Co zostało z myśli politycznej Ruchu Młodej Polski?

Ruch Młodej Polski (RMP) był formacją zaliczającą się do tzw. opozycji demokratycznej w Polsce, czyli do obozu solidarnościowego. Jego twórcy, z Aleksandrem Hallem na czele, nawiązywali wprost do idei Narodowej Demokracji, do myśli politycznej Romana Dmowskiego. Spadkobiercą tej organizacji było już po 1989 roku Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe (ZChN). Co pozostało dzisiaj po tej formacji? Interesuje mnie szczególnie jej myśl na temat polskiej polityki wschodniej, zwłaszcza w odniesieniu do Rosji i Ukrainy.

Pamiętam, że w latach 80. XX wieku i tuż po nich ludzie z obozu narodowego nawiązujący do myśli politycznej Jędrzeja Giertycha, odsądzali RMP od czci i wiary, zarzucając mu pseudoendeckość, związki z masonerią i KOR-em oraz pełnienie roli dywersyjnej. Dzisiaj, z perspektywy lat, wydaje się to co najmniej nieuzasadnione. Jedyne co wytrzymało próbę czasu, to zarzut o związki z KOR-em, a nawet swego rodzaju kompleks niższości wobec tej organizacji. RPM był traktowany przez KOR jako przykład „dobrej endecji”, choć często nie zgadzał się z jego myślą polityczną.

No właśnie, czytając dzisiaj artykuły liderów RMP na temat polityki wschodniej, nie sposób nie przyznać, że była ona inspirowana tradycyjną myślą geopolityczną Romana Dmowskiego. Wtedy nieraz tego nie zauważano, bo inne kwestie przykuwały uwagę. „Giertychowcy” byli skłonni uznawać trwałość dominacji ZSRR i traktowali enuncjacje RMP jako dowód na uczestnictwo tej formacji w obozie zachodnim i jego projekcie rozbicia tego państwa kosztem Polski w interesie Niemiec. Tymczasem ideolodzy RMP snuli rozważania dotyczące przyszłości, już bez ZSRR, z jakąś jeszcze nieokreśloną Rosją. W tym aspekcie byli, trzeba to przyznać, trochę bardziej przewidujący niż „giertychowcy”.

Jaki obraz wyłania się po ponownej lekturze tekstów sprzed 30 lat? Myślę, że najbardziej lapidarną odpowiedzią będzie sentencja z jednego z tekstów Aleksandra Halla – „czynnik stały Rosja”. Liderzy RMP uznawali za pewnik, że nawet po rozpadzie ZSRR Rosja, jakakolwiek by była, będzie najważniejszym partnerem Polski na Wschodzie.

Zarysowanie polityki polskiej wobec tej nowej Rosji uważali za jedno z najważniejszych wyzwań. Było to zgodne z główną myślą Romana Dmowskiego sformułowaną w latach 30. XX wieku. Twórca Narodowej Demokracji pisał wtedy, że kiedy bolszewizm przeminie i pojawi się „Rosja przyszłości” ułożenie z nią wzajemnych relacji będzie „najważniejszym zadaniem polityki polskiej”. Publicyści RMP kierowali się tą właśnie wskazówką. Na uwagę zasługują dwaj z nich – Marek Gadzała i Aleksander Hall.

Hall jako pierwszy poruszył ten problem w artykule „Czynnik stały – Rosja” („Polityka Polska”, nr 2-3/ 1983). Zacytujmy najbardziej istotny fragment tego artykułu:

„Dziś Rosją rządzą komuniści i oni określają rosyjską politykę wobec Polski. Nic nie wskazuje, aby miało się to zmienić w najbliższych latach, a stan ten może utrzymać się przez dalsze dziesięciolecia. To prawda, ale prawdą jest również, że ideologie i partie przemijają, a narody trwają. Bez względu na dalsze losy systemu komunistycznego w Rosji, pozostanie naród rosyjski. Pewne jest, że Rosja – biała, czerwona, czy jeszcze inna – pozostanie trwałym i liczącym się elementem naszej części Europy.

Leży w naszym interesie przezwyciężenie dzielącej nasze narody wrogości i niezrozumienia, budowanie podstaw pod przyszłe – choćby bardzo odległe –porozumienie, ukazywanie płaszczyzn współpracy. Trzeba mieć przy tym świadomość, że proces ten siłą rzeczy musiałby być długotrwały i nie przyniósłby szybkich efektów, zwłaszcza że w obecnej dobie naród rosyjski i jego niekomunistyczne elity nie wywierają żadnego wpływu na politykę ZSRR.

Nie można budować porozumienia z narodem rosyjskim i Rosją przyszłości, a jednocześnie myśleć o Rzeczypospolitej jako antyrosyjskim Piemoncie, oparciu dla ruchów narodowowyzwoleńczych. W tej sprawie trzeba dokonać wyboru. Żadna Rosja nie pogodzi się z Polską, która zaangażuje się w jej rozbijanie. Dylemat, który musimy rozstrzygnąć wygląda następująco: albo będziemy próbować osiągnąć ugodę polsko-rosyjską, zakładającą trwałość naszej obecnej wschodniej granicy i mocarstwowej pozycji Rosji, albo z góry rezygnujemy z działań w kierunku ugody, uzależniając sprawę polskiej niepodległości od upadku Rosji, a w każdym razie głębokiego załamania się jej pozycji”.

Hall uważał, że niepodległość można będzie odzyskać tylko przy osłabieniu pozycji ZSRR (Rosji), ale jednocześnie stanowczo odrzucał myśl o jej rozbijaniu. Chodzi tu o fragment dotyczący antyrosyjskiego Piemontu i ruchów narodowo-wyzwoleńczych. RMP odrzucał więc kiełkującą już wtedy dosyć mocno tradycję mesjanistyczną i prometejską, zakładającą angażowanie się Polski w popieranie niepodległościowych dążeń Ukrainy czy Białorusi. To ważna deklaracja, wyznaczająca priorytety myślenia zgodne z tradycją ND i samego Romana Dmowskiego.

Kiedy stawało się jasne, że nadchodzą zasadnicze zmiany geopolityczne i ideologiczne, liderzy tego środowiska sprecyzowali swoje stanowisko bardzo dobitnie w artykule Marka Gadzały pt. „Wobec Wschodu – wczoraj i dziś” („Polityka Polska”, nr 2/1990). Był to czas chwiania się pozycji mocarstwowej ZSRR, choć był jeszcze potęgą. Gadzała pisał:

„Przed polską myślą wschodnią stanęło chyba jeszcze trudniejsze zadanie niż poprzednio: odwołując się do porównania z dziedziny fizyki można by rzec, iż jest ono o tyle trudniejsze, o ile dynamika jest bardziej skomplikowana od statyki operującej tylko kilkoma – zamiast wieloma – zmiennymi. Nie ułatwia tego zadania fakt, iż myśl ta nie może pochwalić się zbyt bogatym dorobkiem z lat ubiegłych. Słowem – kroczymy bardzo trudną drogą. Nie można oczywiście przewidzieć wszystkiego, co stanie się na wschodzie. Dlatego planowanie, uwzględniające z konieczności tylko najbardziej prawdopodobne warianty rozwoju sytuacji, powinno opierać się na bardziej generalnych zasadach – odwołujących się do wcześniejszych koncepcji i przemyśleń – mówiących o tym, co jest pożądane, a czego należałoby unikać z punktu widzenia interesów państwa i narodu (…)

W razie kontynuacji widocznych dziś trendów w ZSRR jeszcze wyraźniej, lub zgoła zupełnie, wyodrębnią się dotychczasowe człony imperium. Stanie jeszcze mocniej zagadnienie ich wzajemnego współistnienia. Być może współżycie to ułoży się, poza nieuniknionymi wyjątkami, w sposób przyjazny i prawidłowy. Lecz przecież nie brak przesłanek by sądzić, że dzisiejsze konflikty Centrum z republikami zastąpią spory i utarczki między nie tylko Azerbejdżanem i Armenią, ale także między na przykład niekomunistyczną Rosją i niekomunistyczną Ukrainą czy Białorusią, prącymi do rzeczywistej samodzielności wbrew tejże Rosji, niepogodzonej z tą perspektywą. Do sporów może również dochodzić w razie pełnego usamodzielnienia się republik.

W tych okolicznościach jedynym właściwym stanowiskiem, w przypadku naszego kraju, byłaby ścisła nieingerencja. Nie miałoby żadnego uzasadnienia wikłanie się w konflikt nierosyjskich narodów z nową Rosją, przekreślające możliwość posiadania dobrych stosunków z wszystkimi częściami byłego imperium. (Odrębną kwestią są sympatie i sposób ich wyrażania przez społeczeństwo.) Trzeba się również liczyć z tym, że Rosja, inna Rosja, zachowa wśród nich dominującą pozycję.

Ustrój tej nowej Rosji nie będzie na pewno ustrojem komunistycznym, lecz – być może – nie będzie odpowiadał naszym wyobrażeniom o demokracji. Czy na przykład sołżenicynowska Rosja, miast odwzorowywać mechanicznie zachodnie wzorce, nie przetrawi ich i połączy ze specyficzną rosyjską tradycją, ciągnąc na dodatek za sobą, przez długi czas, przygnębiającą spuściznę lat komunizmu? A przecież nie można wykluczyć, że nowa Rosja wyraźnie wkroczy na drogę do autorytaryzmu”.

Priorytet jest więc jasno zarysowany – wyłaniająca się powoli niekomunistyczna Rosja, prawdopodobnie autorytarna, może nawet oparta na idei Aleksandra Sołżenicyna, będzie dla Polski partnerem i musielibyśmy zachować zasadę „ścisłej nieingerencji” na obszarze dawnego ZSRR, nawet gdyby takie zaangażowanie było bardzo kuszące.

Zwolennikiem takiej koncepcji polityki polskiej był Wojciech Wasiutyński (1910-1994), nieformalny patron ideowy i polityczny RMP, a potem pisma „Polityka Polska” i wreszcie ZChN. Przez lata działalności na emigracji uchodził za czołowego przedstawiciela opcji amerykańskiej i za to był atakowany m.in. przez Jędrzeja Giertycha i jego zwolenników, nie był dobrze postrzegany nawet przez zwolenników Antoniego Dargasa, który przejął kierownictwo nad SN na emigracji po zmarłym Tadeuszu Bieleckim.

Na początku lat 90., już po przemianach politycznych w Polsce i Europie Wschodniej, Wasiutyński zarysował następującą koncepcję – Polska powinna wejść w skład struktur politycznych i militarnych Zachodu, jednocześnie mocno podkreślał, że po podziale ZSRR „nie ma przedmiotu sporu między Polską a Rosją”. Zauważył, że konflikt rosyjsko-ukraiński „jest zasadniczy i trwały”, ale „Polsce nie wolno w ten konflikt się wplątywać”.

Jedynym priorytetem dla Polski będzie dbanie o Polaków mieszkających za Bugiem. Dosadnie wyraził swoją filozofię polityczną tak:

„Przykro mi, bracia Rusini i bracia Litwini, ale nasz los nie jest ten sam. Nasz los jest jeden z Prusakami. Czechami i Madziarami”.

Jak pisze biograf Wasiutyńskiego, Wojciech Turek, „autorytetem był dla niego Sołżenicyn, nie amerykańscy eksperci”. To zaś oznaczało, że akceptował jego koncepcję trzech republik słowiańskich – Rosji, Białorusi i Ukrainy – jako samodzielnego bytu i nie myślał o rozbiciu tego związku.

Tymi wskazówkami starało się kierować ZChN, atakowane zresztą ostro przez „Gazetę Wyborczą” i Unie Demokratyczną. Jednym z powodów tego ataku była koncepcja polityki wschodniej odrzucająca popieranie ukrainizmu przeciwko Rosji.

Upadek ZChN sprawił, że jego koncepcje programowe zaczęły powoli znikać aż do dnia dzisiejszego, kiedy nie ma po nich ani śladu. Ludzie, którzy wyrastali w tym środowisku są obecni praktycznie we wszystkich formacjach postsolidarnościowych, ale nie stanowią tam odrębnej jakości ideowej, lecz pełnią prawie wyłącznie rolę potakiwaczy i wazeliniarzy.

Zamiast realnej, opartej na myśli Romana Dmowskiego, postawy politycznej – reprezentują najbardziej radykalne zachowania antyrosyjskie i proukraińskie (vide Ryszard Czarnecki i Marek Jurek). Zachowują się tak, jakby nie przeszli przez formację szkoły politycznej RMP czy Wojciecha Wasiutyńskiego, są żywym przykładem upadku ideowego samych siebie, ale i środowiska, z którego się wywodzą. Prześciganie się w prometejskiej ortodoksji i prymitywizmie przez dawnych ZChN-owców jest widowiskiem niezbyt smacznym, by nie powiedzieć żałosnym.

PO i PiS to dzisiaj dwie dominujące na scenie ugrupowania wyrastające z tej samej tradycji, nie mającej nic wspólnego z tym, co prezentował RMP czy nawet ZChN. Często ludzie z tego środowiska mówią, że to oni mieli rację, a nie np. „giertychowcy” czy ludzie działający w PAX-ie czy PZKS-ie, bo Solidarność wygrała. Owszem, można tak twierdzić, tyle tylko, że idee i myśli, jakie próbowali oni przenosić do tego „zwycięskiego” obozu wyparowały szybko, zostały odrzucone i wdeptane w ziemię.

Nikt z dawnych ludzi RMP czy ZChN, czynnych nadal w życiu publicznym, nie ma odwagi tego przyznać czy wyrazić swojego sprzeciw, np. wobec szaleńczej polityki państwa polskiego w kwestii ukraińskiej. I to jest dowód na to, że i „endecja solidarnościowa” przegrała swoją szansę. Po takich formacjach jak RMP i ZChN zostały już tylko zbiory publicystki i konferencje naukowe.

Ich program i filozofia polityczna nie mają we współczesnym obozie postsolidarnościowym (PiS i PO) racji bytu, uznawane są wręcz za przejaw niebezpiecznego ulegania Moskwie, by nie powiedzieć jeszcze ostrzej. Obowiązuje tylko jedna, jedynie słuszna linia obu partii, będąca mieszanką starych XIX-wiecznych fobii i całkiem współczesnego podporządkowania Polski strategii nowego Wielkiego Brata. Na samodzielną myśl polityczną miejsca w takim układzie nie ma.

Jan Engelgard

– – –
Myśl Polska, nr 11-12 (16-23.03.2014)

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *