Bonisławski: „Kibolami” byli przedwojenni narodowcy, nie stroniący przecież od akcji bezpośrednich na ulicach

Pomiędzy linią polityczną Romana Giertycha i Wojciecha Wierzejskiego a Roberta Winnickiego jest znacząca różnica. Których z tych linii jest Ci bliższa? i dlaczego?

Wymienione trzy postacie łączy to, że przewodziły przez jakiś czas Młodzieży Wszechpolskiej, organizacji młodzieżowej i wychowawczej, od której wymagać posiadania określonej linii politycznej nie sposób. Natomiast siłą MW zawsze była ciągłość, brak ducha frakcyjnego, wychowywanie następców przez jej liderów oraz duża konsekwencja, bezkompromisowość w poglądach i działaniach.

Warto zaznaczyć choćby to, że w czasach kiedy Romana Giertycha, który był prezesem MW (1989-1994) niektórych z obecnych aktywnych członków MW nie było jeszcze na świecie.

To, że organizacja się zmienia i rozwija dostosowując metodę działania do nowych czasów i okoliczności świadczy o niej bardzo dobrze. Wydaje się, że obecna MW dobrze odpowiada na wyzwania stojące przed młodzieżową częścią ruchu narodowego w XXI wieku, co widać po niesłabnącym zainteresowaniu nią mediów, stałym napływie nowych członków i coraz to nowych inicjatywach przez nią podejmowanych.

Jaki jest sens kumulacji wysiłków wokół kolejnych Marszów na 11 listopada? Zrobicie wielki marsz, zbierzecie 50 tysięcy ludzi – i co dalej chcecie zrobić z tym potencjałem? Jeden z publicystów naszego portalu napisał, że na takie marsze „szkoda butów”. Przekonasz go, że się myli?

Na początek zastrzec muszę, iż nie jestem rzecznikiem organizatora Marszu – Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości”, skupiającego przedstawicieli wielu różnych środowisk (m. in. MW, ONR, NSZ) i nie wypowiadam się w jego imieniu, ale oczywiście z dużą życzliwością przyglądam się, i w miarę możliwości pomagam, tej najgłośniejszej od lat inicjatywie narodowej.

Słabością ruchu narodowego przez długie lata była jego elitarność, by nie powiedzieć kanapowość. Grupki narodowców studiujące dzieła endeckich klasyków, wydające niszowe pisma w zaciszu kilkunastoosobowych sal były z pewnością koniecznym elementem przetrwania myśli narodowej przez wiele lat. Jednak z wyjściem z jakże słuszną ideą i poglądami, nawet w „zwulgaryzowanej” formie do szerszych mas narodu, było już dużo gorzej.

Organizowane przez 20 lat III RP marsze narodowców do roku 2010 nie liczyły więcej niż kilkuset uczestników. W tym kontekście wzrost frekwencji w ciągu roku o sto razy powinien nas niezmiernie cieszyć, a nie skłaniać do malkontenctwa i tropienia braku ortodoksyjności jego przesłania.

Marsz Niepodległości był oczywiście manifestacją w ostatnich latach największą, ale nie jedyną. Warto zauważyć, że od czasu ubiegłorocznego marszu 11 listopada mieliśmy bardzo wiele mniejszych lub większych manifestacji, organizowanymi przez różne środowiska narodowe w całym kraju, by wymienić tylko manifestacje antylewicowe (nie tylko anty-jaruzelskie) 13 grudnia w kilkunastu miastach Polski, marsz za serbskim Kosowem w Warszawie w lutym br., manifestacje w dzień żołnierzy wyklętych, w rocznicę założenia ONR i wiele, wiele innych w kilkudziesięciu polskich miastach, nie tylko tych największych.

Wbrew zawodowym malkontentom rzadko wychodzącym chyba z domu sprzed biurka i komputera, wszystkie te inicjatywy są jednak jakimś przejawem oddolnego organizowanie się pewnego spójnego i silnego ruchu społecznego. Można by nawet powiedzieć, że są współczesną formą pozytywistycznego i endeckiego zorganizowania narodu.

Z pewnością manifestacje uliczne to nie wszystko i ruch społeczny trzeba budować przez 365 dni w roku. Jednak wychodzenie na ulice uznaję za ważny element tych działań. Gorąco wierzę w to, że na zbudowanie instytucji i organizacji (w tym politycznych) wokół nich przyjedzie jeszcze czas. Dajmy tym oddolnym inicjatywom czas na zjednoczenie i okrzepnięcie.

Złośliwi mawiają, że współczesna MW i kibole „mogą zamieniać się personelem”. Czy nie obawiasz się, że MW stacza się do roli ulicznego zadymiarstwa walczącego z „reżimem Tuska”?

Zapewne również liderem „kiboli” był młody Roman Dmowski i jego współpracownicy organizujący manifestacje antycarskie, po których zamykano uczestników w cytadelach. Niewątpliwie „kibolami” byli przedwojenni narodowcy, nie stroniący przecież od akcji bezpośrednich na ulicach. Podobnie jak narodowcy ze Związku Jaszczurczego i Narodowych Sił Zbrojnych.

To dobrze, że MW – jak zresztą zawsze – głośno i stanowczo protestuje przeciwko boaj najgorszemu z rządów po 1989 roku. Co więcej, życzyłbym sobie, aby to ona stała na czele coraz większego i słusznego społecznego niezadowolenia z obrotu spraw w naszym kraju

Taka opinia jest niesprawiedliwa również z tego względu, że na obecną MW składa się także – znowu, jak od lat – działalność formacyjna, szkoleniowa, obozy, „szkoły” letnie i zimowe, pisma współtworzone przez jej byłych i obecnych członków (jak „Polityka Narodowa”), popularne portale internetowe (jak narodowcy.net) i wiele innych inicjatyw. Myślę, że proporcje między myślą a czynem, formacją i akcją, są w MW właściwie rozłożone.

Pamiętajmy też o tym, że rozmawiamy przecież o organizacji ludzi młodych i bardzo młodych, skłonnych z natury do akcji bezpośrednich lub obliczonych na szybki efekt. Ciężko od takich osób wymagać by się zajmowały jedynie wychowywaniem dzieci i następców oraz pisaniem grubych książek.

Na łamach konserwatyzm.pl często krytykowaliśmy wiele akcji MW. Czy obrona praw człowieka na Białorusi i walka z Rosją Putina – co stanowi ważny element działań MW za Prezesa Winnickiego – mieści się w Twoim rozumieniu idei polskiego nacjonalizmu?

Gwoli ścisłości, obrona praw Polaków mieszkających na Białorusi, w którą MW była czynnie zaangażowana, zaczęła się w roku 2005, jako reakcja na agresywne działania bezideowego i notabene gardzącego nawet własnym narodem sowieckiego kacyka, jakim jest prezydent Białorusi. Tak więc długie lata przed prezesurą Roberta Winnickiego.

Walka o polskość, szczególnie tam, skąd jest ona wypierana i gdzie jest zwalczana, nie tyle mieści się w idei polskiego nacjonalizmu, ale powinna stanowić jej immanentną część. Zresztą nie chodzi tylko o Polaków na Białorusi, ale również na Litwie, Ukrainie i wszędzie tam, gdzie potrzebuje naszej, choćby moralnej, pomocy. Wiem, że MW jest w sprawy Polaków ze wschodu zaangażowana coraz bardziej z każdym rokiem i cieszy mnie to.

Dla porównania, węgierski ruch narodowy, dużo potężniejszy niż nasz, jako jeden z głównych priorytetów traktuje pomoc rodakom znajdującym się poza macierzą.

Nie ma nic gorszego niż narodowcy odwróceni tyłem od spraw i problemów narodu. Na przykład w imię jakiś dogmatycznych idei i nieprawdziwych wyobrażeń o rzeczywistości, choćby o rzekomo alternatywnej dla demoliberalizmu i zbawiennej dla świata osi politycznej na wschodzie, w której z jakiś przyczyn mielibyśmy być mile widziani. A doktrynerstwo zawsze było obce polskiej myśli narodowej.

Jeżeli chodzi o „walkę z Rosją Putina” to chyba mi to umknęło. Jeśli jednak masz na myśli jakiekolwiek działania lub słowa nawołujące np. do większej asertywności w relacjach z Rosją, to wypada to pochwalić.

Jaki jest Twój stosunek do tzw. engelgardyzmu? Mam tu na myśli stosunek MP do stanu wojennego, PRL i stosunków polsko-rosyjskich. Czy to nie engelgardyzm reprezentuje prawdziwy ruch narodowy?

Na pewno skądinąd sympatyczny i miły pan redaktor Engelgard tak uważa, uzurpując sobie prawo do określania tego, kto może się określać narodowcem i „ekskomunikując” z tego grona coraz to nowe osoby.

Jest też rzeczą charakterystyczną, że jednym tchem obok nazwiska redaktora zasłużonego dla Polski tygodnika „Myśl Polska” (w którym sam pisywałem przez wiele lat) wymieniłeś stan wojenny, PRL i Rosję. Nie może być jednak inaczej, gdyż mniej lub bardziej zorientowanym w meandrach podziałów wśród ludzi obecnie mieniących się dzisiaj narodowcami, „środowisko” SND (chyba teraz przybrało jakąś inną nazwę?) kojarzy się z tym .. i właściwie tylko z tym. Dogmatyczna, nie licząca się z faktami i rzeczywistością, obrona każdego działania Rosji w stosunkach z Polską, wspominanie stanu wojennego i innych rzekomych „zdobyczy” Polski ludowej, spowodowało jednak tylko tyle, że ten „prawdziwy ruch narodowy” to dzisiaj kilka osób bez większych perspektyw, zajmujących się przeszłością i sobą nawzajem. Szkoda.

Pytanie to można zadać także od innej strony. Kto był prawdziwym endekiem: żołnierze wyklęci z NSZ, PAXowcy czy Maciej Giertych uczestniczący w gronach decyzyjnych wokół gen. Jaruzelskiego?

Przede wszystkim, ocena Macieja Giertycha, osoby zasłużonej dla przetrwania w Polsce dziedzictwa myśli narodowej, której rodzina musiała uchodzić z Polski przed niechybnymi represjami komunistów, nękanej przez bezpiekę w czasach PRL (jako kandydat na prezydenta prezentował swoją grubą teczkę z IPN publicznie jako pierwszy), przez pryzmat epizodycznego i mało znaczącego udziału, z rekomendacji Prymasa Polski, w tzw. Radzie Konsultacyjnej, jest wysoce krzywdzące.

Natomiast budowanie dychotomii: albo NSZ i żołnierze wyklęci (wśród których narodowcy nie stanowili przecież przeważającej części) albo PAX, również pomija zbyt łatwo tragizm losów i wyborów ówczesnych Polaków. Choć w PAXie nie brakowało porządnych ludzi, nawiązywanie do tej spuścizny dzisiaj mogłoby prowadzić co najwyżej na manowce jakiegoś koniunkturalizmu, w czasach kiedy – mimo wielu przeciwności – możemy działać w miarę swobodnie.

To, iż po wielu latach NSZowcy (na których ataki w demoliberalnych mediach w latach 90-tych XX wieku były rzeczą wręcz powszechną) i „żołnierze wyklęci”, doczekali się wreszcie należnego szacunku ze strony władz III RP, a młodzi ludzie organizują rocznice upamiętniające naszych narodowych bohaterów, uważam za pośrednie zwycięstwo narodowej polityki historycznej.

Kto powinien być strategicznym sojusznikiem Polski: USA, Niemcy, Rosja? Czy jest jakaś inna alternatywa?

W to, że Polska może być traktowana jako realny sojusznik przez USA chyba już nikt nie wierzy. Dla odmiany pewne ideowopolityczne i metapolityczne środowiska w Polsce, w ślad chyba za politycznym mainstreamem, uwierzyły chyba, że Polska może z korzyścią dla siebie i na uczciwych warunkach wpisać się w układ Moskwa-Berlin.

Z drugiej strony szukanie alternatywy wobec klęski polityki proamerykańskiej i giedroyciowskiej zarówno PO jak i PiSu jest oczywiście jednym z priorytetów dla Polski dzisiaj.

Nie trzymając się „talmudycznie” tej koncepcji i zdając sobie sprawę ze wszystkich zmian, jakie zaszły w tej części świata w ciągu ostatnich 80 lat, za ciekawą, podobnie jak spora część przedwojennej endecji i przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego, uważam koncepcję międzymorską, rzecz jasna z koniecznymi modyfikacjami. Tylko dzięki mądrym sojuszom z podobnymi do nas potencjałem militarnym i politycznym państwami Europy środkowej, wśród których mamy szansę być liderem, możemy wzmocnić swoją pozycję w regionie.

Przed drugą wojną endecy wskazywali na bliskość interesów z Rumunią, Czechosłowacją, Jugosławią oraz z Francją. Dzisiaj, państwami nam najbliższymi w Europie środkowej wydaje się być Ukraina i Węgry, być może niektóre państwa bałtyckie i skandynawskie a drugiej strony południowo-słowiańskie, bliskie nam kulturowe, co również nie jest bez znaczenia. Trzeba się jednak wystrzegać w tym dogmatyzmu i dostosowywać plany do warunków geopolitycznych.

Na pewno w drugiej kolejności warto dostrzec wzrost znaczenia nowych mocarstw, także tych regionalnych, wobec czego duża część opinii publicznej tkwiąca chyba w zimnowojennym podziale na wybór „albo Rosja albo zachód”, jest ślepa. Chodzi mi przede wszystkim o Turcję, Chiny oraz Iran. Rozwijanie gospodarczych i politycznych relacji bilateralnych z tymi państwami wydaje się, drugą po międzymorzu, dobrą alternatywą dla popadania w kolejne serwilistyczne zależności i szansą na wzmocnienie pozycji międzynarodowej Polski.

Czytujesz konserwatyzm.pl? Co sądzisz o naszej linii?

Zaglądam na konserwatyzm.pl, choć od jakiegoś czasu rzadziej i z coraz większym dysonansem poznawczym. Staram się także śledzić kolejne numery „Pro Fide, Rege et Lege” i inne publikacje wychodzące pod patronatem konserwatyzmu.pl. Szczególnie tematyka poruszana w ostatnim „PFRL” była ważna, cenna i osobiście sądzę, iż powinniście w przyszłości poruszać częściej obecne tam zagadnienia.

Ośrodek myśli konserwatywnej, niechby nawet elitarny i nieliczny, nawiązujący np. do dziedzictwa Akcji Francuskiej, niemieckiej konserwatywnej rewolucji, takich postaci jak Carl Schmitt, Ernst Jünger, Charles Maurras, byłby cennym uzupełnieniem dziedzictwa polskiej endecji, być może źródłem intelektualnej inspiracji również dla odradzającego się polskiego ruchu narodowego.

Natomiast „konserwatyzm” rozumiany jako rzekomo realistyczny (a częściej lojalistyczny) sposób uzasadniania zwykłego koniunkturalizmu (choćby wasz stosunek do PO), bo tak jest często odbierana publicystyka na tematy bieżące pojawiająca się na portalu, nie wydaje mi się żadną alternatywą dla mainstreamowej prawicy.

Do tego dostrzegam często na portalu jeszcze coś, przez co wielu nie znosi od lat polskiej prawicy, czyli niezliczoną liczbę drobnych, opartych najczęściej na niskich pobudkach, sporów personalnych, często z dorabianą do nich ideologią. Wszystko to razem daje pełny obraz groteskowości i śmieszności polskiej prawicy. Nie idźcie tą drogą!

Konrad Bonisławski – prezes Młodzieży Wszechpolskiej w latach 2006-2009, redaktor naczelny „Polityki Narodowej”

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Bonisławski: „Kibolami” byli przedwojenni narodowcy, nie stroniący przecież od akcji bezpośrednich na ulicach”

  1. Mój syn jest zagorzałym kibicem Legii Warszawa i częstym bywalcem stadionu przy ul. Łazienkowskiej, ale uważam, że Pan Bonisławski zapędził się w porównaniu przedwojennej endecji i środowiska ONR ze współczesnymi kibicami. Dlaczego tak uważam? Bo przed II wojną światową polscy narodowcy skupieni w młodzieżowych narodowych organizacjach mieli duże zaplecze intelektualne i twórcze. Przecież zapleczem dla ludzi specjalizujących się np. w walkach ulicznych z bojówkami lewicowymi byli ludzie megainteligentni typu Jan Mosdorf czy Bolesław Piasecki. Oni już w bardzo młodym wieku potrafili rozwijać intelektualnie myśl narodową wnosząc do endeckiej spuścizny wartość dodaną. Tak więc nie była to bijatyka uliczna dla samej bijatyki. A obserwując środowisko współczesnych kibiców (np. kolegów mojego syna) to owszem, nie sposób odmówić im patriotyzmu, ale nie ma tam szerszej i głębszej refleksji np. nad tym w jak urządzonym (prawnie, administracyjnie, cywilizacyjnie) kraju chcieliby żyć i o co walczą. Kiedyś rozmawiałam z nimi na ten temat i wyraźnie byli zagubieni w takiej rozmowie. Oczywiście dobrze, że promują wśród siebie i na osiedlach patriotyzm, ale nie można porównywać współczesnych kibiców do przedwojennych narodowców. W tym to nawet mój syn-kibic zgadza się ze mną pomimo różnicy pokoleń;) Co mnie ucieszyło, że wraz z grupą kolegów Legionistów opuścił Marsz Niepodległości 11 listopada w momencie, gdy obok Ambasady Rosyjskiej wznoszono okrzyki „Ruska k…a!”. To znaczy, że Ci młodzi ludzie w szalikach zaczynają samodzielnie myśleć i nie dają się już tak łatwo ponosić emocjom i różnej maści podżegaczom. Zresztą z tego co mi mówił syn, to wśród samych kibiców Legii powstał podział o kwestię rosyjską. Jedni idą z nurtem Gazety niePolskiej, a drudzy są zwolennikami sojuszu z kibicami serbskimi i rosyjskimi przeciwko (jak to określił mój syn) „zgniłemu Zachodowi”. Jest to dla mnie bardzo ciekawe zjawisko jako socjologa.

  2. Bardzo trafne spostrzeżenia Bonisławskiego. Rozsądne. Rzeczywiście na tym portalu pełno tu drobnych sporów personalnych, którym przewodzi niestety prof. Wielomski. A to spór z prof. Bartyzelem, a to z red. Michalkiewiczem, a to z Terlikowskim etc. Do tego trzeba oczywiście dodać jego fanatyczną nienawiść do PiS, a fanatyzm ślepy jest, więc brak obiektywnych opinii jest naturalną jego konsekwencją. W kwestii stosunku portalu do PO absolutna zgoda. Nie wiem tylko, czy takie, a nie inne stanowisko tłumaczyć sobie prywatnymi sympatiami tutejszych konserwatystów do członków Platformy, czy zwykłą naiwną wiarą w skuteczność tzw. real politik.

  3. @Jago – nie bardzo rozumiem to ubolewanie nad toczeniem sporów na Portalu. Wszak nie powołujemy tu pospolitego ruszenia, nigdy nie wznosiliśmy okrzyku „nie ma sporów na….” [tu wstawić gdzie]. Przeciwnie, to jest Portal publicystyczno-polemiczny. Naturalnym więc, że się na jego łamach dyskutuje, krytykuje i spiera. Dziecinadą jest zaś obrażania się na to. Zawsze zresztą kol. Adam i inni członkowie Redakcji deklarowali otwartość na publikowanie odpowiedzi, polemik, głosów ad vocem itd. Spór intelektualny i ideowy jest elementem zdrowia psychicznego. Sztuczne szukanie „ideowej jednolitości” tam, gdzie jej nie ma – to objaw szaleństwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.