Abp Józef Michalik nie może zostać sam

Wywiad abpa Józefa Michalika dla Katolickiej Agencji Informacyjnej był wstrząsem – dla jednych nad wyraz pozytywnym, dla innych druzgocącym. Po raz pierwszy od wielu lat hierarcha Kościoła katolickiego w Polsce tak jasno i tak odważnie poruszył kilka kwestii uznawanych za „drażliwe” czy „kontrowersyjne”. Rzecz dotyczy tylko z pozoru stosunków polsko-rosyjskich.

Hierarcha mówi:

“Dialog z naszymi Kościołami nie ma nic wspólnego z polityką przeciwników porozumienia i zaczął się znacznie wcześniej niż zaistniała katastrofa pod Smoleńskiem. „Smoleńsk” jest tragedią samą w sobie. Tragedią niezwykle bolesną w wielu wymiarach i dla licznych osób, środowisk i całego narodu. Wydarzenie takiej miary powinno się traktować w kategoriach symbolu a nie w kategoriach politycznego interesu”.

Co to znaczy, że sprawę katastrofy smoleńskiej należy traktować „w kategoriach symbolu a nie politycznego interesu”? Jest to pytanie kluczowe. Tuż po katastrofie przeważała opinia, że jest to wydarzenie symboliczne, które należy odczytywać jako znak skłaniający do opamiętania. Katyń był od 20 lat przedmiotem brutalnej gry politycznej, był rozgrywany na różnych strunach nienawiści i zacietrzewienia. Zabici w Katyniu i innych miejscach kaźni byli rozgrywani niczym piłka w grze. Katyń to było narzędzie walki z Rosją współczesną, Rosją z trudem, ale systematycznie wychodzącą z cienia stalinizmu i bolszewizmu. Polacy miast kibicować Rosjanom w tym zbożnym dziele, miast uznać, że tragedia lat 30. i 40. to wspólne doświadczenie tych dwóch narodów, a więc nadające się do wspólnej refleksji nad historią i wytyczenia nowych drogowskazów w naszych relacjach – uczynili z Katynia maczugę do bicia nie tylko państwa rosyjskiego, ale Rosjan w ogóle. Katastrofa pod Smoleńskiem została więc słusznie odczytana jako przestroga, jako wskazówka, że czas zakończyć ten polityczny taniec na grobach. „Zostawcie nas w spokoju” – zdawali się mówić leżący pod Katyniem Polacy, ale i Rosjanie oraz przedstawiciel innych nacji. Abp Michalik to ma na myśli, mówiąc o potrzebie symbolicznego spojrzenia na tragedię smoleńską. Tymczasem taka interpretacja tego zdarzenia była nie do przyjęcia dla tych, którzy zbili kapitał polityczny na jątrzeniu, sianiu zamętu, na rozniecaniu emocji i nienawistnych odruchów. Po kilku dniach ruszyli do swojego boju „o prawdę”, która miała na celu tylko jedno – nie dopuścić do zgaszenia roznieconego wcześniej ognia, nie dopuścić do historycznego przełomu w relacjach Polski i Rosji.

Abp Michalik mówi o nich tak:

„Powiedziałbym, że człowiek mądry w takiej sytuacji opiera się na faktach a nie na teoriach, zaś człowiek sumienia rozważa każde słowo i troszczy się, aby nie naruszało prawdy. Żeby o kimkolwiek, największym nawet wrogu, powiedzieć tak mocne słowa, trzeba znać fakty, mieć pewność. Tymczasem tej pewności nie ma. Dlatego ci, którzy posługują się takimi teoriami i hasłami robią sobie i tragedii smoleńskiej największą szkodę! I to trzeba im powiedzieć: robią krzywdę tragedii smoleńskiej, bo na tym etapie trzeba ograniczyć się do poszukiwań i badań. Można mieć postulaty, żądać powołania takich czy innych międzynarodowych komisji i dochodzeń, ale dopóki nie przyniosą one efektów, nie wolno używać zbyt mocnych słów, bo w ten sposób robi się krzywdę prawdzie i w niewłaściwą stronę ukierunkowuje się ból osób oraz myślenie całego społeczeństwa. Trzeba też pamiętać, że w katastrofie smoleńskiej nie zginęli przedstawiciele jednego tylko nurtu politycznego, ale różnych środowisk. Pamięć ofiar Katynia chcieli uczcić wszyscy. W tej sprawie trzeba lać oliwę na wzburzone morze, nie zaś dolewać ją do ognia”.

Po raz pierwszy tak jasno hierarcha Kościoła wskazał na niemoralność postępowania „walczących o prawdę”. Powszechną praktyką było do tej pory uginanie się przed tzw. głosem ludu i głosem pana prezesa, który chce być jego wyrazicielem. Kościół przerażony skalą i zaciekłością tego „głosu ludu” zamilkł, udawał, że nic złego się nie dzieje. Niektórzy jego przedstawiciele przyłączyli się nawet do tego nurtu, podsycając nastroje powszechnej spiskomanii i podejrzliwości. Rodzący się „kult smoleński”, z gruntu pogański i nie mający nic wspólnego z nauczaniem Kościoła – swoją krzykliwością i skłonnością do moralnego szantażu – zagłuszył wszelkie głosy rozsądku. Ojciec Tadeusz Rydzyk w pierwszym dniu po katastrofie smoleńskiej ostro potępił teorie spiskowe, ale już w kilka dni potem, kiedy zorientował się, jakie są nastroje „ludu”, zmienił nagle zdanie i przyłączył się do większości. Tak było także w wielu innych przypadkach.

Kościół katolicki zawsze w historii stawał przed takimi dylematami. Jednak w wiekach wcześniejszych dominującym był głos upominający maluczkich przed szaleństwem i błądzeniem. Wymienić wypada tylko dwa wielkie nazwiska – abpa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego i Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Pierwszy dał odpór rewolucyjnej fali sprzed 1863 roku, potępił wykorzystywanie Kościoła do politycznej gry przez siły z natury antykatolickie. Drugi nie wahał się w 1980 i 1981 przestrzegać przed tym samym. Dla tych wielkich kapłanów i Polaków nie liczyła się popularność i poklask „ludu”. Liczyło się dla nich dobro Kościoła i narodu, liczyła się wierność zasadom, na jakich zbudowany był Kościół. Tymczasem dzisiaj przez milczenie i zaniechanie, przez brak stanowczości i odwagi, wyrósł ośrodek, który rości sobie prawo do określania co jest zgodne z interesem Kościoła a co nie, który hierarcha jest godny poparcia, a który jest „zdrajcą i agentem”. Kulminacją tego procesu była sprawa abpa Stanisława Wielgusa i oklaski byłego prezydenta w katedrze warszawskiej, kiedy ten ogłosił, że rezygnuje z objęcia archidiecezji warszawskiej. Abp Michalik o tym nie mówi w swoim wywiadzie, daje tylko do zrozumienia, że krzykacze i zwolennicy teorii spiskowych czynią krzywdę przede wszystkim pamięci ofiar katastrofy. I ma rację – początkowa atmosferę powszechnego żalu i zadumy zastąpiły szyderstwa i dowcipy. Z katastrofy czyni się często przedmiot żartów i docinków. To jest największa „zasługa” tego nurtu, który pogardliwie nazywa się „sektą smoleńską”, to wina prezesa jednej z partii, który z tego tematu uczynił polityczny i ideologiczny oręż, to wina tych, którzy „popłynęli z głównym nurtem”, mimo że od początku wiedzieli, że jest to czyste szaleństwo.

Nasilające się ataki na abpa Michalika są więc znamienne. Siły, które wyrosły na tej tragedii tak łatwo nie zrezygnują, nie cofną się przed niczym. Trzeba nasłuchiwać, kto zabierze w tej sprawie głos, kto zaś będzie milczał. Na razie odnosi się wrażenie, że abp Michalik nie ma zbyt wielkiego wsparcia biskupów ani mediów. Milczenie jest w tej sytuacji cichą zgodą na obelgi i pomyje wylewane na przemyskiego hierarchę. W tej sprawie, jak również w sprawie firmowanego przez Kościół procesu pojednania w Cerkwią prawosławną i szerzej z narodem rosyjskim – muszą zająć stanowisko wszyscy, od rządu i prezydenta, po partie polityczne i organizacje społeczne. Milczenie oznacza bojkotowanie tego historycznego wydarzenia i przyznawanie słuszności panom Ściosom i paniom Fotygom.

Jan Engelgard

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.