Bonicki: Deficyt demokracji

Z okazji niedzielnych wyborów do unijnego parlamentu powracają do mnie jak bumerang zasłyszane narzekania na deficyt demokracji w Unii Europejskiej. Cóż kryje się za tym hasłem, z troską głoszonym przez różnych znawców i praktyków europejskiej integracji?

Czy komisarzom i legendarnej już brukselskiej biurokracji, umiejącym się poruszać unijnych korytarzach ekspertom i lobbystom, naprawdę może doskwierać brak kontroli ze strony zwykłych obywateli? Czyżby rzeczywiście po latach prób i błędów doszli do wniosku, że Unia przeobraziła się w monstrum, które dzień po dniu, krok po kroku, pożera ludzką wolność? Co prawda, nie słyszałem z ich ust narzekań na deficyt wolności, ale może chodzi o to samo? Może odczuwający deficyt demokracji tak przesiąkli „kultem demokracji i praw człowieka”, że nie potrafią operować innym słownictwem? Spójrzmy.

Stworzono instytucję obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej, ale jak inicjatywa taka się zmaterializowała pod hasłem „Jeden z nas” to do kierowania wysłuchaniem publicznym oddelegowano osoby wyjątkowo celom akcji nieprzychylne. I tylko talentom przedstawicieli inicjatorów zawdzięczamy, że sprawa nie została już na tym etapie pogrzebana.

Gdy odbywające się w poszczególnych krajach referenda nie przynosiły oczekiwanych (zgadnijcie przez kogo) rezultatów, to powtarzano je do skutku. Gdy sondaże wskazują, że referenda w sprawie opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię, bądź w sprawie przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty mogą zakończyć się wynikiem dla integracji negatywnym, to unijne elity stają na głowie, by do nich nie dopuścić.

Natomiast ci, którzy odważają się głośno stawiać pytania o sens, cel i koszt dalszej integracji są poddawani ostracyzmowi i próżno czekają na możliwość merytorycznej dyskusji. Jeśli już nadejdzie ten moment, a dzieje się to zazwyczaj w trakcje kampanii wyborczej (demokratycznej, a jakże!), że ani ich istnienia ani prezentowanej przez nich odmiennej wizji Europy nie da się przemilczeć, to jednemu lub drugiemu oficjelowi w przypływie złości wyrwie się: „Moim zadaniem jest zrobić wszystko, aby ich powstrzymać”.

Przypomnijmy też sobie jak są traktowane te państwa, w których do władzy dochodzą środowiska Unii nieprzychylne (Austria za czasów Jorga Haidera czy Czechy za prezydentury Vaclava Klausa), bądź przyjmujące odmienne od unijnej średniej rozwiązania ustrojowe (Węgry Victora Orbana). Przypomnijmy sobie, jak są traktowane państwa, które bronią się przed terrorem lobby homoseksualnego czy przemysłu aborcyjnego. Nagonki, raporty, rezolucje, grożenie sankcjami, wzywanie na dywanik, nierzadko zwykłe wyzwiska. Krótko mówiąc, nieustające naciski i presja.

Czy zatem utyskiwania na „deficyt demokracji” są szczere? Nie wydaje się. „Żaden rząd dobrowolnie nie ograniczył swej władzy” mawiał Ronald Reagan. A co dopiero super-rząd. Uważny i bezstronny obserwator dojdzie raczej do wniosku, że środowiskom o unijno-centrycznym spojrzeniu na Europę doskwiera ze strony obywateli brak, ale bezwarunkowego poparcia dla kolejnych inicjatyw integracyjnych. Carte blanche? Prosimy bardzo. Do czegoś takiego nikt się jednak (na razie) nie przyzna, bo oficjalnie wciąż żyjemy w świecie demokratycznych standardów. Nieubłagany proces dziejowy został niestety skompromitowany i zbyt wiele osób jeszcze to pamięta.

Stąd nijakie i nie wywołujące namiętności nawoływania o „lepsze wykorzystywanie funduszy”, „unię bankową” czy „energetyczną”, „lepszą koordynację”, bądź „bardziej zdecydowane działania”. A Europejczycy chyba podskórnie czują, że w tym wypadku słowa służą zaciemnieniu, a nie opisaniu rzeczywistości. Szału więc nie ma. Tylko „deficyt”. Ale nie o wolność tu chodzi, tylko o jeszcze więcej władzy. Lewiatan jest głodny.

Marcin Bonicki

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *