Ani państwo, ani rynek, czyli polityka zdrowotna

Przed laty drugi filar ubezpieczeń zdrowotnych miał stanowić istotne, a z czasem nawet dominujące uzupełnienie systemu finansowania służby zdrowia w ramach reformy 1998 r. W prywatnych ubezpieczeniach widziano ścieżkę do bezbolesnego wzmocnienia opieki medycznej prywatnymi placówkami na poziomie poradni i szpitali – czyli marzono o dojściu do systemu, który ostatecznie sprawdził się w podstawowej opiece zdrowotnej. A jak wyszło – wiadomo. Zawirowania polityczne kolejnych lat, zmiany rządów, kołowrót wizji polityki zdrowotnej – wszystko to dotknęło także potencjalnych alternatywnych wobec NFZ płatników. Polacy nie są zadowoleni z publicznej służby zdrowia – ale boją się i jej prywatnego zamiennika.

Naiwne (?) początki

Pieniędzy w systemie ochrony zdrowia jest za mało – to wiedzą już wszyscy. I było ich za mało od samego początku, tzn. od wydzielenia obowiązków płatniczych poza budżet państwa (początkowo do kas chorych) w latach 90-tych, pod rządami niesławnej koalicji AWS-UW. Wprowadzona wówczas składka zdrowotna od początku miała nie pokrywać całości kosztów – co jedni tłumaczyli dążeniem do ich racjonalizacji, inni zaś traktowali jako metodę do typowo polskiej prywatyzacji przez upadłość – tyle, że poradni i szpitali. Oczekiwano też, że – skuszeni obowiązującą ulgą podatkową na prywatne ubezpieczenia zdrowotne – podatnicy skłonią się ku coraz szerszemu korzystaniu z drugiego filaru, co z kolei zachęci podmioty ubezpieczeniowe do coraz mocniejszego wchodzenia w branżę, do otwierania własnych placówek leczniczych oraz prywatyzacji na zasadach rynkowych włącznie, co z kolei wzbogaciłoby ofertę i system sam by się w końcu naprawił.

Sęk w tym, że tu jest Polska, a więc co ma pójść źle – to pójdzie. Z czasem odpis podatkowy zniknął, usamorządowione kasy chorych zastąpił dziwaczny twór w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia – niby nie budżetowego, ale jednak państwowego, a więc zainteresowanego raczej odbieraniem już przyznanych pieniędzy i mnożeniem etatów, a nie dywersyfikacją płatności (a więc i wpływów). Słowem – pieniędzy w medycynie nadal jest za mało (no chyba, że w kopertach…), kolejki do specjalistów się nie skurczyły, za to długi szpitali urosły. Obecne pomysły sprowadzają się zaś do: wtórnego upaństwowienia bez dodatkowych pieniędzy (PiS), podniesienia daniny publicznej/składki bez zmiany systemu finansowania (PO), powtarzania, że jest źle i już (.Nowoczesna). Nie decydują więc ani mityczny „rynek”, ani równie mityczna „demokracja”, a tylko i wyłącznie raczej nudna medialna polityka.

Więcej na auto niż na zdrowie

Pacjentom przyszło więc znowu brać sprawy we własne ręce. W 2014 r. dodatkowe polisy zdrowotne miało w Polsce 1,2 mln osób, a w 2015 r. – już o 230 tys. więcej. Z kolei w Polacy wydali na prywatne ubezpieczenia o 21 proc. więcej niż rok wcześniej i wg Polskiej Izby Ubezpieczeń tendencja wzrostowa może się utrzymać. Co ważne bowiem – aż o 100 tys. zwiększyła się liczba ubezpieczeń wykupionych przez klientów indywidualnych (272 tys. w 2015 r.), a więc poza pakietami gwarantowanymi przez pracodawców. Najpopularniejsze, rzecz, jasna, są polisy gwarantujące szybszy dostęp do specjalistów, do których z puli NFZ są najdłuższe kolejki.

Eksperci przekonują, że fakt iż wciąż więcej wydajemy na przykład na AC naszych aut, niż na własne zdrowia – wynika ze zbyt wysokiej ceny polis. Ubezpieczyciele dopatrują się raczej „problemów systemowych”, tzn. mówiąc prościej wiary, że „langsam langsam aber sicher” – prędzej czy później jakoś się dostaną do specjalisty, czy położą się w szpitalu. W ostateczności zaś – zawsze przecież zostają łapówki i układy, bez których, zaprawdę powiadam wam, żyć by się w Polsce nie dało. System zresztą faktycznie nie zachęca, nie określając koszyka świadczeń, ponad który warto się ubezpieczyć. W dodatku – dodajmy, nie wolno nam za lepsze świadczenie (np. lepszą protezę, czy soczewkę) czy krótszą kolejkę zapłacić z własnej kieszeni – bo tracimy uprawnienia uzyskiwane w postaci już opłaconej składki ubezpieczeniowej. Słowem – nie dość, że nas nie wyleczą, to jeszcze okradną.

Jak się zakładać o zdrowie?

Na co zwrócić uwagę decydując się na podpisanie umowy na dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne? Cóż, jak wiadomo – ubezpieczenia to rodzaj zakładu, buckmacherki. Mówiąc prościej – zakładamy się z państwem: po pierwsze o to, że dożyjemy 67. roku życia. Jak dożyjemy – wygrywamy i państwo oddaje nam z puli, do której dokładaliśmy. Umrzemy dzień przed – państwo wygrywa i rozdaje pieniądze innym. Podobnie z ubezpieczeniem zdrowotnym – jeśli zachorujemy, najlepiej na coś drogiego, np. na raka z przerzutami – to wygrywamy i państwo oddaje nam z puli więcej niż wpłaciliśmy. Mamy pecha, jesteśmy zdrowi jak konie – przegrywamy i dokładamy do puli innym. Na rynku prywatnym wygląda to o tyle podobnie, że polisę najłatwiej uzyskać osobom stosunkowo najmniej jej potrzebującym. Wiedzę na temat naszego stanu zdrowia ubezpieczyciele czerpią z nader szczegółowych ankiet, które zmuszeni jesteśmy wypełniać przed zawarciem umowy – „w zamian” uzyskując często np. wydłużone okresy karencji, w których jako ubezpieczeni nie będziemy korzystać z pełnej ochrony ubezpieczeniowej pomimo opłacenia wszystkich składek (w przypadku prowadzenia ciąży karencja może wynosić nawet… rok). Niektóre świadczenia są też z góry wyłączone z zakresu refundacji. W innych przypadkach – ściśle określone są limity korzystania z, powiedzmy – wizyt lekarza w domu ubezpieczonego czy wykonywania badań na specjalistycznym i kosztownym sprzęcie. Na wszystko to warto zwrócić uwagę przy szukaniu odpowiedniej polisy, ale też wskazuje to na tendencję do ograniczania ryzyka przez graczy obecnych na rynku. Bez zachęt podatkowych łączna wartość ubezpieczeń zdrowotnych stanowi niecałe 9 proc. tego, co rocznie wydajemy na ubezpieczenia AC – co tylko potwierdza naszą skądinąd zdrową skłonność do ryzyka, jak iście „murzyńskie” podejście do samochodów jako wyznacznika pozycji społecznej, ważniejszego nawet od zdrowia.

Co po NFZ

Nie w tym jednak rzecz – bo to wbrew zapowiedziom rynek (prawda, że ograniczony i regulowany) nie spieszy się zaspokajać realnych potrzeb pacjentów. Istniejące szpitale prywatne (poza nader nielicznymi przypadkami) w istocie są poszerzonymi AOS-ami (poradniami) wykorzystującymi luki systemu dla maksymalizacji zysków i ograniczania kosztów, przede wszystkim przez ograniczenie się do tańszych i prostszych przypadków, przy odsyłaniu pozostałych do publicznej służby zdrowia. W dodatku zaś, w stylu wziętym z socjalistycznych pogadanek – „prywaciarze” znakomicie znaleźli się w obecnym układzie, potrafiąc kupować się sobie intratne kontrakty w NFZ niekoniecznie z pożytkiem dla pacjentów. Jakoś bowiem zacny przykład weterynarzy, POZ i dentystów (ten ostatni zresztą nie do końca prawdziwy, bo i oni lubią luki i patologie systemu…) – nie działa.

Oczywiście, prawdziwy doktryner odpowie, że patologia ta zniknie wraz z likwidacją obowiązkowej składki oraz publicznego lecznictwa jako takiego – jednak wątpliwość wydaje się zasiana, a nawet zdrowo (nomen omen) zakiełkowana. W dodatku doprowadzenie przez PO do ostatecznego absurdu dawnego pomysłu Leszka Balcerowicza, że skoro całą gospodarkę w Polsce udało się sprywatyzować przez upadłość, to czemu nie powtórzyć tego manewru w służbie zdrowia – znacząco podważyło zaufanie pacjentów/ubezpieczonych/podatników/obywateli (jak zwał, tak zwał, kiedyś mówiło się po prostu Polaków…) do medycyny niepublicznej.

W obecnej sytuacji jednak nie ma się co ani obrażać, ani kłócić z realiami – te zaś są takie, że propozycje rządu PiS niczego pozytywnego dla służby zdrowia i opieki medycznej w Polsce nie wnoszą, bo ani nie usprawniają organizacji, ani nie przynoszą więcej pieniędzy. Równie jałowe są pomysły opozycji, nie mówiąc o utopii, że rynek załatwi wszystko. Z pierepałek ostatnich prawie dwóch dekad wynikają jednak dwa oczywiste fakty: po pierwsze, że do systemu należy dolać pieniędzy; po drugie – że dywersyfikacja płatności to jedyna wyobrażalna metoda, by uzyskać cel nr 1. Od lat rozsądni ludzie powtarzają, że konieczna jest nie 101. „reforma służby zdrowia”, tylko jedna, prosta naprawa ubezpieczeń zdrowotnych, na początek przez wzmocnienie czynnika społecznego, powrót (?) do systemu kas chorych, także spółdzielczych i ułatwienia dla ubezpieczeń prywatnych (powrót do ulg i odpisów), a więc i wzmocnienie prywatnego sektora w służbie zdrowia, nawet w obecnej, niedoskonałej formie, acz bez obecnych, mocno pozarynkowych preferencji. Tylko system komplementarny, mieszany: państwowo-prywatno-społeczny może w miarę harmonijnie zafunkcjonować, zarówno ograniczając obecne błędy i ograniczenia, jak i minimalizując zagrożenia, jakie radośnie zafundowaliby nam kolejni doktrynerzy – lub/i złodzieje.

W potencjalnie pozytywnej zmianie politycy oczywiście będą przeszkadzać. W końcu są w tym organizmie – niczym wirusy… A my musimy sami być szczepionką.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Ani państwo, ani rynek, czyli polityka zdrowotna”

  1. “Pieniędzy w systemie ochrony zdrowia jest za mało – to wiedzą już wszyscy.” – przepraszam, ale ja tego nie wiem. Co więcej, uważam, że tych pieniędzy jest za dużo i motywuję to swoim przykładem. W trakcie prowadzenia działalności gospodarczej, wydawałem około 2500 złotych rocznie na składki zdrowotne. Ani razu nie skorzystałem z państwowej służby zdrowia i szczerze mówiąc nie zamierzam nadal. Co więcej, jak zachorowałem, wydałem sporo pieniędzy na prywatne rezonansy, rehabilitacje, konsultacje itd. ale wolę w ten sposób, niż czekać w kolejce i użerać się z państwowym dziadostwem, które zawsze będzie tak funkcjonowało (pieniądz+urzędnik>pieniądz). Pieniądze, które wydawałem bez potrzeby na system państwowy, przydałyby się na część mojego leczenia. A tak jestem “w plecy” i o składki i o to, co zapłaciłem prywatnie. Najgorsze jest to, że nadal będę musiał cierpieć konsekwencje myślenia bałwanów, którzy nie chcą zaakceptować tego, że naprawdę nie mam życzenia korzystać z państwowej opieki medycznej i naprawdę chcę płacić, nawet więcej, ale prywatnie. Moje zarobki, moja sprawa.

  2. A to system sam sobie pieniądze daje? Ciekawe. Myślałem, że to podatnicy płacą na system w swoich składkach. Jeśli nie, to na co, jak nie na system, idą moje pieniądze, skoro wpłacam je do ZUS pod nazwą “składki zdrowotne”?

  3. No ale jaki Pan widzi ciąg logiczny: “ja, Marcin Sułkowski wydałem 2500 zł, nie chorowałem i wynika z tego, że pieniędzy jest w systemie ochrony zdrowia za dużo”, tak?

  4. Nie to, co Pan sugeruje, napisałem w swoim pierwszym komentarzu.. Przybliżę jednak jeszcze raz, żeby było łatwiej/szybciej – Pan twierdzi, że w systemie pieniędzy jest za mało. Ja twierdzę, że w systemie pieniędzy jest za dużo, co najmniej o tyle, ile ja wpłaciłem. Nie dlatego, że nie korzystam z tego systemu przez to, że nie choruję, ale dlatego to, że korzystam z prywatnej opieki zdrowotnej. Te pieniądze, które wpłaciłem, powinny być w mojej kieszeni, a nie w systemie, a Pan w tekście sugeruje, że tych pieniędzy jest za mało. W takim razie mam dawać jeszcze więcej na to, czego nie chcę i z czego nie korzystam, w imię, no właśnie, czego?

  5. …czyli nie tyle “pieniędzy w systemie jest za dużo”, tylko Pan nie chce być jego częścią, a to jednak nie to samo.

  6. Jedno wynika z drugiego. Nie chcę być częścią systemu, bo zabiera moje pieniądze i ma ich przez to za dużo. Przyczyną mojej niechęci jest zabór moich pieniędzy, a nie na odwrót – kluczowa jest przyczyna. Mogę się wypowiadać tylko o swoich pieniądzach, dlatego piszę na swoim przykładzie, ale skoro pieniędzy jest za dużo o moje środki, to domyślam się, że całkiem pokaźna część Polaków też tak myśli (patrząc po znajomych, którzy prowadzą firmy, jestem wręcz przekonany o tym). Dlatego mówienie o tym, że pieniędzy w systemie jest za mało, jest co najmniej dziwne.

  7. Wydaje mi się, że obaj Panowie używacie zwrotów “za dużo” i “za mało” w różnych znaczeniach. System może mieć równocześnie pieniędzy “za dużo” w tym sensie, że ma pieniądze które mu się nie nie należą ( = “są ukradzione”) i zarazem “za mało”, żeby mu wystarczało na realizację jego “statutowych” celów. A nawet “za mało” na samo funkcjonowanie. Można sobie wyobrazić taką koszmarną biurokrację (abstrahując od NFZ), że nawet na jej własne funkcjonowanie potrzebuje więcej pieniędzy niż dostaje.

  8. Najprawdopodobniej ma Pan rację. Jeśli tak i mówimy o “za mało” w sensie takim, że obecne fundusze nie wystarczają NFZ, to nie uważam, aby reanimacja NFZ poprzez pompowanie weń jeszcze więcej pieniędzy było sensowne, opłacalne i moralne.

  9. Wydaje mi się to niezbyt wyraźnie zaznaczone w tekście, ale może to moja wina. Najważniejsze, że się zrozumieliśmy.

  10. No do tego mniej więcej sprowadzały (i sprowadzają się) pomysł PO – system niech trwa prawie jak jest, tylko się go dokapitalizuje samym podniesieniem składki (przy niewielkiej tylko korekcie organizacyjnej NFZ – mimo wcześniej zapowiadanej jego likwidacji). To oczywiście nic by nie dało, a skala i zakres marnotrawstwa tylko by rosły. Natomiast moja wątpliwość dotyczy jeden, mniej wyraźnej dla niektórych Czytelników kwestii. Otóż doświadczenie podpowiada mi, że nawet likwidacji zbędnych kosztów, uszczelnienie systemu itp. działania nie uwolnią wystarczających środków na pokrycie kosztów samego udzielania świadczeń na obecnym nawet poziomie i w obecnym zakresie. Stąd właśnie konkluzja – że tak czy siak pieniędzy jest za mało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *