw. marketing idei). Tajemnicą poliszynela są relacje towarzyskie prof. Dugina z pracownikami rosyjskiej dyplomacji, czy resortów siłowych. Ostatnie doniesienie prasowe, że Aleksander Dugin ma zostać następcą Pawła Borodina na stanowisku sekretarza Państwa Związkowego Rosji i Białorusi także potwierdzają fakt dobrej pozycji moskiewskiego profesora nie tylko w środowisku akademickim, ale także politycznym.

Atrakcyjność ideologii eurazjańskiej była bardzo duża na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Pod jej wpływem powstał m.in. Uniwersytet Eurazjatycki im. Lwa Gumilowa w Astanie. Obecnie idea ta i związane z nią różne koncepcje geopolityczne odżywają. Wymienić wypada choćby projekt Unii Eurazjatyckiej, zapowiedziany oficjalnie przez premiera Władimira Putina. O ideologii eurazjańskiej szeroko piszą na Wschodzie nie tylko intelektualiści, ale także głowy państw (vide: artykuł Nursułtana Nazarbajewa z 26 października br. w kazachskich „Izwiestiach”).

Aleksandra Dugina można nie lubić, można go nie rozumieć, można się z nim nie zgadzać, ale nie wolno go nie doceniać, a głupotą byłoby lekceważyć. Swoją drogą, polecam Pańskiej i Czytelników uwadze niezwykle ciekawą debatę, swego rodzaju intelektualny pojedynek, który odbył się w tym roku między prof. Duginem a prof. Olavo de Carvalo z Inter-American Institute. Jej zapis jest dostępny w Internecie w języku angielskim.

W jednej ze swoich książek przedstawia Pan wizję Bloku Kontynentalnego, czy mógłby ją Pan przybliżyć?

Koncepcja Bloku Kontynentalnego, jakkolwiek na gruncie polskim nowatorska, ma długą intelektualną genezę. Sięgnąć trzeba przede wszystkim do prac Karla Haushofera, ojca monachijskiej szkoły geopolityki, zwłaszcza do książki „Der Kontinentalblock – Mitteleuropa, Eurasien, Japan” z 1941 r. Dziś oczywiście sama idea ma inny wymiar, odpowiadający wyzwaniom XXI w.

Uważam, że przed ludzkością w XXI wieku stoją dwie drogi wyboru: albo globalna wojna, albo globalna integracja.  Henry Kissinger powiedział kiedyś, że „system światowy powinien opierać się na uznaniu, że Stany Zjednoczone mają globalne interesy i globalne obowiązki”. Otóż my w Instytucie Geopolityki wychodzimy z założenia, że o ile kontynentalna, a w perspektywie globalna integracja polityczna jest zjawiskiem korzystnym, o tyle nie może odbywać się na zasadzie narzucenia jednej matrycy cywilizacyjnej dla całego świata. A już na pewno nie powinno się to odbywać przy pomocy zbrojnych interwencji jednego supermocarstwa. Opowiadamy się za jednością w różnorodności. Obecne procesy policentryzacji świata prowadzą do powstania w perspektywie następnych kilkudziesięciu lat kontynentalnych imperiów XXI wieku. Dążenie do geokracji, czyli globalnej integracji politycznej, jest naturalnym procesem, wynikającym m.in. z olbrzymiego skoku technologicznego. Uważam jednak, że proces ten powinien odbywać się na zasadzie poszanowania dorobku cywilizacyjnego poszczególnych regionów świata.

Blok Kontynentalny to idea integracji pankontynentalnej, idea związku wielkich przestrzeni, obejmujących Europę, Rosję, Azję Środkową, Iran, Maghreb, część Bliskiego Wschodu, w perspektywie także Afganistan i Pakistan. To myślenie w szerokich kategoriach geopolitycznych. Chodzi o geograficzne oparcie bloku o cztery oceany: Atlantyk, Pacyfik, Ocean Arktyczny i Ocean Indyjski. Nasz kontynent musi sobie zapewnić Hinterlandtieffe (głębokie zaplecze kontynentalne). Najlepszym obszarem do tego jest Afryka jako integralna część Wyspy Świata, a przy tym obszar obecnie geopolitycznie pasywny. Wymiar imperialny, multietniczny, wielkoprzestrzenny, długookresowy to jedna z najważniejszych konwencji rozumowania geopolitycznego.

W perspektywie najbliższych 15-25 lat najważniejsza jest oczywiście konfederacja Unii Europejskiej i Unii Eurazjatyckiej. Koncepcja ta, to nic innego jak Nowe Międzymorze (Wielkie Międzymorze), idea Wielkiej Europy, od Atlantyku do Pacyfiku. Stoi przed nami tak wiele wyzwań, że powinniśmy sobie życzyć jak najszybszej integracji kontynentalnej. Droga ku temu wieść będzie m.in. przez takie inicjatywy jak stworzenie strefy wolnego handlu, swobodę przepływu ludzi, towarów i kapitału, pankontynentalny system transportowy, wspólny rynek energii, czy paneuropejski system obrony powietrzno-kosmicznej.

W swoim artykule pt. „Od Trójkąta Kaliningradzkiego do Związku Europy” postuluje Pan integrację między Europą a Rosją nie tylko na polu technicznym, militarnym, ale także  postuluje Pan utworzenie ścisłych związków gospodarczych w tym wspólnej waluty i systemu prawnego. Czy nie wydaje się Panu, że stworzenie organizmu państwowego obejmującego tak różne państwa pod względem rozwoju ekonomicznego i cywilizacyjnego jest utopią?

– Pojęcie „organizm państwowy” w odniesieniu do koncepcji Związku Europy  nie jest zbyt fortunne. Nie mówimy o jednym państwie, rozumianym w kategoriach XIX-wiecznych. Raczej o konfederacji na miarę XXI wieku. Jeśli chodzi np. o wspólną walutę, to w perspektywie następnego półwiecza nikt na poważnie nie myśli o brzęczących kawałkach metalu, ani zadrukowanych skrawkach papieru. Mówimy o stworzeniu nowej architektury systemu finansowego, obejmującego cały nasz kontynent, od Atlantyku do Pacyfiku, a w perspektywie całą naszą planetę. Myślimy o rozliczeniach elektronicznych.

Dzisiejszy kryzys w UE jest wynikiem błędnego systemu organizacji finansów, opierającego się na decentralizacji. Krokiem w dobrą stronę będzie powołanie europejskiego rządu gospodarczego i centralizacja polityki gospodarczej całej UE. Dziś już błędem jest twierdzenie, że działalność tysięcy funduszy spekulacyjnych, hedgingowych i private equity może funkcjonować w pozapaństwowej próżni. W ciągu najbliższych piętnastu lat instytucje i organizacje transnarodowe będą wytwarzać już ok. 15 procent światowego PKB. Małe państwa narodowe oczywiście nie są w stanie stworzyć ram dla nowych procesów. Potrzeba dziś stworzenia kontynentalnego systemu gospodarczego, poddanego kontroli ponadnarodowej. To zresztą dobra lekcja dla powstającej Unii Eurazjatyckiej i przyszłej konfederacji paneuropejskiej.

Leszek Sykulski – prezes Instytutu Geopolityki w Częstochowie (www.geopolityka.org.pl)

Wywiad przeprowadził Arkadiusz Meller

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *