Czy PiS rzeczywiście jest partią romantyczno-insurekcyjną?

Od red. nacz.: Poniższy artykuł odbiega od linii portalu wobec PiS, jednak ze względu na to, że jest to polemika z tezą prof. Adama Wielomskiego postawioną w jednym z wywiadów zdecydowałem się na jego publikację.

a.me.

Prof. Adam Wielomski w wywiadzie opublikowanym 12 maja na portalu konserwatyzm.pl nazywa Prawo i Sprawiedliwość formacją romantyczno-insurekcyjną. Teza ta jest dość popularna w dużej części środowiska konserwatywnego i na pierwszy rzut oka wydaje się uprawnioną. Patrząc jednak na praktykę działania i cele partii Kaczyńskiego wcale nie jest tak łatwą do udowodnienia.

Zacznijmy jednak od sfery symbolicznej. To prawda, że dla PiS-u bardzo ważne są rocznice powstańczych zrywów Polaków, ze szczególnym uwzględnieniem Powstania Warszawskiego. Automatycznie pojawia się więc zatem zarzut celebrowania klęsk. Kiedy jednak przeczytamy przemówienie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego wygłoszone 2 sierpnia 2009 r., z okazji 65 rocznicy wybuchu Powstania, nie znajdziemy tam śladów mesjanistycznego cierpiętnictwa. Zamiast tego jest duma z odwagi i hartu ducha polskiej młodzieży, wychowanej w przesiąkniętych patriotyzmem szkołach II Rzeczpospolitej, gotowych dla dobra ojczyzny na największe poświęcenia: „…kilkadziesiąt tysięcy na ogół młodych, a często bardzo młodych ludzi ruszyło do walki z uzbrojoną po zęby, świetnie wyszkoloną i zaprawioną w wojnie armią. Ruszyło i w ciągu kilku dni opanowało większość miasta, chociaż nie udało się go opanować w całości, i walczyło przez 63 dni[1]”.  To pokazuje, że nawet w tak wielkiej narodowej tragedii, jaką było zbombardowanie przez Niemców Warszawy, można zaakcentować elementy, z których jako naród możemy być dumni.

 Lech Kaczyński był zresztą prezydentem, dla którego jednym z priorytetów było przywrócenie Polakom poczucia wartości, które przecież spadło dramatycznie przez traumatyczne przeżycia okupacji hitlerowskiej i ponad 40 lat podporządkowania Związkowi Sowieckiemu. Sam nie lubił mówić o Polsce jako wiecznej ofierze międzynarodowych rozgrywek i konfliktów. W 2007 r. w Dniu Flagi powiedział: „A w ogóle to starajmy się lepiej poznać naszą historię, nie traktujmy jej jako serii klęsk, bo w tej historii były klęski, ale były też i wielkie zwycięstwa. Pamiętajmy o tym, że jesteśmy dużym europejskim narodem, nie największym, nie drugim, szóstym dokładnie jeśli chodzi o Unię Europejską, ale dużym, dużo większym od większości tych narodów, że szybko się rozwijamy, że możemy być ze swojej Polski dumni”[2]. Tę dumę bycia jednym z wielkich narodów europejskich gotowych do zwycięstw i sukcesów starał się przywrócić Lech Kaczyński w czasie swojej prezydentury. Temu miała służyć wielka defilada wojskowa, zorganizowana w rocznicę zwycięstwa nad bolszewikami, zaniechania, oficjalnie z powodów finansowych przez rząd Tuska.

Po katastrofie w Smoleńsku, jak przekonują niezbyt przychylni partii Kaczyńskiego komentatorzy, środowisko skupione wokół PiS-u miało się stać swego rodzaju sektą, przekonaną o braku przypadku w okolicznościach śmierci prezydenta. Oczywiście, tzw. ruch smoleński obecnie jest grupą, gdzie wiara w spiskową wizję katastrofy smoleńskiej i zamach na prezydenta Kaczyńskiego jest bardzo silna. To są jednak emocje pewnej grupy ludzi uważających siebie za sympatyków PiS-u, dla których śmierć Lecha Kaczyńskiego miała być wynikiem intrygi antypolskich sił, dla których prezydent był zagrożeniem, bo próbował prowadzić niezależną politykę. W ich uproszczonej wizji świata Polska katolicka Polska jest ofiarą diabelskich mocy. Stanowią oni istotną, bo bardzo wierną i aktywną, część wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Chcąc nie chcąc, Kaczyński jest zatem zmuszony, aby używać języka zrozumiałego i akceptowalnego przez jej przedstawicieli. Owszem, PiS-owi zdarza się balansować często na granicy racjonalności, ale jej nie przekracza. Smoleńsk nie jest jedynym punktem zainteresowania Prawa i Sprawiedliwości, a nawet nie najważniejszym. Partia potrafi oddzielić sprawy wyjaśniania katastrofy, którą zajmuje się głównie Antoni Macierewicz od przygotowania alternatywnych propozycji na rzecz poprawy sytuacji gospodarczej czy zwiększenia zatrudnienia.

Obecnie PiS działa dwutorowo. Z jednej strony, nie chcąc stracić ani ułamka, chociażby na rzecz Solidarnej Polski, ze swojego dotychczasowego wiernego elektoratu, musi od czasu do czasu stosować bardziej radykalną retorykę. Z drugiej jednak, aby odzyskać władzę w Polsce, potrzebne jest pozyskanie bardziej centrowych wyborców, ludzi o poglądach konserwatywnych, którzy zawiedli się na rządach PO. Taka strategia jest konsekwentnie realizowana od września, od czasu kiedy pojawił się projekt utworzenia rządu ekspertów na czele z prof. Glińskim, a partia zaczęła organizować cykl debat dotyczących najbardziej palących dla państwa problemów.

Ten sposób działania już teraz przyniósł PiS-owi wymierne korzyści. Od kilku miesięcy widać wyraźną tendencję utraty przez partię rządzącą sondażowego poparcia na rzecz prawicowej opozycji. To powoduje z kolei nerwowość w samej PO i coraz bardziej oderwany od rzeczywistość sposób myślenia jej członków, co przejawia się na przykład w oskarżaniu mediów, przecież nie jakoś specjalnie złośliwych wobec Platformy, o spadek poparcia dla rządu i koalicji. PiS jest w stanie przez wiele miesięcy zachowywać się racjonalnie i na zimno, czasem nawet w wyrachowany sposób, realizować swój plan, który ma ich wynieść do władzy.

Koncepcja geopolityczna Lecha Kaczyńskiego: pragmatyzm czy marzycielstwo?

Zaangażowanie się Lecha Kaczyńskiego w konflikt rosyjsko-gruziński, interpretowane często jako „niepotrzebne drażnienie Putina”, jak najbardziej wpisywało się w obronę polskiego interesu narodowego. Im Rosja bowiem słabsza, tym Polska bezpieczniejsza. Co prawda obecnie ciężko sobie wyobrazić realne zagrożenie agresją militarną na Polskę z któregokolwiek kierunku, jednakże z wszystkich mało rzeczywistych scenariuszy, to atak Rosji na Polskę wydaje się jednak najbardziej prawdopodobnym.         

Polsce powinno zatem zależeć na osłabianiu pozycji  Moskwy i wspieraniu państw, które powstały po rozpadzie Związku Sowieckiego, nie będących w NATO, a przez co znajdujące się w stanie realnego zagrożenia ze strony dawnego imperium. Kaczyńskiemu udało się zjednoczyć przywódców państw dawnego bloku wschodniego na rzecz obrony integralności terytorialnej Gruzji, a także zmobilizować Europę Zachodnią do większego zainteresowania się sytuacją w tamtym regionie, co w konsekwencji wyhamowało zapędy Putina. Na całe szczęście. Któż bowiem mógłby dać gwarancje, że po rozprawie z Saakaszwilim apetyty imperialistyczne w Rosji nie wzrosłyby i w centrum zainteresowania Moskwy nie znalazłyby się wschodnie ziemie Ukrainy?

Polityka zagraniczna rządu PiS-u, a zwłaszcza prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nawiązywała do koncepcji sojuszu i bliskiej współpracy państw tzw. Międzymorza, znajdujących się pomiędzy Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym, leżącymi między Berlinem a Moskwą, mającymi często wspólne interesy i będącymi zarazem zbyt słabymi, aby w pojedynkę myśleć o mocarstwowej pozycji. To prawda, że przed wojną idea ta była szczególnie popularna w środowisku piłsudczykowskim. Po kapitulacji wrześniowej, kiedy Polska dobitnie przekonała się o tym, że w pojedynkę, nie mogąc liczyć na pomoc sojuszników z Zachodu, nie jest w stanie przeciwstawić się agresywnym sąsiadom, koncepcje federacyjne w tej części Europy zaczęły zyskiwać coraz więcej poparcie także w najbardziej wrogich środowiskach dla sanacji, także w obozie endeckim. Miedzy innymi Adam Doboszyński, przebywając na emigracji, tworzył wizję ścisłego sojuszu Polaków, Litwinów, Rusinów, a także Czechów i Słowaków, z przewodnią rolą narodu polskiego.

Rewolucja bez rewolucji?

To prawda, PiS chce swoistej rewolucji polskiego życia publicznego. Projekt IV Rzeczpospolitej, zakładający walkę z chorobami, na które choruje państwo polskie, takimi jak korupcja, traktowanie państwa jak swój własny folwark, niewydolność prokuratury i sądownictwa został zapoczątkowany w 2005 roku. Ma się to jednak odbywać w granicach istniejącego porządku prawnego. O tym, że Polska nie była w latach 2005-2007 krajem bezprawia, jak od dawna przekonują politycy partii rządzącej, wydającej publiczne pieniądze na prace komisji, mające badać „zbrodnie” Kaczyńskiego i Ziobry najlepiej świadczy fakt, że po sześciu latach można było im zarzucić jedynie tworzenie bliżej nieokreślonej atmosfery strachu i wykluczenia.

Kaczyński zaakceptował odsunięcie jego partii od władzy w 2007 r., nie nawoływał do swoich zwolenników, aby zbrojnie zajęli parlament, nie prowokował starć ulicznych.  Po mordzie dokonanym, jakby nie było z pobudek politycznych, w łódzkim biurze Prawa i Sprawiedliwości, nikt z PiS-u nie wzywała do brania sprawiedliwości we własne ręce i dokonywania akcji odwetowych, mogących dać początek prawdziwej, a nie tylko używanej często na wyrost przez publicystów jako zgrabnej figury retorycznej, wojnie domowej.

PiS nie jest partią insurekcyjną, nie chce zdobyć władzy na drodze przewrotu, akceptuje w pełni demokratyczne procedury. Nie dąży nawet do przyspieszonych wyborów. Wie, że gdyby przejęło władzę teraz, w czasach trudnych, przy wciąż silnej PO, mogłoby ją szybko stracić. Kaczyński liczy na to, że PO do jesieni 2015 r. skompromituje się i podzieli na tyle, że kolejne wybory przegra z kretesem i nie będzie już stanowić zagrożenia dla jego partii. Zdaje sobie sprawę, że aby móc realizować swój program, potrzebuje także życzliwego prezydenta, co byłoby raczej niemożliwe w obecnej sytuacji.

Można się zgodzić z tezą, że partia Kaczyńskiego jest opozycją totalną, krytykującą w czambuł posunięcia rządu, kreślącą czarniejszy obraz stanu naszego państwa niż jest on w rzeczywistości. Oczywiście, że Kaczyński przesadza określając Polskę mianem niemiecko-rosyjskiego kondominium. Platforma jednak także rozpętała histerię na podobną skalę przed wyborami w 2007 r., oskarżając swoich politycznych konkurentów o budowę w Polsce dyktatury. Trzeba pamiętać o tym, że nadrzędnym celem każdej partii politycznej jest zdobycie władzy, aby móc realizować swój program i zmieniać państwo według swoich wyobrażeń. Historia III Rzeczpospolitej bardzo dobitnie pokazała, że taką szansę mają formacje znajdujące się w twardej opozycji do rządu.  Tak było w 2001 r., kiedy SLD wygrało wybory, tak samo cztery lata później, gdy liderzy PiS-u i PO szli razem z hasłami budowy IV Rzeczpospolitej na ustach, czy w wyborach roku 2007, przed którymi Platforma nie zawahała się, aby destabilizować sytuację w państwie poprzez składanie wniosków o odwołanie wszystkich ministrów mniejszościowego już rządu Jarosława Kaczyńskiego. Działanie PiS-u jest zatem racjonalne. Przypadek PJN-u z ostatnich wyborów, formacji starającej się być merytoryczną opozycją i stać gdzieś po środku, dobitnie pokazał, że takie zachowanie się nie opłaca.

Marcin Rezik

 a.me.


[1] http://www.pis.org.pl/article.php?id=20708

[2] http://www.pis.org.pl/article.php?id=7268

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *