Urzędnik twoim panem

Miałem (nie)przyjemność rozmawiania z urzędnikami pracującymi na niższych stanowiskach w Komisji Europejskiej. Uważają oni, że ponad 25 tysięcy urzędników w Komisji Europejskiej to niewiele w porównaniu choćby z polskim ZUS-em, gdzie pracuje prawie 50 tysięcy biurokratów. Tylko co to jest za argument? Skoro szkodliwy ZUS zatrudnia armię niepotrzebnych urzędników, to tym usprawiedliwia się tworzenie kolejnej armii jeszcze bardziej szkodzących biurokratów? Jak ktoś szkodzi, to samemu należy szkodzić jeszcze bardziej? Urzędnikom nie mieści się w głowie, że nie są oni nikomu potrzebni, a swoją pracą nie tylko nic nie wnoszą dla społeczeństwa, ale najzwyczajniej w świecie temu społeczeństwu szkodzą i to za jego pieniądze.

 

Oderwanie od rzeczywistości

 

Unijni urzędnicy pobierają wysokie wynagrodzenia, o których marzą przeciętni mieszkańcy Brukseli. Jak nawet najniższego szczebla unijny urzędnik, którego wynagrodzenie wynosi około 3000 euro plus liczne dodatki i przywileje zrozumie zarabiającego 300 euro miesięcznie absolwenta polskiej uczelni? Nie mówiąc o brukselskich biurokratach niższego szczebla kierowniczego, gdzie pensja sięga 10 tysięcy euro miesięcznie. – Gdyby nie to, że na utrzymaniu mam małe dziecko, dawno bym się zwolniła z pracy w Komisji Europejskiej – mówi Polka pracująca w jednej z generalnych dyrekcji w Brukseli. – System płac jest bardzo niesprawiedliwy, bo urzędnicy z tzw. starej Unii zatrudnieni przed 2004 rokiem zarabiają kilka razy więcej niż urzędnicy z tzw. nowych krajów unijnych, często wykonując tę samą pracę. Ale nawet ta niższa płaca jest dwukrotnie wyższa od średnich wynagrodzeń w Belgii – dodaje.

Eurobiurokraci są przekonani o swojej wyjątkowości. – Takie były trudne egzaminy, żeby dostać się do pracy w Komisji Europejskiej – dziesięć osób na jedno miejsce – mówi jedna z urzędniczek. Tylko co to jest za argument? Najgorsze jest to, że właśnie ci urzędnicy (w szczególności ci po konkursach, a nie z nadania politycznego) to rzeczywiście zwykle inteligentni i wykształceni ludzie, którzy mogliby tworzyć dobrobyt (w znacznie większym stopniu przyczyniając się do bogactwa społeczeństwa niż przeciętny pracownik), pracując w gospodarce prywatnej, a nie marnotrawić go na stanowisku biurokraty. Ten właśnie drenaż mózgów przez euroinstytucje jest szkodliwy dla gospodarek krajów członkowskich.

Wizja upadku Eurokołchozu jest dla brukselskich biurokratów całkowicie nierealna i nie do pomyślenia – bo gdzie oni by wtedy znaleźli pracę? Swoją drogą – kto będzie im wypłacał emerytury, jak Unia zbankrutuje? Nie wyobrażają sobie, że mogliby przestać być pasożytami na podatnikach (oni zresztą tak tego w ten sposób nie postrzegają) i zacząć pracować z pożytkiem dla społeczeństwa w sektorze prywatnym. Wynika to chyba z wiary w unijną propagandę i z całkowitego oderwania od rzeczywistości. Ciężko im zrozumieć przeciętnego Belga, który w efekcie kryzysu ledwo wiąże koniec z końcem, nie wspominając o rosnącym bezrobociu w całej Unii.

Unijni urzędnicy uważają też, że UE jest wspaniała i wyjątkowa, a kryzys w Unii to wina wyłącznie USA. Dziwne, że znacznie bliżej powiązane gospodarczo z USA kraje Ameryki Łacińskiej przeżywają boom gospodarczy. To one, a nie Unia Europejska mają umowy wolnohandlowe z USA. No ale takie argumenty już nie mieszczą się w głowie unijnego urzędnika i nie mając kontrargumentu, woli w rozmowie zmienić temat. Eurourzędnikom w głowie nie mieści się to, że Wspólną Politykę Rolną czy Wspólną Politykę Rybołówstwa można porównać do sowieckiego systemu centralnego planowania. Przecież ich wspaniała Unia Europejska pod przywództwem megamądrych liderów kieruje nas na drodze do świetlanej przyszłości i jedynym mankamentem jest zbyt wolny proces coraz głębszej integracji. Jak już tylko wszystkie kraje członkowskie zintegrują się całkowicie, to wszystkie problemy i kryzysy skończą się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wydaje się niewiarygodne, iż inteligentni ludzie w to wszystko wierzą, jakby mieli klapki na oczach.

 

Lepiej się nudzić

 

Oczywiście praca unijnego biurokraty nie jest bardziej skomplikowana niż przeciętnego urzędnika w krajach członkowskich. Swego czasu w związku z redukcją wydatków i oszczędnościami urzędnikom jednej z dyrekcji generalnych zredukowano delegacje do krajów byłego ZSRR… które były istotą ich pracy. W rezultacie nie mieli co robić i przychodzili do pracy… by nudzić się nad biurkami i papierami. Zresztą tak wygląda praca w wielu także polskich urzędach. Kilka lat temu pisałem na tych łamach: „Urzędnicy z powodu przerostu zatrudnienia i braku wystarczających zajęć, a także odpowiedniego wykształcenia (pracę otrzymali po znajomości), wszystko robią niezwykle ślamazarnie. Dwa tygodnie załatwiają sprawy, które w prywatnej firmie zajmują godzinę pracy. Nikomu nie zależy na zakończeniu sprawy w sensownym terminie, nikt się nie spieszy. Kawka, herbatka, śniadanko, papierosek, gazetka, Internet, pogaduchy, plotki, niekończące się zebrania i nikomu niepotrzebne szkolenia, będące sztuką dla sztuki. Ogólna atmosfera luzu, rozprężenia i czekania na godzinę 15.00, aby iść już do domu. I jak tu mówić o efektywności, gospodarności czy sprawności działania?”.

„W polskich realiach większość administracji państwowej i samorządowej to urzędy pracy pozorowanej, nastawione głównie na obsługę innych urzędów, a nie mieszkańców” – napisał Stanisław Sumera, czytelnik w liście do tygodnika „Uważam Rze”. „Jeśli przychodzi się do urzędu, to jedyne, o czym myśli biurokrata za biurkiem, to aby za petentem jak najszybciej zamknęły się drzwi, by on miał za tym swoim biurkiem święty spokój i czas na własne sprawy” – pisze były naczelnik wydziału w jednym z urzędów w Warszawie. „Jak przychodziłem do ‘pracy’ punktualnie, podpisywałem się na liście obecności i wychodziłem po 8 godzinach, a przez ten czas siedziałem bezproduktywnie, byłem dobrze oceniany i nikt się mnie nie czepiał, nawet otrzymywałem nagrody. Jak tylko coś zrobiłem, podjąłem jakąś decyzję albo zawarłem umowę (co było celem wydziału, którym kierowałem), miałem od razu kilka kontroli z różnych innych urzędów, z których każda sprawdzała wyłącznie stronę formalną” – opowiada w liście Sumera. „Osobom kontrolującym nie chodziło zupełnie o to, czy przedmiotowa decyzja ma sens ekonomiczny, społeczny czy jakikolwiek inny, ale czy przy jej wydawaniu nie zostały naruszone jakieś przepisy. A ponieważ przepisów było mnóstwo, niektóre były wzajemnie sprzeczne i nikt ich w pełni nie znał, dochodziło do sytuacji absurdalnych, nierzadko w swym absurdzie wręcz komicznych. Po roku życia w coraz bardziej schizofrenicznej rzeczywistości miałem dość i się zwolniłem” – dodaje.

Podobnie opowiadają inni biurokraci. – Kiedy zaczęłam pracować w urzędzie, chciałam jak najszybciej załatwiać sprawy petentów, za co zostałam zrugana przez mojego przełożonego, który stwierdził, że nie należy od razu załatwiać spraw, bo wtedy inni zauważą nie mamy nic na biurku do roboty – mówi anonimowo „Najwyższemu Czasowi!” urzędniczka jednego w urzędów w województwie śląskim. – Przełożony stwierdził, że szybkie realizowanie spraw może nawet doprowadzić do zwolnień, bo okaże się, że skoro tak szybko załatwia się sprawy, to niektórzy urzędnicy nie są potrzebni – dodała. Młodej urzędniczce pozostało dalsze nudzenie się w pracy nad stertą niezałatwionych spraw. – Czasem bywa, że jak pokażesz, iż dobrze wykonujesz swoje obowiązki, że masz pomysły, to jest to przeciwko tobie. Do emerytury czeka monotonia, nic mnie już tam na plus nie czeka, nic nie można zmienić na lepsze, nawet jak się ma jakieś dobre pomysły – mówi anonimowo „Najwyższemu Czasowi!” pracownik administracji państwowej z Bielska-Białej. – Wiele można by zmienić, jeśli chodzi o administrację jako całość – absurdalne prawa, papiery, cały system nagradzania, nadawania stopni pracownikom. Myślę, że panuje tu bardzo duża niesprawiedliwość, gdzie często liczą się znajomości, układy i osoba, która przykłada się do swoich obowiązków, pracuje sumiennie nie jest zauważana, gdyż niejednokrotnie wygrywa ta jednostka, która umie kombinować. To uczy i pokazuje, że nie ma co się wybijać ponad swoje obowiązki i pokazywać, że wiele się umie, ma się możliwości, bo jest to zgubne. Zazdrość a czasem nawet zawiść to norma – dodaje.

 

Bandyta po znajomości

 

Urzędnicy nie tylko słono podatników kosztują, ale także szkodzą na różnych polach np. poprzez regulacje, jak normy, licencje i zezwolenia utrudniające prowadzenie działalności gospodarczej. Biurokraci ze skarbówki, na swój sposób interpretując przepisy, zniszczyli niejedną uczciwą firmę, która już po bankructwie wygrywała odszkodowawcze procesy sądowe ze skarbem państwa. Jak poinformował portal sadeczanin.info, urzędy we wsi Świniarsko (woj. małopolskie), nie mogąc się dogadać, zablokowały inwestycję wartą milion złotych. Urzędy nie wiedziały, kto ma wypisać papierek potrzebny prywatnej elektrowni wodnej. – Zainwestowałem w modernizację tej elektrowni ponad 900 tys. zł, ale nie mogę podłączyć tych urządzeń, bo urzędnicy nie wiedzą, kto powinien wydać mi na to pozwolenie – opowiada Marcin Bochenek, prezes Eko-Energia Małopolska. Władysław Frost, prezes firmy budowlanej Sanui, od 15 lat zmaga się z warszawskimi urzędnikami, by pozwolili mu dokończyć budowę… do której sami go zobligowali. Belgijska organizacja samozatrudnionych Unizo alarmuje, że właściciele małych firm oraz samozatrudnieni zamiast na szukaniu klientów czy produkcji aż 25 procent czasu spędzają na formalnościach administracyjnych. Z raportu American Action Forum wynika, że amerykańscy urzędnicy spędzają na dokumentowaniu licznych wymogów regulacyjnych 10,3 miliarda godzin rocznie i zmniejszenie liczby pracowników rządowych oraz ograniczenie godzin ich pracy przy „robocie papierkowej” mogłoby przynieść podatnikom oszczędności rzędu 3,1 mld USD rocznie.

Urzędnicy ograniczają też wolność, choćby zakazując handlu ulicznego, występu ulicznych grajków, wycinki drzewa na swojej działce bez zezwolenia, sprzedaży oscypków bez specjalnych certyfikatów czy bezprawnie zabierając dzieci ich rodzinom. – Przyjdzie więc do domu bandyta, który został urzędnikiem, bo pewnie miał kogoś znajomego w urzędzie (bo tak się najczęściej zostaje urzędnikiem) i odbierze ludziom dziecko, które jest wychowywane niezgodnie z jego wizją. Znaleźć jakiegoś sędziego, który będzie miał podobną wizję, nie będzie mu trudno – powiedział prof. Robert Gwiazdowski z CAS.

Na dodatek urzędnicy nie odpowiadają za swoje szkodliwe działania, są bezkarni. „W przypadku urzędników za ich błędy odpowiada Skarb Państwa, a więc wszyscy podatnicy. Jest to według mnie skandal. Dopcha się taki urzędas do stanowiska, najczęściej rekomendowany przez znajomości, nie kompetencje. Narobi bałaganu i kompletnie niczym nie odpowiada. Jakby odpowiadał swoim majątkiem, dziesięć razy by się zastanowił, nim podjąłby decyzję. Jak niczym się nie odpowiada, to mamy to co mamy” – napisał jurekbywalec1 w komentarzu na portalu korwin-mikke.pl. Z kolei politycy nawet nie starają się monitorować skutków swoich szkodliwych działań. – Podczas tej kadencji mieliśmy ze strony Komisji [Europejskiej] potop przepisów dotyczących usług finansowych: począwszy od (…) ustanowienia europejskich organów nadzoru, poprzez liczne instrumentu bankowe i rynkowe, ochronę deponentów i inwestorów, po nadal oczekiwany Jednolity Mechanizm Restrukturyzacji. W sumie jest to ponad 40 inicjatyw, które są ukończone, w toku lub spodziewane wkrótce. ECON [Komitet Europarlamentu ds. Ekonomicznych i Monetarnych] od dawna domagała się oceny skutków oddziaływania na prawodawstwo finansowe i aczkolwiek w znacznej części jest ona już ukończona, przypominam Komisji o jej zobowiązaniu wykonania analizy kosztów i korzyści dotyczącej proporcjonalności i skuteczności przepisów przyjętych od początku kryzysu finansowego – powiedziała Sharon Bowles, europarlamentarzystka z brytyjskiej Partii Liberalnych Demokratów.

W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że ludzie mają coraz mniejsze zaufanie do Unii Europejskiej. Najnowsze badania opinii publicznej mówią, że aż 60 procent respondentów nie ufa UE. Brak zaufania to nie wszystko. Postawy stają się coraz radykalniejsze. Tylko od stycznia do maja 2013 roku norweska policja odnotowała 598 poważnych gróźb stosowanych przez petentów wobec państwowych urzędników. Niektórzy z nich grożą biurokratom śmiercią. 26-letni Norweg śmiertelnie ranił nożem 30-letnią urzędniczkę pracującą w urzędzie zajmującym się przyznawaniem zasiłków socjalnych. Z kolei Rockne Newell z Saylorsburga w amerykańskim stanie Pensylwania ostrzelał budynek miejski, w którym prowadzono obrady, bo nie podobały mu się wymysły biurokratów, którzy domagali się od niego remontu, twierdząc, że jego dom i posesja stanowią zagrożenie dla okolicznych mieszkańców. W strzelaninie zginęły trzy osoby, a kilka zostało rannych.

Pracę w administracji państwowej wiele osób postrzega jako dobrze płatną, taką, z której ciężko zwolnić i w której niewiele się robi. W efekcie dla wielu taka praca jest szczytem marzeń. Jak informuje Bankier.pl, w Polsce w sektorze publicznym pracuje ponad 2,5 mln ludzi, a łączna suma ich wynagrodzeń stanowi około 10 procent PKB całego kraju. W 2012 roku tylko na trzynaste pensje dla urzędników wydano 5 mld zł, aż 1,5 mld zł więcej niż w 2011 roku. Z kolei portal Interia donosi, że Polska ma najliczniejszą armię rządowych urzędników w całej Unii. W rządzie Donalda Tuska pracuje 18 szefów resortów, 91 wiceministrów i 8 sekretarzy stanu w Kancelarii Premiera, podczas gdy w 82-milionowych Niemczech jest dwukrotnie mniej ministrów niż w Polsce. Co gorsza, szefowie instytucji państwowych nie chcą słyszeć o zwolnieniach urzędników i cięciach ich pensji. Mimo wcześniejszych zapowiedzi centrala NFZ zamierza przeznaczyć 6,5 mln zł na utworzenie nowych etatów. Mimo kryzysu tylko w 2012 roku pensje pracowników ZUS wzrosły średnio o 144 zł miesięcznie, a na nagrody dla urzędników służby cywilnej wydano więcej niż zezwala ustawa.

Wydaje się, że urzędnicy nie mają godności, bo ich praca nie ma sensu, a jest nawet szkodliwa. Nie mogą się realizować – chyba że ktoś realizuje się niszczeniem, przeszkadzaniem i szkodzeniem innym. Są to ludzie bez ambicji, puści intelektualnie, którzy pracują, by dostać za to pewną pensję, a na starość emeryturę, tak jakby celem pracy i życia było dotrwanie do zapewnianej przez państwo emerytury.

 Tomasz Cukiernik 

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 37-38 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2013 r.

M.G. 

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Urzędnik twoim panem”

  1. Panie Cukiernik – z tego co pamiętam, to pracuje Pan przy rozdziale środków z UE (taką informację sam Pan pod innym artykułem zamieścił). Jest pan takim samym dla mnie odrażającym biurokratą jak każdy inny, bo wykonuje Pan pracę, za którą sam bym dobrowolnie złamanego grosza nie zapłacił. Dzieli Pan pieniądze zrabowane innym obywatelom pod byle pretekstem, pasie się pan na pracy uczciwych przedsiębiorców i marudzi. Z artykułu wynika, że za to dostaje Pan za mało, bo koledzy w eurokołchozie mają lepiej. Coś obrzydliwego po prostu

  2. Bardzo sobie cenię komentarze Autora ale tym razem ominięta została istota sprawy. To nie urzędnicy stanowią prawo. Od tego mamy (p)osłów. Skoro nasz Sejm wydala dziennie bez mała 100 stron ustaw dziennie to ktoś musi te ustawy wprowadzać w życie. To Sejm i partie polityczne tworzą system prawny, to one doprowadziły do tego, że jest tyle wygodnych posad nieobciążonych ryzykiem i kłopotami prywatnej działalności. Pretensje do urzędników, że zostali urzędnikami? Tacy wszyscy mądrzy i ideowi? Ludzie idą do pracy żeby utrzymać rodzinę a nie realizować jakąś, za przeproszeniem, wizję. Jeżeli ktoś ma wybór męczyć się i ryzykować za grosze albo żyć spokojnie za pieniądze to co wybierze? Nie wymagajmy bohaterstwa od ludzi. Rzeczą polityków i Sejmu jest stanowić takie prawo aby ludziom opłacało się pracować z pożytkiem dla wszystkich. Trzeba leczyć chorobę a nie tylko jej objawy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *