Czy Dmowski „szedłby” dziś do Parlamentu Europejskiego?

Karuzela wyborcza nabierać będzie pędu aż do dnia, kiedy ignoranci wyposażeni w karteczkę i ołówek kolejny już raz podstawią koryta pod nienasycone gęby pospolitych szubrawców. Na tę chwilę ulice polskich miast nie są jednak bezpieczne: na zwykłych zjadaczy chleba co rusz czyhają naganiacze żądni zdobycia kolejnych trofeów na listach poparcia, a co więksi pechowcy stają oko w oko z wdzięczącymi się do nich celebryckimi kreaturami (piszący te słowa sam miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z niejaką gender-Kazimierą, które to o mało co nie rozpoczęło trzeciej wojny światowej).

Śród tego zezwierzęciałego stada kunktatorsko śliniącego się do wyborców jest nieliczna grupa wystrojona w „moje barwy” i przemawiająca „moim językiem”. Parafrazując ewangelicznego ducha – z zachowaniem odpowiednich proporcji – mogę rzec: znam tę grupę i ona mnie zna. I choć jestem ostatnim, który chciałby jej nogę podłożyć w tym szaleńczym pędzie, czuję wewnętrzną powinność podjęcia z nią dialogu w kwestii dość zasadniczej.

Rozpytywana na zasadność swojego startu w eurowyborach grupa ta jednym tchem argumentuje: „tak zrobiłby Dmowski, wszak był w Dumie”. To odwołanie się do autorytetu Pana Romana ma być kartą bijącą wszelkie wątpliwości. Czy rzeczywiście nią jest? Z pewnością istnieje jedno podobieństwo między rosyjską Dumą Państwową z początku XX wieku i dzisiejszym Parlamentem Europejskim: zerowe w gruncie rzeczy kompetencje obu tych zgromadzeń. Dmowski poszedł do Dumy, bo tam tworzył się klimat polityczny zmieniający oblicze zaborcy, z którym podjął grę o zjednoczenie państwa polskiego. Dziś w murach brukselskiego europarlamentu Dmowski mógłby spotkać jedynie nic nie znaczących hochsztaplerów udających polityków. Zresztą miałby taką możliwość wyłącznie wówczas, gdyby pojechał tam jako turysta: dzisiejsze „demokratyczne” uwarunkowania medialne i ordynacyjne pozbawiłyby go jakichkolwiek szans na zdobycie mandatu europosła (w Dumie znalazł się tylko dzięki ordynacji „półdemokratycznej”)!

Nie sądzę, by Dmowski zechciał trwonić siły w wyścigu, który musiałby przegrać. Był realistą i zdawał sobie sprawę z konsekwencji politycznych porażek, tych ludzkich i tych propagandowych. Każdy, kto choć raz zaangażował się w nieudaną kampanię wyborczą, wie, o czym mówię. Czy dla próby zaspokojenia ambicji paru podstarzałych jegomościów warto trwonić kruchy młodzieńczy entuzjazm? Dmowski szybko przegnałby ich tam, gdzie pieprz rośnie, a potem ogłosił bojkot wyborów. Wszak od Wschodu znów wieje tak, jak w czasach zaczynu jego wielkiej rozgrywki.

Krzysztof Zagozda

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Czy Dmowski „szedłby” dziś do Parlamentu Europejskiego?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *