Dorosłe dzieci

W Europie widzieli oni wielowiekowe dysproporcje społeczne i ekonomiczne, parli więc do „sprawiedliwego podziału” dóbr. W Ameryce napotykali ogrom niezagospodarowanego potencjału, stąd dostrzegali perspektywę „równych szans” i „wielkich możliwości”. Zabawne, że chociaż mentalnie współczesny świat jest jedną wielką parodią USA z XIX wieku – to faktycznie bliższy jest przecież realiom staro-europejskim, z jeszcze większym rozwarstwieniem społecznym i mniejszymi szansami pokonania go przy starcie z samego dołu. Paradoks ten może zaważyć na przyszłości pokolenia niepamiętającego już świata sprzed transformacji ustrojowej Polski i Europy Środkowej.

Rówieśnicy III RP dojrzewali w legendzie „pionierów kapitalizmu”, przepleconej płynącymi zza wielkiej wody historiami o milionerach z garaży, a później sukcesach twórców e-biznesów. Pierwszy raz od blisko 140 lat dorastało pokolenie, które miało szansę przełamać schemat, w którym marzenie o byciu milionerem dla Amerykanina realizuje się przez pomysł – biznes – sukces, dla Francuza przez spadek po bogatym wujku, a dla Polska przez sen o wygranej w totka. Problemem stała się jednak rażąca dysproporcja między faktycznymi możliwościami, a oczekiwaniami, sytuację dodatkowo skomplikowało też doktrynerstwo, które kazało kandydatom na polskich Gatesów, Zuckerbergów, czy Buffettów polec jeszcze przed rozpoczęciem właściwego wyścigu.

Sęk w tym, że Polacy zawsze marzyli o konsumpcji ponad stan. Chcieliśmy – i nadal chcemy, mieć wszystkie owoce trzech stuleci kapitalizmu – mając go wszystkiego u nas lat kilkadziesiąt, z dużymi przerwami i w koślawej formie. Mówienie o niskiej wydajności pracy, kosztochłonności państwa i gospodarki – to już doprawdy banały. W dodatku rówieśnicy III RP stosunkowo łatwo dają sobie wmówić, że te 25 lat jakie było, takie było, ale inaczej się nie dało, w sumie zrobiono wiele, więc nie ma co roztrząsać, tylko trzeba korzystać ze wspaniałych stworzonych możliwości. Część korzysta – i wyjeżdża tam, gdzie można się po prostu utrzymać, zamiast bajać o wielkich sukcesach. Nieliczni – korzystają, częściowo dzięki koneksjom i układom, często też jednak dzięki trafnej odpowiedzi na potrzeby wymagającego, a wątłego rodzimego rynku pracy. Reszta jednak porównuje aspiracje z obietnicami i możliwościami, dostrzegając w końcu, że coś tu chyba faktycznie nie gra…

Takie spostrzeżenie nie jest może specjalnie odkrywcze, znacznie trudniejsze jest jednak wskazań przyczyn, a także odgadnięcie dróg wyjścia innych niż zapisanie się do PSL i praca w urzędzie lub wyjazd do sprzątania w Anglii. Obecnie najmodniejszą wśród młodego pokolenia wizją, jest całkowite wycofanie się państwa, „nieprzeszkadzanie obywatelom” w zarabianiu. Abstrahując od realności tego postulatu w obecnych warunkach, a także od jego dość ewidentnego spóźnienia (wszak cała III RP to przecież wzrost biurokratycznej i fiskalnej opresyjności państwa, wychodzi na to, że bronić należało Wilczka-Rakowskiego, co jednak działo się przed urodzinami opisywanych tu młodych Polaków…) – mamy do czynienia z sytuacją, w której dany delikwent wierzy w swoją całkowitą, acz potencjalną samowystarczalność ekonomiczną, przy przeważnie jednoczesnym zupełnym uzależnieniu od czynników zewnętrznych: państwa właśnie, czy choćby najbliższych, bez których jakikolwiek sensowny start w samodzielność nie jest przecież obecnie możliwy.

Przeciętny młody człowiek może bowiem dziś myśleć o życiu na własny rachunek – mieszkaniu (nawet wynajętym, nie mówiąc o kupnie), dołożeniu do rachunków, choćby zbliżeniu do wymarzonego poziomu życia – niemal wyłącznie dzięki rodzinie. Pokolenie 40-, 50- 60-latków, a więc rodzice i dziadkowie wchodzących dziś na rynek pracy – inwestuje w nich środki zgromadzone często jeszcze w okresie PRL, a uratowane, czy pomnożone pomimo transformacji. Zasadnicze pytanie brzmi: czy skrajnie zatomizowani dzisiejsi 20-latkowie, przekonani, że właściwie nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo i nie powinno być państwa – będą umieli te inwestowane w nich dziś pieniądze „oddać”? Niekoniecznie dosłownie, ale np. w postaci opieki nad starszym pokoleniem. Skoro bowiem ZUS to przeżytek, a obowiązkowe ubezpieczenie społeczne to grabież i zasadnym byłby powrót do systemu,w którym każdy troszczy się o swoich – czy wyznawcy tej (niekoniecznie nieprawdziwej tezy) są przygotowani, by wprowadzić ją w życie? Czy będzie ich na to stać, nie tylko finansowo, ale także mentalnie i emocjonalnie, czy też należy się nastawić na masowe oddawanie dziadków w lepszej wersji do różnych „Leśnych Zakątków”, a w gorszej do ZOL-i i DPS-ów? I dalej, czy skoro jednostce nie wolno przeszkadzać, a pomaganie w istocie też jest taką przeszkodą, bo psuje charakter, uczy wygodnictwa i promuje lenistwo – czy to pokolenie będzie chciało i umiało powtórzyć działania swych rodziców i postara się zabezpieczyć start swoim potomkom? Czy też wykopie ich z gniazda, uzasadniając to wprawdzie wyższą racją ideową, ale w istocie ze względu na własną niedojrzałość (którą kobiety nazwałyby raczej brakiem tzw. inteligencji emocjonalnej)?

Mamy bowiem do czynienia z generacją, która została zatrzymana w rozwoju na etapie dziecięcych marzeń. Tych o konsumpcji nad stan, o świecie idealnym, w którym działają wyłącznie niewidzialne mechanizmy pomagające się wszystkim dorobić – słowem o wiecznym dzieciństwie, choć w otoczce bardziej westernowej, niż Shangri-la. Niestety, tak sytuacja finansów światowych, jak i perspektywy polityczne dla naszego kawałka świata nie wskazują na realizację tego snu. Można się więc obawiać, że z czasem dorosłe dzieci czeka tylko żal, za kiepski przepis na ich świat…

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *