„Będziesz nazywać się Rusinem i żądać autonomii – pójdziesz siedzieć!”

Ukraińskie Nowiny”: Ojcze Dymitrze, proszę nam powiedzieć na czym polegają problemy podkarpackich Rusinów, z czego wynikają tak trudne relacje z państwem ukraińskim?

o. Dymitr Sidor: Od 20 lat Rusini pokornie proszą Ukrainę o uznanie swego istnienia. To nie nam było potrzebne prawo – to na Ukrainie narodził się mit, że Rusini to tylko historyczne miano, że wszyscy Rusini, którzy kiedykolwiek żyli i żyją od Austrii po Karpaty i dalej do Kaukazu – to tylko przodkowie dzisiejszych Ukraińców, przy czym w Kijowie zadecydowano, żeby tę mitologię obwarować sankcją karną – tym samym nie uznając faktu rusińskiej egzystencji.

Tymczasem jesteśmy uznawani w 22 krajach na całym świecie! Rusini mieli swoją narodową państwowość 90 lat temu, kiedy nie było państwowości ukraińskiej, a Rusini powołali swoją republikę, 21 grudnia 1918 r. jako część Węgier. We wrześniu 1919 Centralny Rada Ruska podjęła decyzję o przyłączeniu w charakterze autonomicznej republiki do Czechosłowacji, której częścią pozostawaliśmy oficjalnie do 1946, a faktycznie do 1945 roku.

Ważne jest, aby zrozumieć, że ten sam mit o Rusinach-Ukraińcach odniesiono też do Galicji. Tymczasem Rusini na południe od Karpat zawsze byli od Galicji oddzieleni. Nawet w ramach Austro-Węgier Galicja była przecież częścią Austrii i tam pojawiła się po raz pierwszy narodowość ukraińska, gdy tymczasem Rusini żyli w części węgierskiej monarchii. Nie istniały więc żadne wspólne procesy narodowotwórcze! Kiedy Austro-Węgry się rozpadły, pojawił się ukraiński pomysł, aby spróbować zrealizować swoje cele właśnie w Galicji, gdzie ogłoszono powstanie Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej, dzięki pomocy małych grup pochodzących z austriackiej armii. Ale Polacy dali im po uszach i deklarację ZURL uznali za dziecinne bajeczki.

Traktat w Saint-Germain uznał przyrodzone prawo Polski do Galicji i zatwierdził jej przyłączenie do Polski. Na tym terenie Polacy nie tolerowali nacjonalizmu ukraińskiego, ale odróżniali i szanowali Rusinów i Rosjan. Kiedy w 1939 r. Stalin i Hitler podzielili Polskę, ten pierwszy zagarnął Galicję i to z Ukrainy sowieckiej zaczęto po raz pierwszy ukrainizację Galicji i galicyjskich Ukraińców.

Dopóki istniał ZSSR, partia komunistyczna zajmowała się propagowaniem „ukraińskości”, ruskość była zakazana. 29 czerwca 1945 umowa międzynarodowa w sprawie Ukrainy Zakarpackiej pomiędzy Pragą i Moskwą włączyła autonomiczne terytorium Rusinów jako suwerenne państwo: Ukrainę Zakarpacką – Karpacką Ruś, do Związku Sowieckiego i przyłączyła do sowieckiej Ukrainy.

Jednak Chruszczow nie chciał Ukrainy Zakarpackiej na takich warunkach, dlatego też nie pozwolił, aby taka treść międzypaństwowego porozumienia weszła w życie. I 22 stycznia 1946 r. Prezydium Rady Najwyższej USSR niezgodnie z prawem wprowadziło swoje ustawodawstwo na terytorium Rusi i nielegalnie utworzyło tu tzw. region karpacki. Od tego czasu mówi się o Zakarpaciu.

Następnie Kijów stworzył mit: to jest ukraińska ziemia od króla Ćwieczka. Tyle, że nie ma na potwierdzenie tego żadnych dokumentów. Kiedy upadał Związek Sowiecki, to republiki bałtyckie i inne kraje przypomniały o swoim statusie przed-sowieckim. Także Zakarpaccy Rusini chcieli pamięci o tym, że mieli swój odrębny status i mieli prawo do przeprowadzenia referendum – do pozostania w dziedzictwie sowieckiej Ukrainy lub pójścia własną drogą.

My, Rusini uświadomiliśmy sobie, że skoro mamy już dwa pokolenia wychowane w środowisku ukraińskim, to zginęlibyśmy będąc oderwani od niepodległej Ukrainy – wpadlibyśmy w ręce Węgrów i Słowaków. Postanowiliśmy więc wszyscy (łącznie ze mną) zorganizować się, aby głosować za Ukrainą. 92 proc. Rusinów z Zakarpacia głosowało za niepodległością Ukrainy. Ale jednoczenie 78 proc. głosowało za odtworzeniem statusu państwowego Rusinów – za autonomią.

Jednak zaraz później Krawczuk zwracając się do posłów zamienił słowo „autonomia” na „specjalny obszar”, tłumacząc, że „to to samo, a nawet więcej”. I tak w 1991 roku referendum było zgodne z prawem, ponieważ Ukraina, wchodziła w 1922 roku w skład Związku Sowieckiego z tymi samymi możliwościami – bez Galicji, Bukowiny, Zakarpacia i Krymu. Kiedy regionom tym zaproponowano przeprowadzenie referendów, Galicja i Bukowina nie skorzystały z okazji, w przeciwieństwie do Krymu i Zakarpacia (swoją drogą teraz Galicjanie łapią się za głowy, że przegapili ten moment!). Niestety, Kijów postanowił nie oddać ani Krymu, ani Zakarpacia i rozpoczął 20-letnią walkę o nieuznawanie Rusinów.

UN”: Został ojciec oskarżony o separatyzm. Co to konkretnie oznacza?

Przez całe te 20 lat nikt (w tym i nie ja, skazany niedawno na trzy lata) nigdy nie wzywał do separatyzmu, bo budowaliśmy Ukrainę jak swoje państwo. Stało się ono naszą ojczyzną po Związku Sowieckim i Czechosłowacji. Rusini w ciągu tych 20 lat nigdy nie mieli potrzeby, aby doprowadzić do zmiany granic, ponieważ nasze granice, które pokrywają się z regionem Zakarpacia, zapisane zostały jeszcze w traktacie z 1920 roku.

W celu wywarcia presji na Rusinów, Służba Bezpieczeństwa Ukrainy w październiku 2008 roku, na rozkaz Juszczenki, bez żadnych dowodów wszczęła sprawę karną przeciwko mnie. Ale przecież nie można było osądzać mnie za to, że chcę być Rusinem, nie powinni być sądzeni nawet ci żądający autonomii. Nie zostałem więc skazany za pragnienie autonomii, nie za to, że pragnę żyć jako Rusin. Przypisano mi za to sfabrykowany mit, że wzywam do zmiany państwa. Sąd tego nie udowodnił, ale jednak podjął tę złą decyzję.

W związku z powyższym – jak wyjść z tej sytuacji? Na Zakarpaciu stało się jasne, że Rusini (stanowiący około 70 proc. populacji) byli jedynymi przyjaciółmi współczesnej Ukrainy. Ani Węgrzy, ani Rumuni nimi nie są. Rumunia chce zabrać część Karpat i połowę Bukowiny aż po Odessę, cóż by to więc był za przyjaciel?

Gdyby u władzy w Kijowie byli ludzie rozumni, a nie bezmyślne szantrapy, to zdaliby sobie sprawę, że w celu ochrony zachodniej granicy Ukrainy nie można jednocześnie prowadzić i podtrzymywać wojny z miejscową ludnością. Byliśmy przecież i nadal możemy być najbardziej niezawodną barierą ochronną terytorium Ukrainy przed Rumunią, Słowacją i Węgrami.

UN”: Czego konkretnie się domagacie?

Nasze referendum uprawomocniło się 20 lat temu. Niezrealizowanie jego wyników – jest przestępstwem. Ale rząd ukraiński, skorumpowane sądy – nie są świadomi prawa międzynarodowego. Ta banda, która obsiadła prokuraturę i sądy woła: „Kto pyta nacjonalistów rusińskich? Kto chce mieć autonomię? Wszystko to powinno być u podstaw zlikwidowanie?”. Ale autonomia weszła prawnie w życie 20 lat temu. Tylko konstytucyjna wola mieszkańców regionu wisi w powietrzu. Mówimy Ukrainie: Ukraina nie jest zagrożona, odbyło się referendum, jego uznane wyniki zostały opublikowane i weszły w życie. A Rada Najwyższa odpowiada: spokojnie, bez zamieszania, trzeba by dokonać zmian w konstytucji, bo przecież państwo ukraińskie jest unitarne… Ale przecież ma już jedną autonomię – na Krymie i formalnie ma drugą – karpacką. Wszystko. Kropka. W takim przypadku, Zakarpacie pozostawałoby bezpiecznie na Ukrainie i nikt by go nie mógł oderwać. Mówimy o tym od 20 lat – i uznano nas za wrogów.

Przy okazji, niedawno przeprowadzono spis powszechny na Słowacji: wykazał 34.000 Rusinów, wcześniej było 24.000 – czyli o 10.000 więcej. Było 15.000 Ukraińców – zostało 7.000. Ale z tych pozostałych 7.000 (poza dyplomatami i dziećmi komunistów) większość wskazała, że ojczystym językiem jest rusiński. Czyli co, słowacka, czeska, polska, węgierska, serbska akademie nauk są głupsze od ukraińskiej?

Niedawno Rada Najwyższa Ukrainy popełniła zresztą kolejne bezprawie. Komisja do spraw Mniejszości Narodowych, na czele z Zarubińskim odrzuciła projekty legislacyjne Aleksandra Gołuba dotyczące akceptacji i uznania narodowości rusińskiej języka ruskiego i włączenia języka ruskiego w zakres chronionych języków regionalnych i mniejszości. To jest katastrofa, to jest apartheid! Nie wiem, jak na to patrzy Europa?! W obecnych strukturach i polityce państwa zakorzenione są głęboko urojenia i głęboko nazizm i faszyzm wypełniły umysły ludzi władzy, zapewniając panowanie doktrynie, że nie można spokojnie zaakceptować Rusinów.

Jest też inna groźba. Zostałem skazany i nakazano mi sądownie, że nie jestem Rusinem, ale Ukraińcem! Pomyślcie: ukraiński sąd wyznaczył mi narodowość! To jest katastrofa. Powiedziano mi: „Będziesz nazywać się Rusinem i żądać autonomii – pójdziesz siedzieć!„. Oznacza to, że jasno dano mi do zrozumienia, że ​​Ukraina to nie państwo, ale obóz koncentracyjny.

UN”: Co ojciec zamierza zrobić?

Sąd Najwyższy Kijowie, do którego trafi odwołanie – podtrzyma wyrok. Tam też bredzą. Po tym orzeczeniu pójdziemy do Strasburga. Chcielibyśmy Europie jasno powiedzieć, że na Ukrainie od 20 lat prowadzone jest etnobójstwo, jeszcze gorsze od złośliwego ludobójstwa. A wtedy na Ukrainę mogą być nałożone sankcje. Teraz lamentuje się tylko nad Tymoszenko, czy Łucenko s- ą czy nie są więźniami politycznymi, podczas gdy Europa ich za takich już uznaje. Artykuł 110 ma charakter czysto polityczny. Powiedziałem sędziemu: „Nie boję się Twoich wyroków, bo wszystkie sądy są w układzie, nie ma w nich sprawiedliwości.” I to nawet niedawno powiedział Janukowycz: 99 proc. spraw wygrywa prokuratora. To znaczy, że sądów nie ma! A jeśli w państwie nie ma sprawiedliwego sądownictwa, gdy nie udaje się zapewnić obywatelom sprawiedliwości w sądach, to w rzeczywistości takie państwo nie istnieje.

Dlatego proponujemy państwu ukraińskiemu, żeby przestało bredzić. Mamy dorobek 20 lat pokojowego, wspólnego z braćmi pielęgnowania jedności państwa, jedności z Ukraińską Cerkwią Prawosławną, pytamy więc: Czy nie boicie się ryzyka? Nie zwlekajcie, uznajcie Rusinów, bo inaczej, jeśli Amerykanie będą rzucać pieniędzmi – wolę na Zakarpaciu „kolorową rewolucję”, a potem nowe referendum i oddzielenie od Ukrainy. I Ukraina nic nie zrobi: nie ma armii, a Europa będzie milczeć. Ale nie chcemy tego, bo w Europie też na nas nie czekają. Żyjemy przecież w kraju prawosławnym.

UN”: Czy jest jakieś pokojowe wyjście z tej sytuacji?

W rzeczywistości SBU to dla nas, Rusinów terrorystyczna organizacja państwowa. Ale rozumiemy, że to nie Służba Bezpieczeństwa stanowi prawo – tylko my. Źródłem władzy – są ludzie. I tak jest zapisane w Konstytucji, że nie biurokraci decydują o losach władzy, tylko społeczeństwo w referendum. A jeśli to referendum nie jest uznane, czy rozstrzygnięte, konieczne jest przeprowadzenie nowego i anulowanie wyników tamtego. Tymczasem nikt tego nie zrobił: ani Trybunał Konstytucyjny ani prokuratura, ani SBU ani sąd. Dlatego nasze referendum jest ważne! A teraz wiemy też dokąd zmierzamy.

Niedawno dowiedziałem się, że ukraiński rząd potajemnie negocjuje z Węgrami. I okazało się, że Węgrzy rozdają paszporty. Już 70.000 ruskich Węgrów ma także węgierski paszport. Budapeszt chce przeprowadzić referendum w tych regionach, gdzie grupy te mieszkają celem ustanowienia republiki węgierskiej i powolnego oddzielenie się, przy jednoczesnym nakłonieniu Rusinów do opuszczenia gór.


Dlatego konieczne jest, aby Trybunał w Strasburgu uznał narodowość rusińską. Nie żądamy, by nie uczyć po ukraińsku. Niech to będzie język państwa ukraińskiego, z ruskim jako równoległym językiem regionalnym. Pieniądz też niech będzie ukraiński, ukraiński armia, ukraińska granica państwowa.


Chcą to sparaliżować, wołają żeby zamilczeć, nie pisać skarg. Dobrze! Ale jutro mogą być inni przywódcy, którzy powiedzą: niech ludzie wyjdą na ulice. A wtedy w Karpatach będzie wojna. Więc mówimy: Panie, daj rozum durniom z ukraińskich władz. One są nastawione tak nacjonalistycznie, że porównaniu z nimi
Hitler był świętym człowiekiem.

A więc jeśli ktoś wam mówi, że na Zakarpaciu jest separatyzm – bijcie go od razu!

Za: http://www.from-ua.com

Komentarz:

Narzucającą się analogią dla sytuacji na Zakarpaciu wydaje się być na ziemiach Polskich ruch ślązakowski. Byłoby to jednak zestawienie mylące. Przede wszystkim dlatego, że każde państwo i każdy naród mają własne problemy, więc odruch współczucia dla Ukrainy, jaki mógłby się pojawić u naszych przeciwników RAŚ byłby zwyczajnie nie na miejscu. Geopolityka nie polega na sentymentalizmie i poklepywaniu po ramieniu „wiesz stary, mam taki sam kłopot”. Ponadto aż nadto dobrze znamy w Polsce przykłady, gdy nawet w przypadkach, gdy zasada wzajemności w stosunkach międzypaństwowych i międzynarodowych powinna obowiązywać – jest ona ignorowana. Widzimy to choćby przez pryzmat uprawnień uzyskanych przez uznane mniejszości niemiecką i litewską w Polsce w porównaniu z sytuacją naszych rodaków na Litwie i w Niemczech. Podobnie zresztą równie wybiórczo postępuje polska dyplomacja (i co do zasady ma rację, szkoda jednak, że nie ma go do kierunku) uznając Kosowo i potępiając Osetię Południową. Nie ma więc wewnętrznych polskich powodów, byśmy z zainteresowaniem, a nawet pewną dozą życzliwości nie przyglądali się ruchowi rusińskiemu – tu pokazanym w wersji dotąd najłagodniejszej i najżyczliwszej Ukrainie. Ile wysiłku musiały włożyć władze w Kijowie, by przeciw sobie obrócić nawet najbardziej lojalistyczne dotąd kręgi Rusinów, ograniczające się dotąd do dość umiarkowanych postulatów autonomicznych. A przecież emigracja rusińska, żywa zwłaszcza w Kanadzie wprost domaga się niepodległości i gotowa jest do niej iść z każdym, kto by chciał pomóc, byle przeciw Ukrainie.

Ciekawy jest też aspekt zewnętrzny – i chociaż w straszeniu Węgrami jest na Ukrainie sporo propagandy i polityki wewnętrznej, to skala rewindykacji narodowych naszych bratanków musi imponować. Zabawne jednak, że w dyskusjach na forach internetowych w Polsce już pojawiają się pogardliwe głosy przedstawicieli naszej „prawicy ekonomicznej” doszukujących się w rewizjonizmie Węgrów czego? Oczywiście „tematu zastępczego odwracającego uwagę od nardowego-socjalizmu realizowanego przez rząd Orbana”. Zaprawdę, aż kusi by zobaczyć podręcznik historii świata napisany przez takich speców. Od czego np. uwagę odwracać musiała bitwa pod Grunwaldem – od rządowej spekulacji na rynku obroku?

Na Rusi wrze i wbrew częstym w Polsce obawom – beneficjentami tych wydarzeń nie stają się bynajmniej ukraińscy szowiniści – ale sami Rusini, u których nieudolne represje ze strony Kijowa rozbudzają i pogłębiają świadomość etniczną. Tymczasem co światlejsi Ukraińcy rozumieją wagę politycznej oferty autonomistów, sformułowanej m.in. przez ojca Sidora. Wiedzą też, że na przeszkodzi do jej przyjęcia może stanąć tak wielkoukraiński szowinizm, jak i zakusy centralistyczne, wciąż żywe w administracji państwowej i nie naruszone w sposób zasadniczy pod rządami Partii Regionów – pomimo jej nazwy i programu. Ukraina jako państwo federalne, a przynajmniej usamorządowione – ma większe szanse na rozwój i przetrwanie przy poszanowaniu praw mniejszości – niż w obecnej postaci, nie mówiąc o zagrożeniu, jakie dla samych Ukraińców niosłoby dorwanie się do władzy „swobodowców” i im podobnych. Pójście drogą reform politycznych, przy braku zasadniczego postępu ekonomicznego może wprawdzie być ryzykowne dla obecnej ekipy, z drugiej jednak strony wobec pognębienia pro-zachodniej i oligarchicznej opozycji – może też posłużyć umocnieniu władzy Janukowycza. I choć można mieć wątpliwości, czy prezydent w sprawie rusińskiej bardziej by się „przestraszył” Europy, niż w kwestii swego prawa do sadzania aferzystów – to w rozwiązaniu węzła zakarpackiego może on też w końcu zobaczyć swój interes.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “„Będziesz nazywać się Rusinem i żądać autonomii – pójdziesz siedzieć!””

  1. „Narzucającą się analogią dla sytuacji na Zakarpaciu wydaje się być na ziemiach Polskich ruch ślązakowski. Byłoby to jednak zestawienie mylące.” – dlaczego mylące. I w przypadku Polski i Ukrainy mamy do czynienia z powojennym prymitywnym i narzuconym administracyjnie unitaryzmem. W Polsce co prawda na razie do więzień nie zamykają jak się mówi o narodowości śląskiej, ale naszej odrębności w dalszym ciągu tak naprawdę mało kto rozumie i nawet nie chce rozumieć. A więc jest analogia. Druga analogia: aspekt historyczny. Mają go Rusini i mamy go my. Wielu ślązków, którzy może czasami naiwnie w plebiscytach w latach 20. ubiegłego wieku opowiadali się za Polską chciało, aby ta Polska uszanowała zwyczaje, odrębność gwarę i tradycje, a także polsko-niemiecki charakter regionu. Wyszło tak, że zrównano po wojnie status wszystkich regionów, a działaczy i ludność represjonowano (np. przymusowa zmiana imion, nazwisk, dyskryminacja w szkołach i miejscach pracy przez ludność napływową). NIe trzeba dodawać, że II RP mimo wszystko lepiej się z tego wywiązała. Dzisiaj przeciętny Polak jak mówi Śląsk ma na myśli właśnie tereny przedwojennego woj. śląskiego, mimo, że od 1945 r. ponad 90% Śląska, wraz z jego stolicą Wrocławiem należy do RP. Analogia kolejna: autonomia terytorialna, prawna i najważniejsze fiskalna. Skorzystaliby na tym wszyscy, ale ciasność wykształconych w socjalizmie unitarnych umysłów nie pozwala o tym tak pomyśleć zarówno w Polsce jak i na Ukrainie. Dlatego zgoda: federacja jest takim systemem na którym korzystają i region i rząd centralny. Pieniądze są lepiej wydawane (a przynajmniej trochę sprawiedliwiej), decyzje podejmuje się sprawniej bo lokalnie, a nie centralnie. Nie kłóci to się z lojanością, a raczej daje uczciwe zasady: my jesteśmy lojalni, a wy nas szanujecie takimi jakimi są. Dlatego także gorąco kibicuję Rusinom ich aspiracjach autonomicznych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.