Czy katolik może być germanofilem albo germanofobem?

Linki do komentowanego tekstu:
https://www.konserwatyzm.pl/artykul/3130/germanofil-znaczy-czlowiek-przyjazny-niemcom-cz-i
https://www.konserwatyzm.pl/artykul/3129/germanofil-znaczy-czlowiek-przyjazny-niemcom-cz-ii

Pytanie postawione w tytule tekstu może jest i małą prowokacją, ale prowokacją, która ma na celu skierowanie uwagi Czytelnika na problem, któremu chciałabym przyjrzeć się bliżej.

Zacznijmy od stwierdzenia, że komentowany przeze mnie esej prof. Piskozuba jest orędziem na rzecz germanofilii. Autor rozprawia się w nim z polskim nacjonalizmem, który jego zdaniem jest źródłem głęboko tkwiącej w Polakach germanofobii. Krytyka polskiego nacjonalizmu dokonywana jest przy tym z pewnej konkretnej pozycji, która zasługuje na szczególną uwagę. Pozycja ta moim zdaniem nie jest zgodna ze stanowiskiem reprezentowanym przez filozofię katolicką. W swoim tekście chciałabym przedstawić rekonstrukcję stanowiska reprezentowanego przez prof. Piskozuba, jak również podjąć się jego krytycznej oceny.

Swój wywód prof. Piskozub zaczyna od postawienia polskiemu społeczeństwu zarzutu niekonsekwencji. Jego zdaniem, „W społeczeństwie tym, jeśli ktoś siebie przedstawia jako frankofila, anglofila, czy też jakiegokolwiek innego “fila”, w odniesieniu do partnerskich narodów, z jakimi jesteśmy związani unijną wspólnotą europejską, to deklaracja taka traktowana jest ze zrozumieniem, a co najwyżej z uśmiechem pobłażania dla podobnego hobby. Z jednym wszelako znamiennym wyjątkiem: jeśli ktoś ma odwagę powiedzieć o sobie “Jestem germanofilem”, automatycznie ryzykuje narażenie się na ostracyzm towarzyski, jako parszywa owca, skazana na pogardę ze strony “Prawdziwych Polaków””.Według autora, „niekonsekwencja” ta nie jest podyktowana żadnymi racjonalnymi pobudkami. Jego zdaniem, chodzi tutaj o „patologię społeczną“, która jest niczym innym jak „antyniemiecką fobią“. Choroba ta „wybuchła i przerosła w groźną epidemię dopiero u schyłku XIX wieku, kiedy dotarł tu nowotwór nacjonalizmu, zrodzony wiek wcześniej w rewolucyjnej Francji i od tamtego czasu, na podobieństwo komórek rakowych, rozlewający się coraz to dalej ku wschodowi Europy. To właśnie ów nowotwór zrodził plemię “Prawdziwych Polaków” ze wszystkimi jego zwyrodnieniami“. W dalszej części autor opisuje, na czym polega ów nowotwór. Wiele uwag zawartych w tym opisie wydaje się słusznych, ale nie główna teza, która ma właśnie zostać udowodniona. Autor bowiem konsekwentnie pomija milczeniem fakt istnienia niemieckiego nacjonalizmu, jak również związku między nacjonalizmem polskim i niemieckim. Co więcej, przemilcza także „praktyczne zastosowanie” niemieckiego nacjonalizmu i jego wpływ na stosunek społeczeństwa polskiego do Niemców. Z argumentacji przedstawionej przez prof. Piskozuba wynika bowiem, że „choroba“ ta spadła na Polaków ot tak bez żadnych związków przyczynowych z zachowaniem Niemców i do dzisiaj się rozwija, nadal beż żadnego współdziałania ze strony jej ofiar. W końcu, jego zdaniem, chodzi tu o „patologię społeczną“, a nie żadną racjonalną reakcję na zachowanie drugiej strony.

Warto więc przyjrzeć się temu, czy – i jeśli tak, to w jaki sposób – sami Niemcy przyczynili się do powstania i rozwoju polskiego nacjonalizmu. Autor ma rację, twierdząc, że granica między Polską a Niemcami przez wiele wieków należała do najbardziej pokojowych w Europie. Między innymi świadczy o tym fakt, że na polskich królów wybierani byli Sasi, którzy w końcu byli Niemcami. Warto wiedzieć, że wielu niemieckich książąt uczyło się języka polskiego, gdyż przyjęcie korony polskiej było dla nich szansą na zrobienie politycznej kariery. Tradycja ta została przerwana przez ojca Fryderyka Wielkiego. Fryderyk Wielki zatem także już nie władał językiem polskim, i co więcej, o Polsce wiedział wyjątkowo mało. Mało tego, reprezentował wyjątkowo pogardliwy stosunek do Polaków, w końcu – jego zdaniem – znajdowaliśmy się na takim poziomie rozwoju, na jakim znajdowała się ludzkość w momencie stworzenia świata. Jedną z przyczyn takiego poglądu mogło być to, że nasiąknął oświeceniową ideologią i siebie samego uważał za najbardziej oświeconego władcę ówczesnego świata. Fryderyk Wielki nie ukrywał, że jest zainteresowany poszerzaniem sfery swojego wpływu, czego najlepszym przykładem była sprawa włączenia Śląska do Prus. Ofiarą pruskiego ekspansjonizmu padła w końcu także i Polska. I tak, stosunkowo przyjazne stosunki między Polakami i Niemcami zostały poważnie zakłócone, jednak nie przez Polaków, a przez Prusy. Tradycja ekspansjonizmu oraz pogardliwego stosunku do Polaków została podtrzymana przez kolejnych pruskich władców, którzy stylizowali się na obrońców cywilizacji przed polskim barbarzyństwem. Takie w końcu też było oficjalne uzasadnienie rozbiorów: rzekomo chodziło o obronę europejskiego porządku przed polską anarchią.

Rozbiory jednak nie wywołały w Polakach antyniemieckich nastrojów, tylko wyłącznie antypruskie. Rozróżniano wtedy „prawdziwych“ Niemców i Prusaków. Tych drugich uważano za zagrożenie nie tylko dla Polaków, ale także i „prawdziwych“ Niemców. Co więcej, między rewolucyjnymi kręgami w Polsce i Niemczech zostały nawiązane bliskie relacje. Niemieccy rewolucjoniści sympatyzowali z polskimi powstańcami biorącymi udział w powstaniu listopadowym, polscy natomiast wspierali niemiecką rewolucję w 1848 r. Podczas wydarzeń 1848 roku drogi polskich i niemieckich rewolucjonistów jednak się rozeszły. W czasie obrad ogólnoniemieckiego Parlamentu, który został zwołany we Frankfurcie, doszło bowiem do konfliktu interesów. Niemieccy rewolucjoniści postulowali zjednoczenie Niemiec i stworzenie silnego niemieckiego państwa narodowego. Wielu z nich wspierało koncepcję tzw. Wielkich Niemiec, które obejmować miały także tereny zagrabione Polsce przez Prusy. Dla Polaków taka koncepcja oczywiście była nie do przyjęcia. I w ten oto sposób, wyobrażenie „dobrych“ Niemców, z którymi Polaków miała łączyć wspólnota interesów, zderzyło się z rodzącym się niemieckim nacjonalizmem.

Prof. Piskozub cytuje w swoim tekście Franciszka Henryka Duchińskiego, który „demaskował brednie panslawistów o odwiecznej wrogości i walce między Słowianami a Germanami: “Tu okazujemy, że taka nienawiść narodu naszego ku Niemcom, jaka się okazała od roku 1848, jest rzeczą nową, sztuczną, jest wyrobem panslawistów, Moskali; że, jeżeli biliśmy się z Niemcami na Psim Polu za Bolesława Krzywoustego, to odtąd aż do 1848 roku byliśmy w harmonii z Niemcami, o tyle, o ile dwa sąsiedzkie obce sobie z pochodzenia ludy mogą być w harmonii…““. Twierdzenie o odwiecznej wrogości między Słowianami a Germanami może jest i przejawem ideologii, ale mimo wszystko, czy „nienawiść narodu naszego ku Niemcom, jaka się okazała od roku 1848“ rzeczywiście jest rzeczą wyłącznie sztuczną?

Niemiecka rewolucja została zdławiona przez Prusaków, którzy następnie sami dokonali zjednoczenia Niemiec. Niemiecki nacjonalizm przybierał na sile, coraz częściej odgrzebywano germańskie mity bądź tworzono nowe. Przykładem takiego mitu jest ten o „godzinie narodzin narodu niemieckiego“ w 9 r. n.e., kiedy to rzymskie legiony dowodzone przez Warusa zostały pokonane przez germańskiego dowódcę Hermanna. Na prawdziwego narodowego bohatera został ustylizowany Marcin Luter, który także „wyzwolił“ Germanów spod panowania Rzymu. Co więcej, rozwijano koncepcję wyższości kulturalnej Germanów nad Słowianami. Jej przedstawiciele twierdzili, że Słowianie nie są zdolni do stworzenia jakiejkolwiek kultury i jeśli jakąś mają, to musiała ona zostać wytworzona właśnie przez Germanów. Co niektórzy utrzymywali nawet, że – rzekomo – języki słowiańskie pochodzą od germańskich. W ten sposób próbowano udowodnić, że wszystko, co położone na wschód od Niemiec w gruncie rzeczy należy się Niemcom. Przyglądając się niemieckiemu nacjonalizmowi, trudno dopatrzeć się w nim choć śladów woli tego, by „dwa sąsiedzkie obce sobie z pochodzenia ludy“ mogły „być w harmonii“. Czy wina za narastającą wrogość między obydwoma narodami leży więc wyłącznie po stronie Polaków? Czy powstanie polskiego nacjonalizmu nie było czymś w rodzaju dziejowej konieczności, gdyż naród polski musiał w jakiś sposób przeciwstawić się nacjonalizmowi niemieckiemu, który urósł wręcz do skrajnej postaci? Kwestie te prof. Piskozub w swoim tekście zupełnie pomija.

Z tekstu prof. Piskozuba wyłania się natomiast taki to obraz stosunków polsko-niemieckich: Polaków i Niemców przez wieki łączyła zażyła wręcz przyjaźń. Niemieccy cesarzowie byli dobrymi i mądrymi władcami, którzy otaczali prawdziwą troską mieszkańców całej Europy. Niestety, te wręcz idylliczne stosunki zostały popsute przez bardzo złego Bolesława Chrobrego, który przejawiał imperialistyczne zapędy. Po zejściu Chrobrego z politycznej sceny znowu zapanowała między nami przyjaźń i pokój. I tak było aż do końca XIX wieku, kiedy to w Polsce wybuchła epidemia germanofobii.

Przyglądając się takiemu obrazowi polsko-niemieckich stosunków, muszę stwierdzić, że jest on mi znany. Co ciekawe, jest to obraz charakterystyczny dla niemieckiego nacjonalizmu. I na tym właśnie polega paradoks tekstu prof. Piskozuba: on jest pisany ze stanowiska niemieckiego nacjonalizmu.

Niemiecki nacjonalizm charakteryzuje się tym, że jest swoistą mieszanką idealizmu i Realpolitik. Element idealistyczny przejawia się poprzez charakterystyczną dla tej postawy pogardę dla faktów, jak również wiarę w „wyższe ideały”. Niemiecki nacjonalizm polega, bowiem na tym, że Niemcy sami siebie postrzegają jako wojowników, którzy służą właśnie wyłącznie „wyższym ideałom”. O „wyższe ideały” walczyli niemieccy cesarzowie, Krzyżacy, Marcin Luter, Fryderyk Wielki, Hitler, a w tej chwili czynią to Angela Merkel i Martin Schulz (nowy przewodniczący PE). Jednym słowem: Niemcy NIGDY nic nie robią dla siebie, tylko poświęcają się służbie „wyższym ideałom”. (Najmniejsze skłonności do idealizmu przejawiał Bismarck, co w tym kontekście może nawet budzić pewną sympatię). Element realpolityczny polega natomiast na tym, że służba „wyższym ideałom” de facto służy poszerzaniu sfery wpływu niemieckich wojowników. Jednak ze względu na charakterystyczną dla postawy idealistycznej pogardę dla faktów, ten właśnie fakt notorycznie umyka ich własnej percepcji. Co więcej, jeśli próbuje im się zwrócić na to uwagę, bardzo się denerwują. Temu, kto wysuwa takie niecne oskarżenie pod ich adresem, zarzucana jest rażąca niewdzięczność, jak również brak woli do podporządkowania się wyżej wspomnianym „wyższym ideałom”. Niemieccy wojownicy w końcu nie walczą o ideały dla siebie, tylko dla innych, za co należy być im dozgonnie wdzięcznym.

Duch takiego właśnie niemieckiego idealizmu wydobywa się z tekstu prof. Piskozuba. Czym to się konkretnie przejawia?

Jak to już częściowo zdążyłam przedstawić, prof. Piskozub lubi pomijać fakty, które są niewygodne dla Niemców i które zadają kłam forsowanej przez autora tezie, że polska germanofobia jest wyłącznie wynikiem polskiego irracjonalnego nacjonalizmu. Prof. Piskozub postrzega problem stosunków polsko-niemieckich przez niemieckie okulary. A niemieccy wojownicy rzeczywiście wierzą w to, że jeśli ktoś jest do nich wrogo nastawiony, nie jest to wynikiem powiązań przyczynowo-skutkowych między ich własnym zachowaniem a postawą drugiej osoby, tylko właśnie przejawem germanofobii. Przypomnijmy, myślenie kategoriami związków przyczynowo-skutkowych jest obce postawie idealistycznej. Jeśli więc przedstawiciele innych narodów Niemców nie lubią, wynika to z ich złej woli, oczywiście nie z żadnych racjonalnych przesłanek. A jeśli stosunki między nimi a innymi nie układają się poprawnie, całą winę za to ponoszą inni. W tym konkretnie przypadku: my. Przypomnijmy, do dziś część niemieckiego społeczeństwa przekonana jest, że odpowiedzialność za wybuch II Wojny Światowej ponosimy my, gdyż uprawialiśmy antyniemiecką politykę i Niemcy musiały rozprawić się z polskim szowinizmem. (O tym, że przekonanie to w niemieckim społeczeństwie ciągle jeszcze jest żywe, przekonałam się, czytając listy czytelników publikowane we Frankfurter Allgemeine Zeitung. Ich autorzy domagali się „ujawnienia prawdy o prawdziwych przyczynach wybuchu wojny”).

Tymczasem relacje między Niemcami i Polakami układały się bardzo różnie. W swoim tekście prof. Piskozub, opisując Polskę przedrozbiorową, słusznie wskazuje, że było to państwo wieloetniczne i wielowyznaniowe, w którego poszczególnych regionach, „współżyły zgodnie, ze sobą przemieszane, różne grupy etniczne, w tym także Niemcy, dominujący liczebnie w nadbałtyckich regionach Rzeczypospolitej“. Warto tutaj przypomnieć sprawę gdańszczan, którzy długo bronili się przed włączeniem Gdańska do Prus. Jego niemieccy mieszkańcy zdecydowanie bardziej woleli być poddanymi polskiego króla niż pruskiego.

Polsko-niemieckie stosunki jednak nie zawsze układały się właśnie tak. Stefan Bratkowski następująco opisuje sposób traktowania Polaków przez Prusaków: „Polityka wobec Polaków chyba najlepiej ilustrowała mentalność pruską. Nie ma jak wyrazić w pieniądzu skutków narastającego przez ponad sto lat ucisku germanizacyjnego, a w końcowej fazie, przed wybuchem pierwszej wojny światowej – prześladowań wszystkiego, co polskie. Nie sposób przeliczyć na pieniądze likwidacji szkolnictwa polskiego. Ani katowania dzieci, które nie chciały uczyć się religii po niemiecku, czy sądów nad nastolatkami, których za potajemną naukę historii Polski odbierano rodzicom i odsyłano do pruskich sierocińców” (Stefan Bratkowski, Kim chcą być Niemcy, s. 42). Eskalacja przemocy w stosunku do Polaków nastąpiła natomiast w czasie II Wojny Światowej. „Od pierwszych chwil drugiej wojny światowej w niemal każdym miasteczku zajmowanym na Pomorzu i w Wielkopolsce tzw. Mordkommando wyłapywało działaczy organizacji społecznych i przedstawicieli inteligencji, wieszało ich lub rozstrzeliwało – jak tych Kaszubów; potem powtarzało się to samo w głębi Polski. W Palmirach pod Warszawą leży takich ofiar blisko dwa tysiące, rozstrzeliwano je od grudnia 1939 do 1941 roku, profesorów, pisarzy, artystów, a razem z nimi zabito nawet wybitnego sportowca, mistrza olimpijskiego w biegu na 10 kilometrów. Chodziło, jak i potem we Lwowie, o eksterminację intelektualistów oraz wszystkich tych, których osobowość mogła uchodzić za wzór. Później masowo rozstrzeliwano w egzekucjach ulicznych przypadkowych ludzi zatrzymywanych podczas łapanek. Do obozów koncentracyjnych zsyłano najpierw tysiącami Polaków, wspomnienia więźniów rysują koszmar porażający – warto wznowić te wspomnienia i przetłumaczyć je na niemiecki…” (tamże, s. 53-54). Udział przedstawicieli niemieckiej mniejszości narodowej w zbrodniach popełnianych na Polakach do dziś czeka na dokładne zbadanie. Szczególnie chodzi o rolę, jaką odgrywali w sporządzaniu list przedstawicieli polskiej inteligencji, która miała zostać zgładzona. Należy także wspomnieć o tym, że główny ideolog niemieckiego rasizmu, Alfred Rosenberg, był niemieckim Bałtem. Niemiecki nacjonalizm zebrał nieporównywalnie bardziej krwawe żniwo niż polski, czego prof. Piskozub zdaje się nie dostrzegać…

Pójdźmy dalej. Prof. Piskozub jest wielkim zwolennikiem integracji europejskiej, jego ideałem jest stworzenie europejskiego państwa. Polską germanofobię postrzega jako przeszkodę na drodze do stworzenia takiej nowej struktury. Prof. Piskozub jest, więc wyznawcą ideologii pacyfizmu i internacjonalizmu. Z tej też perspektywy dokonuje krytyki polskiego nacjonalizmu. Od razu śpieszę z wyjaśnieniem: nie, nie ma tutaj żadnej sprzeczności z moim wcześniejszym twierdzeniem, iż autor w swoim tekście przyjmuje pozycję niemieckiego nacjonalizmu. Niemiecki nacjonalizm jest, bowiem bardzo pacyfistyczny i internacjonalistyczny. Jak prof. Piskozub sam stwierdza: „Święte Rzymskie Cesarstwo aż do upadku cesarskiej dynastii Sztaufów w 1254 roku było w cywilizacji zachodniej instytucją uniwersalną; cesarz czuł się uprawniony do występowania w roli arbitra w sytuacjach konfliktowych“. Instytucją uniwersalną miała stać się także III Rzesza, której granice miały sięgać od Lizbony do Władywostoku. Adolf Hitler sam siebie postrzegał jako obrońcę cywilizacji europejskiej.

A jak wygląda sprawa Unii Europejskiej? Prof. Piskozub sam udziela odpowiedzi na to pytanie: „„Panie profesorze, przekonał mnie pan do Niemców, ale do Europy to mnie pan nie przekona!” Odpowiedziałem: “To wystarczy, panie Maćku. Skoro przekonał się pan do Niemiec, to przekona się pan i do Europy. Bo z tym jest tak samo, jak z niedawnymi relacjami między Leninem a Partią: ”.“ Oraz: „ Na to prowadzący ten program redaktor Ponikowski, zacytował inne zdanie z ówczesnej mojej publicystyki: “Polska droga do Unii Europejskiej prowadzi przez Bramę Brandenburską”. Nie ja jeden byłem wówczas zdania, że nikt inny na Zachodzie nie zastąpi Niemiec w funkcji lokomotywy, wwożącej Polskę i inne postkomunistyczne państwa sąsiednie do integrującej się Europy. Ale rola Niemiec była dla mnie nie tylko w tym szczególna. Ich polityczna struktura, będąca zdecentralizowaną federacją Landów, i ich wielowiekowa cesarska przeszłość, na podobnej federalizacji oparta, tworzyła w moim przekonaniu wzorzec, do jakiego docelowo zmierzać musi Unia Europejska, jeżeli ma stać się europejskim państwem federalnym, a nie tylko stowarzyszeniem państw narodowych, którym permanentnie odbija się nacjonalistyczna czkawka“. Niemiecki nacjonalizm jest, więc jak najbardziej uniwersalistyczny i pacyficzny: jeśli wszystkie inne państwa narodowe zostaną wchłonięte przez budowane przez Niemcy superpaństwo, zniknie i nacjonalizm (inny niż niemiecki, gdyż mamy tu do czynienia z pełną tożsamością interesów) i wojny narodowe. Cóż, polski nacjonalizm jest bardzo zaściankowy i sprowadza się do hasła „Polska dla Polaków”, podczas gdy niemiecki „kosmopolityczny”: „Europa dla Niemców, Niemcy dla Europy”.

Zaraziwszy się niemieckim idealizmem, Prof. Piskozub przestał także dostrzegać, że zachowanie Niemców wyjątkowo często było i nadal jest dokładnym przeciwieństwem wyznawanych przez nich „wyższych ideałów”. To samo dotyczy ich przywiązania do idei uniwersalistycznych i pacyfistycznych (Hitler napadając na Polskę, twierdził, że broni pokoju). Zachowanie głównych aktorów niemieckiej polityki nacechowane było postawą pazerności na władzę. Moim zdaniem, to samo dotyczy współczesnych elit politycznych Niemiec. (Z opublikowanego niedawno raportu wynika, że w ubiegłym roku eksport niemieckiej broni wzrósł o 50%, a największymi jej odbiorcami były Grecja i Portugalia. Być może, polscy podatnicy zapłacą za nią w ramach akcji ratowania Grecji). A owe uniwersalne ideały? W przypadku Cesarzy i Krzyżaków rzekomo było to chrześcijaństwo (którego najważniejszą zasadą jest miłość bliźniego). Hitler bronił „cywilizacji europejskiej” (cokolwiek miałoby to znaczyć), a współczesne elity niemieckie walczą o tak zwane „wartości europejskie”. Przyglądając się niemieckiej historii, można odnieść więc wrażenie, że ich walka o „wyższe ideały” w rzeczywistości jest zasłoną dymną, za którą ukrywa się chęć dyktowania innym, jak mają żyć, myśleć i czuć…

To samo dotyczy Unii Europejskiej. Jak już wspomniałam, współczesne elity niemieckie walczą o „wartości europejskie”. Są ich największymi wyznawcami, strażnikami oraz kapłanami. Kwestia germanofilii ściśle powiązana jest z tym właśnie zagadnieniem. Szerzenie germanofilii ma bowiem wspierać narzucanie Polakom tej nowej europejskiej religii. Przyjrzyjmy się jej bliżej. Naczelne dogmaty religii europejskości to: prawa człowieka, demokracja, społeczna gospodarka rynkowa, równość (równouprawnienie), tolerancja, pacyfizm i ekologizm. W duchu takich wartości wychowywane są polskie elity, poprzez niemieckie fundacje i inne organizacje, a konkretnie w ramach programów stypendialnych i rozmaitych projektów naukowych, kulturalnych i społecznych. Projekty oficjalnie mają służyć pojednaniu między Niemcami i Polakami (czyli szerzeniu germanofilii), a nieoficjalnie wychowywaniu Polaków „na prawdziwych Europejczyków”. Warto nadmienić, że ze względu na to, iż patron jednej z tych fundacji był katolikiem, wmawia się Polakom (Niemcom oczywiście też!), że wymienione wyżej wartości są również wartościami katolickimi… Jednym słowem, Europa pod niemieckim przywództwem stanie się Europą, której mieszkańcy będą musieli wyznawać „wartości europejskie”. A kto nie będzie wierzył w religię europejskości dobrowolnie, zostanie odpowiednio przymuszony (takiemu podmiotowi odbierze się dotacje europejskie albo zastosuje w stosunku do niego inne sankcje). Ponadto Europa pod niemieckim przywództwem popadnie (a właściwie już popadła) w opisywany przez Feliksa Konecznego bizantynizm. Rozbudowana administracja, dążenie do regulowania wszystkich sfer życia, uniformizacja i kolektywizm to jego najważniejsze cechy. Bizantynizm sprzyja szerzeniu „wartości europejskich”, jedno pasuje zatem do drugiego jak ulał.

W swoim tekście prof. Piskozub cytuje słowa Władysława Studnickiego: „Moskalofilstwo bowiem to przystosowanie się do niewoli, do jarzma rosyjskiego; germanofilstwo natomiast u Polaka, pochodzącego z zaboru rosyjskiego, który obejmował 80% naszego terytorium historycznego, było dążnością do wyzwolenia politycznego Polski, do bytu samodzielnego. Kto realnie ujmował sprawę polską, ten zrozumiał, że tylko opancerzona pięść niemiecka zdolna była do rozbicia Rosji, do oderwania od niej tak olbrzymich połaci kraju polskiego, że o wcieleniu, o asymilacji nie mogło być mowy, że więc musiała nastąpić prawno-państwowa odrębność Polski”. Prof. Piskozub zdaje się wierzyć, że o asymilacji ani wtedy, ani teraz nie może być mowy. Jednocześnie nie podaje żadnego uzasadnienia dla prezentowanej przez siebie tezy. A co, jeśli parafrazując słowa Studnickiego, germanofilstwo to przystosowanie do niewoli, do jarzma niemieckiego?

Pójdźmy dalej. Prof. Piskozub stwierdza, że do roku 1989 germanofilią skażona była polska nauka. Autor cieszy się, że oto w Polsce wreszcie prowadzone są bardziej obiektywne badania naukowe dotyczące Niemiec i stosunków polsko-niemieckich. „ Minął rok 1989, skończył się PRL i w ostatniej dekadzie XX wieku w tekstach na tematy polsko-niemieckie uczciwość intelektualna zaczęła się przebijać przez pokłady jadu i nienawiści. W niemcożerczych w epoce Polski Ludowej periodykach o tym profilu, teraz pojawiać się zaczął obiektywizm ocen (…)“. Autor ma rację, wskazując na ideologizację polskiej nauki w czasie PRL. Jednak pomija zupełnie fakt, że wiele aktualnych polsko-niemieckich projektów naukowych realizowana jest częściowo, albo w całości, za niemieckie pieniądze, co może się przyczynić do ponownej jej ideologizacji. Tym razem w imię germanofilii. (Co ciekawe, w czasie „niemcożerczego” PRL polskim naukowcom nie udało się nawet dokładnie zbadać wysokości strat poniesionych przez Polskę w czasie II Wojny Światowej, i to zarówno ludnościowych, jak i materialnych…) Warto też nadmienić, że obiektywizm ocen prezentowany przez niemieckich naukowców również jest kwestią, którą – właśnie ze względu na wymóg obiektywności – prof. Piskozub powinien był, chociaż krótko wspomnieć. Przykładem tutaj może być mit „białego Wehrmachtu”, stworzony po wojnie przez niemieckich historyków. Warto także wspomnieć o wybitnie antypolskim nastawieniu wielu niemieckich politologów. Dla wielu z nich np. wschodnia polityka Willego Brandta – która była odejściem od jawnie antypolskiej polityki realizowanej np. przez Adenauera – była zdradą stanu. Polonofilia nie była i nadal nie jest cnotą wielu niemieckich naukowców.

W końcu należy postawić zasadnicze pytanie: czy Polacy rzeczywiście są takimi germanofobami, jak to sugeruje prof. Piskozub? Cóż, wielu niemieckich publicystów wskazuje na to, że wbrew ich oczekiwaniom, Polacy są dużo przyjaźniej nastawieni do Niemców niż np. Holendrzy czy Belgowie. Przypomnijmy, Polacy ze strony Niemców wycierpieli nieporównanie więcej niż Holendrzy. Warto też wskazać na to, że niemiecki papież Benedykt XVI cieszy się większym szacunkiem ze strony Polaków niż ze strony Niemców. A w swoim tekście prof. Piskozub nie wspomina nawet o liście polskich biskupów do niemieckich z 1965 r., w którym padają słynne słowa: „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”.

W wywiadzie dr. Aleksandry Solarewicz z autorem książek historycznych Dieterem Schenkiem, opublikowanym w Rzeczpospolitej, padają takie oto słowa: „Gdyby moi rodzice zostali bestialsko zamordowani, prawdopodobnie nie byłbym w stanie wybaczyć, dręczyłoby mnie to dniami i nocami, jeszcze dziesiątki lat po fakcie. To, że Polacy podają Niemcom rękę do pojednania, jest dowodem wielkoduszności Polaków, której Niemcy nie doceniają w wystarczającym stopniu“ (03. 12. 2011, http://www.rp.pl/artykul/61991,763647-Dieter-Schenk-o-zbrodni-na-lwowskich-profesorach.html). W odpowiedzi na wywiad, list otwarty do Dietera Schenka wystosował prof. Tomasz Szarota. List profesora również został opublikowany na łamach Rzeczpospolitej. Oto jego fragmenty: „Od dawna takiej wypowiedzi Niemca ani nie słyszałem podczas mych, dość częstych, pobytów w tym kraju, ani też nie udało mi się czegoś podobnego spotkać w druku. Wręcz przeciwnie, niedawno zdarzyło mi się, że podczas wykładu zakomunikowano mi, abym przestał Niemcom przypominać ich haniebne czyny popełnione podczas II wojny światowej… W wywiadzie powiedział Pan: „To, że Polacy podają Niemcom rękę do pojednania, jest dowodem wielkoduszności Polaków, której Niemcy nie doceniają w wystarczającym stopniu”. Dziękuję Panu za te słowa! (…) Mówi Pan „Gdyby moi rodzice zostali bestialsko zamordowani, prawdopodobnie nie byłbym w stanie wybaczyć, dręczyłoby mnie to dniami i nocami, jeszcze dziesiątki lat po fakcie“. Ja, syn zabitego przez Niemców parę tygodni przed moim urodzeniem Ojca, tak jak moi biskupi już w 1965 r. wybaczyłem” (10. 12. 2011, http://www.rp.pl/artykul/61991,767510-List-otwarty-do-prof-Dietera-Schenka.html). To ważne słowa. Przede wszystkim dlatego, że pokazują, co jest fundamentem tego przebaczenia. Jest to Bóg. Nie germanofilia. Nie „wartości europejskie”.

Wracając do pytania postawionego w tytule tego tekstu, należy stwierdzić, że jeśli zarówno germanofilia, jak i germanofobia staną się ideologią, katolik nie może być ani germanofobem, ani germanofilem. (Pomijam tu więc kwestię germanofilii, jako gustu estetycznego, przejawiającego się poprzez lubienie niemieckiego piwa, literatury czy języka). Prof. Piskozub germanofilię definiuje, jako przyjazne nastawienie do Niemców. Takie stawianie sprawy jest jednak pułapką: przyjazne nastawienie to, bowiem pozytywne emocje, a katolik nie może stawiać emocji wyżej niż osąd rozumu praktycznego. Katolik powinien oceniać Niemców na podstawie ich czynów, a konkretnie zgodności tych czynów z prawem naturalnym. Katolik natomiast nie może ulegać żadnej ideologicznie zaprogramowanej nienawiści czy też „przyjazności”. A tekst prof. Piskozuba służy, moim zdaniem, takiemu właśnie programowaniu.

Magdalena Ziętek
aw

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

0 thoughts on “Czy katolik może być germanofilem albo germanofobem?”

  1. Utożsamiane Niemiec (Tradycja Świętego Cesarstwa Rzymskiego, powstałego obok Italii i starej Francji z rozpadu Imperium Karolingów, w zasadzie pierwszego państwa “cywilizacji łacińskie”) z Prusami (polskim lennem, z potęgą zbudowaną za żydowskie pieniądze) jest błędne. W Polsce sojusz z Niemcami-Prusami i prawosławną Rosją był traktowany zastępczo, gdyż te kraje pod koniec XIX wieku były “najbardziej podobne” do naszych wzorców cywilizacyjnych. Przypominam, że już jedynym ostałym krajem tejże cywilizacji były Austro-Węgry, w sojuszu z Niemcami, a wcześniej i z Rosją. Także stąd się bierze w Polsce skierowanie polityki zagranicznej w oparciu o Niemcy/Rosję, a nie z żadnych filio-fobii. Tak samo nie ma “antysemityzmu”, ale jest opór wobec judaizacji i sceptycyzm wobec żydów jako w większości aktywnych rewolucjonistów. Wszystko to nie ma jak w nazizmie podłoża “rasowego”, ale “polityczno-światopoglądowo-cywilizacyjne”. Dziś RFN jest amerykańsko-izraelską kolonią podobnie jak Wielka Brytania, więc mowy o takiej orientacji być nie może. Jest prorosyjska, owszem, wiąże się to z tym, że w Rosji zostały namiastki normalności (nie mówię nawet o “raju na ziemi”, ale zwykłej normalności).

  2. Drugie dno: Katolik nie może być “fobem”. To już słyszałem od “Gazety Wyborczej”, że “ksenofobia jest zła”, tak samo od modernistycznych liderów. Ksenofobia, to nie “nienawiść”, ale obawa. Czy klaustrofobia to też grzech? Katolik nie może być germanofilem, czyli niemiecki katolik ma być zdrajcą, i nie lubić własnego narodu, a więc ma dopuścić się zdrady (w średniowieczu krążył pogląd, że zdrada jest grzechem najcięższym, cięższym niż morderstwo).

  3. @Piotr Marek: chyba Pan nie zauwazyl, ze pisze o “fobiach” i “filiach” jako ideologiach. Czyms innym jest milosc do wlasnej ojczyzny, a czyms innym ideologiczna “germanofilia”. Te juz przerabialismy w praktyce. Niemcy sami na tym ucierpieli, wlasciwie cierpia do dzis. Oczywiscie, ze nie mozna laczyc tradycji Cesarstwa z Prusami – bo Prusy podbily Niemcy a pruscy krolowie sami siebie obwolali cesarzami. Co bylo kompletnie nielegalne. Ale to wlasnie niemiecko-prusko nacjonalizm postawil taki znak rownosci. Po trzecie, pojecia “homofobii” czy “ksenofobii” w tej chwili takze zostaly zideologizowane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *