Czego nas uczy sprawa ks. Charamsy?

Sprawa księdza Charamsy bulwersuje nas wszystkich. I słusznie, jest bowiem bezpardonowym atakiem lobby gejowskiego, przeprowadzonym w samym sercu Kościoła. Wstyd zresztą tym większy, że człowiek, który ważył się go dokonać, jest Polakiem.

Niestety w natłoku informacji umyka chyba pewien istotny aspekt całej sytuacji. Należy bowiem zadać pytanie nie tylko o to, ilu jest homoseksualistów wśród księży oraz jakie wpływy posiadają, lecz także – dlaczego rozkład struktur kościelnych postąpił aż tak daleko.

Ksiądz Charamsa jest dobrym przykładem tego, o czym mowa: jeżeli bowiem kapłan stawia grzech ponad Bogiem, to nasuwa mi się wniosek, że współczesna formacja kapłańska nie spełniła swojej roli.

Przede wszystkim kleryków nie uczy się już w duchu normalnej religijnej dyscypliny i w łączności z Tradycją, nakazującą utrzymywanie ciągłości i niezmienności nauczania Kościoła. To, co istotne, zostało postanowione na Soborze Watykańskim II – to jest dzisiaj jedyne żywe i ważne nauczanie. Zresztą ważniejszy od litery nauczania jest jego duch. Ów mityczny, wszystko porządkujący Duch Soboru. To co przed Soborem – to historia, pełna, jak każda inna historia, lepszych i gorszych momentów. Za niektóre trzeba przeprosić – jak np. za krucjaty i inne sytuacje, kiedy to Kościół ośmielił się dążyć do potęgi nie wykazując należytej tolerancji wobec innych wyznań. Ta cała historia to trochę jak łacina: warto ją znać, ale nie trzeba się nią przejmować – jest wszak językiem martwym. Tak też w umyśle przeciętnego kleryka rysuje się Magisterium sprzed Vaticanum II. To tylko martwa rzeczywistość historyczna, wszak to, co ma znaczenie, postanowiono na ostatnim soborze.

Człowiek chcący dostąpić święceń duchownych dowiaduje się dziś, że centrum zainteresowania Kościoła jest człowiek, a nie Bóg. To szczęście i dobro człowieka stanowi najważniejszy punkt refleksji filozoficznej i teologicznej. Do tego wszechogarniające miłosierdzie, dialog i przebaczanie…

Ma rację arcybiskup Lefebvre, kiedy pisał, że oto stworzono „nowy kościół”, wyposażony w „swoje własne, nowe dogmaty, swoje nowe kapłaństwo, swe nowe instytucje, swój nowy kult”.

Czy można się potem dziwić, że kleryk traktujący rdzeń katolicyzmu jak rzeczywistość wyłącznie historyczną, a otoczony zewsząd próbami dostosowania się Kościoła do liberalnego lub socjalistycznego modelu społeczeństwa, w takim społeczeństwie wychowany, otumaniony nakazem tolerancji każdego światopoglądu i religii, wreszcie – rozumiejący rozwój Kościoła jako nieustannie pogłębiane aggiornamento, dochodzi wreszcie do punktu, w którym zaczyna buntować się przeciwko hierarchii i doktrynie? W jego oczach to tylko kolejne przeżytki, blokujące dalsze otwarcie… A właściwie to czemu ksiądz nie ma mieć żony lub męża?

Jeżeli ostatnie dziesięciolecia formacji kapłańskiej przenikał taki właśnie duch, to obecna sytuacja nie może dziwić. Tysiące młodych księży opuszczało seminaria z głowami obarczonymi takim, a nie innym rozumieniem wiary i Kościoła. Głosili potem to samo wiernym, zajmowali urzędy w administracji kościelnej i obejmowali stanowiska profesorskie. I pogłębiali to, czego ich nauczono. Brnęli w to dalej, dodatkowo zachęcani przykładem nowoczesnych biskupów pokroju ober-papieża Marxa.

Ksiądz Charamsa jest efektem procesu trwającego kilkadziesiąt lat.

Oburzenie jego postępowaniem jest słuszne, ale nie do końca trafne. Jeszcze bardziej należy oburzyć się formacją kleryków: odejściem od Tradycji, wychowywaniem do służby społecznej zamiast do świętości, brakiem dyscypliny wiary, liberalnym rozmyciem doktryny, wreszcie – brakiem świadomości tego, czym jest katolickie kapłaństwo. Jeżeli bowiem kapłan z 20-letnim stażem przedkłada własny grzech nad Boga, najwyraźniej nie rozumie tego, co otrzymał.

Albo opisany wyżej proces odwrócimy poprzez powrót do bardziej ugruntowanego doboru kandydatów do kapłaństwa i starannej ich formacji, albo będziemy skazani na łaskę masońskiego liberalizmu i kolejnych herezji, pustoszących winnicę pańską. Wierzmy jednak, że takowych w końcu otrzymamy, gdyż Chrystus zapowiedział, że bramy piekielne nas nie przemogą, a ks. Charamsa i jemu podobni staną się kiedyś tym, czym być powinni: pouczającym przykładem, martwą rzeczywistością historyczną, obmierzłym, ledwo widocznym pyłem w ogromnym skarbcu dziejów Żyjącego Kościoła.

Mariusz Matuszewski

Matuszewski: Czego nas uczy sprawa ks. Charamsy?

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Czego nas uczy sprawa ks. Charamsy?”

  1. “…Ma rację arcybiskup Lefebvre, kiedy pisał, że oto stworzono ‘nowy kościół’, wyposażony w “swoje własne, nowe dogmaty, swoje nowe kapłaństwo, swe nowe instytucje, swój nowy kult”. …” – nie “kościół”, a sekte. Posoborową sektę pedalską, a raczej, żydo-pedało-masońską. Ta sekta jak rak (“Nowotwór Watykanu”), przenika coraz bardziej cierpiące, krwawiące i rozszarpywane Ciało Oblubienicy Chrystusa.

  2. Przykro mi to stwierdzić, ale odnoszę wrażenie, że wypowiedzi (niektórych) tradycjonalistów na temat Kościoła są doskonale przewidywalne. Czego nas uczy sprawa ks. Charamsy? Ano tego, że formacja kleryków niedostateczna, a to z powodu odejścia od Tradycji. A dokładniej? Że w centrum stawia się człowieka a nie Boga i że aggiornamento prowadzi faktycznie do rozmywania doktryny. To spytajmy, czego nas uczy, dajmy na to, sprawa wycieku dokumentów z Kurii Rzymskiej? Ależ oczywiście: rozluźnienie dyscypliny, a to z powodu odejścia od Tradycji. Tak można ze wszystkim. Cokolwiek by się więc w Kościele zdarzyło, nie uczy nas niczego, poza tym, co już wiemy: że odejście od Tradycji, bo Sobór Watykański II. Na takiej zasadzie można tłumaczyć wzrost przestępczości na danym terenie odwołaniem się do grzechu pierworodnego i wynikającym z niego skażeniem natury ludzkiej – wyjaśnienie prawdziwe, tylko mało mówiące.

  3. @Stary Oligarcha: Argument o antropocentryzmie sam Pan przytoczył, więc nie ma go co powtarzać. Można jeszcze mówić o zaniku dyscypliny i upadku autorytetu papiestwa, ale to bywało i wcześniej. To są w zasadzie sprawy w warstwie przyrodzonej. Zasadniczy, moim zdaniem, problem, rozgrywa się w warstwie nadprzyrodzonej, w sferze ochrony przed Złem. Mamy tu mianowicie MOŻLIWOŚĆ lub wręcz ŁATWOŚĆ nieważnego sprawowania Sakramentów, bo procedury są takie, że, w zasadzie, można poprawnie, ale można i niepoprawnie, a tak jest prościej i szybciej. Skutek jest taki, że nieważne/niegodne Sakramenty przestają działać jako “duchowa bariera immunologiczna” w skali masowej, i Diabłu jest jakby łatwiej. I to bym uznał za główny (posoborowy) rozsadnik zła: poczynając od zmiany rytu sakry biskupiej, poprzez ryt święceń kapłańskich, do rytów Sakramentów, w szczególności – usunięcia egzorcyzmów z Chrztu, aż do Mszy Świętej. Brutalnie mówiąc: należałoby zapytać: czy nie jest tak, że wielu biskupów jest nieważnie/niegodnie wyświeconych, podobnie kapłanów, a wtedy: co ze sprawowanymi przez nich Sakramentami, i co z wiernymi? No i katolickie kiedyś obszary – dziczeją, i nie dziwota, bo “mechanizmy transferu Bożej Łaski” zostały osłabione/przekłamane/wyłączone.

  4. @ Piotr Kozaczewski. Nie wierzę w masowe nieważne sprawowanie sakramentów. Nie wierzę też, że ostatnie zmiany w liturgii powodują, że sakramenty sprawowane są nieważnie. Bo to by znaczyło, że bramy piekielne – wbrew obietnicy – przemogły Kościół. Ale możliwe, że lekceważenie sakramentów powoduje, że nie odnoszą one odpowiedniego skutku w przyjmującym.

  5. @Stary Oligarcha: Co do lekceważenia: pełna zgoda. W Szwajcarii, ok. 20 lat temu, bylem zdziwiony, że praktycznie cały kościół przystępował do Komunii. W kościele nie było konfesjonału. W Wielkim Tygodniu w gablotce przed kościołem ukazało się ogłoszenie o spowiedzi wielkopostnej: w kościele odległym o parę kilometrów, przez, bodajże 1.5 lub 2 godziny. Natomiast co do “przemożenia przez bramy piekielne”, miałem kiedyś podobny dylemat. “Przemóc” – co to oznacza? Ano, pokonać w walce, PRZEMOCĄ. A “zainspirować do dobrowolnej kapitulacji”? Może Pana Jezusowa obietnica powinna być rozumiana tak: “bądźcie dzielni, walczcie, w walce was nie pokonają, no chyba że sami oddacie pole”? Bo komplet z tą obietnicą stanowi, jakże złowrogie, pytanie: “Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę, gdy przyjdzie?”. “Nie przemogą was” może też oznaczać: “jako instytucja będziecie trwać aż do paruzji”, no, ale czy Pan Jezus znajdzie w tej instytucji wiarę? I jeszcze jedno: “stary Kościół” trwa, działa, i stanowi, być może, milczącą większość np. wiejskich parafii, i nie został “przemożony”, natomiast “nowy pseudo-Kościół” jest hałaśliwy, medialny, i narzuca, lub próbuje narzucać, swoje miazmaty.

  6. @Stary Oligarcha: Co do lekceważenia: pełna zgoda. W Szwajcarii, ok. 20 lat temu, bylem zdziwiony, że praktycznie cały kościół przystępował do Komunii. W kościele nie było konfesjonału. W Wielkim Tygodniu w gablotce przed kościołem ukazało się ogłoszenie o spowiedzi wielkopostnej: w kościele odległym o parę kilometrów, przez, bodajże 1.5 lub 2 godziny. Natomiast co do “przemożenia przez bramy piekielne”, miałem kiedyś podobny dylemat. “Przemóc” – co to oznacza? Ano, pokonać w walce, PRZEMOCĄ. A “zainspirować do dobrowolnej kapitulacji”? Może Pana Jezusowa obietnica powinna być rozumiana tak: “bądźcie dzielni, walczcie, w walce was nie pokonają, no chyba że sami oddacie pole”? Bo komplet z tą obietnicą stanowi, jakże złowrogie, pytanie: “Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę, gdy przyjdzie?”. “Nie przemogą was” może też oznaczać: “jako instytucja będziecie trwać aż do paruzji”, no, ale czy Pan Jezus znajdzie w tej instytucji wiarę? I jeszcze jedno: “stary Kościół” trwa, działa, i stanowi, być może, milczącą większość np. wiejskich parafii, i nie został “przemożony”, natomiast “nowy pseudo-Kościół” jest hałaśliwy, medialny, i narzuca, lub próbuje narzucać, swoje miazmaty. Jak napisałem, “nowy pseudo-Kościół” jak rak przenika tkankę “starego Kościoła”. Najgorsze zaś jest to, że członkostwo w obu tych Kościołach nie wyklucza się wzajemnie, i, co gorsza, podwójna przynależność może być nie w pełni uświadomiona.

  7. @ Piotr Kozaczewski. “Nie przemogą” oznacza, że Kościół jako całość przechowa cały depozyt wiary i pełnię środków zbawczych. “Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę” może oznaczać zapowiedź powszechnego odstępstwa na końcu czasów i stanowi przypomnienie, że wiara jest “skarbem w naczyniach glinianych” i trzeba jej pilnować, bo można ją utracić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *