Constans

Oto komentarz… Romana Dmowskiego do ostatniego „skandalu” katyńskiego
w Strasburgu:

„W żadnym bodaj kraju nie przetrwała tak długo, jak w Polsce, spuścizna polityczna pierwszej połowy XIX stulecia; wiara w panowanie sprawiedliwości w stosunkach między narodami, w skuteczność dochodzenia swych praw słusznych przed bezstronną opinią europejską, określanie faktów historycznych jako „zbrodni” i „krzywd”, przekonanie o ostatecznem zwycięstwie „słusznej sprawy”, nieliczenie się z realnem ustosunkowaniem sił w życiu międzynarodowem i nierozumienie, że obrót każdej sprawy od wypadkowej tych sił przede wszystkiem zależy. To opieranie widoków politycznych na czysto iluzorycznych podstawach a wraz z niem skłonność do podejmowania działań politycznych bez ścisłego określenia celu i obliczenia środków – nazwano romantyzmem politycznym. Na jego tak długie panowanie w Polsce wpłynęło przede wszystkiem niezwykle położenie ojczyzny – kontrast między świetną przeszłością a teraźniejszością najbardziej upośledzonego w Europie narodu; budowa wewnętrzna społeczeństwa polskiego, sprawiająca, że polityka jego znajdowała się prawie wyłącznie w rękach warstwy szlacheckiej, mającej sporo dobrych tradycyj, ale mało zahartowanej w walkach życia praktycznego; młodzieńczość kulturalna społeczeństwa i wynikająca z niej pewna naiwność, biorąca na serio rozmaite polityczne facons de parler, pod któremi się zupełnie inna treść ukrywa(…)”.

(R. Dmowski, Niemcy, Rosja i kwestya polska”, Lwów 1914, s.212)

Dmowski pisał te słowa nie w 1914 r. (ja akurat takie wydanie miałem pod ręką). Pierwsze wydanie książki ukazało się w 1908 r., można więc powiedzieć, że od ich napisania minęło przynajmniej 105 lat. Dmowski pisze o „tak długim panowaniu” romantyzmu politycznego. Cóż wobec tego mamy powiedzieć my, żyjący z górą wiek później! Doprawdy nie można się dziwić temu, że niektórzy ludzie tracą wiarę w możliwość zrobienia czegokolwiek sensownego dla Polski. Tym bardziej, że niestety dzisiaj już można stwierdzić, że to Dmowski i jego szkoła myślenia politycznego okazały się przemijające, a romantyczna, głęboka nieodpowiedzialność za wszystko, dominuje z całą mocą szaleństwa tej idei wyznawców. Oczywiście, tą smutną konstatacją nie zamierzam w najmniejszym nawet stopniu ani spłycać historycznej doniosłości zasług szkoły myślenia Dmowskiego, ani jej nie doceniać. Nie tylko przyniosła nam ona niepodległość, ale i odcisnęła mocne piętno na pokoleniach Polaków, którzy do powstań za PRL-u popchnąć się nie dali (jakże żałośnie w tym kontekście wyglądają usilne starania neoromantyków, aby protesty robotnicze w 1956 i 1970 nazywać powstaniami). Co więcej, nawet w działaniach większości rządów polskich po 1989 r., które trudno nazwać przychylnie ustosunkowanymi do Dmowskiego, jego szkoła myślenia politycznego ma swój wyraz. Ograniczony, ale jednak. Nazywam ją przemijającą, gdyż Polska i my, epigoni politycznej dmowszczyzny, przegrywamy walkę o teraźniejszość i o przyszłość. Tragiczne wyrazy żywotności romantyzmu politycznego w postaci powstania warszawskiego i tzw. żołnierzy wyklętych, służą od lat sączeniu do umysłów Polaków najbardziej niebezpiecznych dla Polski idei. Bezsensowne powstanie, które położyło kres polityce polskiej okresu II wojny światowej, a w istocie było, w szerszym znaczeniu, pogrzebem I i II RP, uważane jest za niewzruszalny ideał i wyraz najgłębszego patriotyzmu. Beznadziejna guerilla straceńców (w sytuacji umycia rąk przez Zachód i ujawnienia się 95% dawnych partyzantów) jest dzisiaj przedstawiana jako jedyna droga godna prawdziwych patriotów polskich po wojnie. O tych, którzy, liczeni w miliony, zakasali rękawy i wzięli się do odbudowy Polski i do pracy na jej rzecz, ani słowa.

Nie wolno pytać, nie wolno dyskutować, nie wolno mieć innego zdania. To znaczy wolno, ale to równa się stygmatyzowaniu piętnem „komunizmem”, „sowietyzmem”, „zdrady” etc. Poza nielicznymi wyjątkami i to raczej jednostkowymi (Janusz Korwin-Mikke, bo jak to wygląda szerzej w Nowej Prawicy, tego nie wiem), cała polska formacja polityczna – mam na myśli najważniejsze ugrupowania, parlamentarne, bądź mające widoki na parlament i przez to obecne w sondażach – nazywająca sama siebie prawicą, żyje kultem romantycznych posunięć politycznych, a sam romantyzm uważa za swój oczywisty program polityczny na dzisiaj i na jutro. Pewna grupa uznaje go nawet za dogmat niepodważalny i nie podlegający rewizji. Także ci, którzy epatują przymiotnikiem „narodowy” w nazwach, najczęściej traktują Dmowskiego jako artefakt z przeszłości potrzebny li tylko do obchodzenia rocznic. W tym wszystkim kryje się przemijanie myśli politycznej Dmowskiego i jej współczesna klęska. 

W istocie jest o wiele gorzej – jest to klęska Polski, takiej jaką chcielibyśmy widzieć i mieć. Zamiast Polski Dmowskiego mamy jednak, i to bez widoków na zmianę w najbliższej przyszłości, Polskę XIX-wieczną przeniesioną we współczesne realia, podzieloną na pogodzonych z rozpłynięciem się w UE ugodowców i na romantycznych krzykaczy „bez ścisłego określenia celu i obliczenia środków”.

Adam Śmiech

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *