„Es sei nicht practicabel!”

Tymczasem August II i August III przez stulecia nie znaleźli swoich obrońców, żaden też obóz polityczny nie chciał się do nich przyznać, a przeciwnie – historycy czynili z Wettinów przykłady negatywne, a „czasy saskie” stały się użytecznym elementem czarnego PR-u politycznego. Najwyższa więc pora, by te prawie 70 lat polskiej historii odkłamać.

Niemiec i rozpustnik

August II Mocny nie tylko zdezorganizował Polskę, nie tylko przygotował opinię światową na rozbiór Polski, nie tylko przez swój udział w wojnie północnej uzależnił Polskę od Rosji i spowodował, że został nad Polską ustanowiony rosyjski protektorat, ale nadto jeszcze przyczynił się do zdemoralizowania polskiej warstwy rządzącej w sensie seksualnym, co wybitnie się przyczyniło do chwilowego zwycięstwa w Polsce prądów niekatolickich” – pisał Jędrzej Giertych1. Wtórował mu Władysław Konopczyński: „Po pochyłości tych zmiennych koniunktur król Wettyńczyk i jego doradca gotowi byli zjechać bardzo nisko, bo aż na poziom haniebnych ofert rozbiorowych, jakie niebawem z saskiej kuźni rozeszły się żydowską pocztą do Berlina, Wiednia i Petersburga2 Swą krytyczną ocenę czołowy endecki historyk podtrzymał zresztą także w innych swych pracach, nieco tylko łagodząc. Przyczyny takiego nastawienia wydają się oczywiste, zresztą wyłożono jej jasno: August II był wszak Niemcem, pre-masonem, rozpustnikiem – słowem z pobieżnego choćby oglądu narodowym demokratom podobać się nie mógł. Z kolei – jako dążący do absolutum dominium – nie miał dobrej prasy w obozie demokratycznym, przez wieki szukającym usprawiedliwienia dla polskiej anarchii jako przyczyny upadku Rzeczypospolitej.

Nie dorósł?

Czy więc nikt nie przyznawał się do pierwszego Wettina na polskim tronie i jego planów reform? Otóż była taka „partia” – a mianowicie konserwatyści. Oczywiście, jak to oni – nie byli jednak bezkrytyczni. „Dopiąwszy pierwszego celu, to jest tronu polskiego, umiał też August zwrócić się wszystkimi siłami ku dalszemu celowi, ku złamaniu samowoli polskiej, a narzuceniu Polsce silnych, jeśli można, absolutnych rządów. Zamiary te podtrzymywał w królu i z rzadką wytrwałością nad ich urzeczywistnieniem pracował jego marszałek saski i minister, Jakub Flemming. Raz więc jeszcze błysnęła dla Polski nadzieja wydobycia się z głębokiego upadku. Zadanie było wielkie, ale możliwe dla króla, który by umiał w polityce zagranicznej stanąć na straży interesów narodu, a w polityce swojej wewnętrznej podać pomocną rękę słabym i uciśnionym, nareszcie w chwili stanowczej z siłą swoją saską przeciw buntownikom wystąpić” – pisał z pasją Michał Bobrzyński. Jak jednak dodawał zaraz: „Na nieszczęście, August II nie był takim człowiekiem; hulaka, rozpustnik, trwonił swoje dochody w chwilach najkrytyczniejszych na czcze festyny i szalone orgie, a wysysając swój dziedziczny kraj, Saksonię bez litości – dawał Polsce tylko odstraszający przykład, do czego prowadzić mogą absolutne rządy3.

Posłuszeństwo jest cnotą

Reasumując więc – warunkowa akceptacja konserwatystów dla planów Augusta II ustępowała jednak zniechęceniu wobec porażki, jaką poniósł. Obóz zachowawczy przywykł bowiem oceniać nie za dobre chęci, lecz za efektywność działań. Jednocześnie jednak nie mogło to powstrzymywać od dostrzegania tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych uwarunkowań polityki monarszej, która pozycję króla czyniła niemal beznadziejną. Jak boleśnie zauważał Aleksander Bocheński – na 13 sejmów zerwano wszystkie, a – zwłaszcza pod koniec panowania – ręka w rękę przeciw dziełu zmiany ustroju działały dwory pruski i rosyjski, a także rodzima opozycja, okresowo zaś nawet i rozpaczliwi poszukiwani inni partnerzy międzynarodowi, jak Anglia-Hanower, czy Cesarstwo. Właśnie zresztą Bocheński w nieśmiertelnych „Dziejach głupoty w Polsce” dał po raz pierwszy tak zdecydowany odpór opiniom jednostronnie i powierzchownie potępiającym Augusta II. Polemizując z Konopczyńskim Bocheński pisał: „Dobro narodu, interes narodu ówczesny i przyszły, dążność do wzniesienia się w hierarchii międzynarodowej, ten cel nacjonalizmu nie jest dla Konopczyńskiego sprawdzianem, według którego osądzać należy nasza politykę wieków ubiegłych. Dla niego ważne jest, czy dane pociągnięcie było >narodowe<, czy >nienarodowe<, czy było kierowane przeciw obcym, czy też nie. I dlatego, gdy staje wobec oczywistego wyboru między uznaniem za słuszna walkę z obcymi, która musi doprowadzić do degradacji narodu z jednej strony, a uległością dla obcych, która musi dać wzrost sił i wzniesienie w hierarchii – Konopczyński popada w sprzeczność albo w fałsze4. Ha, można by zawołać, wszak i dzisiaj takie myślenie pojawia się w polskiej polityce (i historiografii) i co ciekawe – bywa nazywane „narodowym”… Tymczasem bywają momenty, gdy cnoty heroiczne z jednej, a nawet (w zasadzie zasadna) nieufność wobec obcych – muszą ustąpić miejsca celom nadrzędnym. Bocheński pisał twardo i okrutnie: „Siłą narodu jest zawsze tylko zdolność wspólnego podporządkowania się jego racji stanu, zdolność poświęcenia doraźnych interesów dla pozyskania lepszego miejsca w hierarchii międzynarodowej. Siłę taką może dać patriotyzm, ofiarność, duch poświęcenia. Skoro – obojętnie, dlaczego – cnoty te zanikną, siłę narodowi dać może tylko i jedynie posłuszeństwo5. Ciekawe, że myśl tę można i należy przypominać Polakom i dziś, i ciągle, i zawsze – a i tak można mieć wątpliwości, czy są w stanie ją przyswoić, tak dalece bowiem odbiega od utrwalanych stale w naszym narodzie wad, nazywanych myląco „charakterem narodowym” (by ostatnie wyskoki pisarskie Rymkiewicza choćby przypomnieć…

Psujemy bez Żydów

Równie łatwo Bocheński rozprawiał się z tezami Giertycha zwracają uwagę, że choć sam libertyn i niedowiarek – August II wychował syna na wierzącego katolika (choć napotykał przy tym na opór małżonki i polityków saskich). Ponadto wprawdzie brał kredyty na swe polityczne przedsięwzięcia od żydowskich bankierów (bo innych pod ręką nie było) – ale nie ma żadnych przesłanek, by banki te dyktowały Mocnemu polityczne cele. Co więcej, „nie ulega wątpliwości, że i August II mógł z łatwością znaleźć sobie dużo tańszy – w znaczeniu pieniężnym – kredyt u dworów, które go popierały. Jeżeli nie uciekł się do tego i korzystał z pomocy bankierów wiedeńskich, to znajdujemy w nim rys jego polityki, który będzie się przewijał przez cały ciąg jego trzydziestoletniego panowania: dążenie do utrzymania się na równym parytecie z mocarstwami, obrona przed hegemonia rosyjską nad Polską. Jeżeli tej linii nie potrafił utrzymać do samego końca, to tylko dlatego, że prześladował go los – i głupota szlachty polskiej6. Zasadniczym zresztą pytaniem, jakie Bocheński stawia – a stawia je poniekąd i dzisiejszym zwolennikom tezy, że tylko czynniki zewnętrzne – Żydzi, masoni i obce wywiady utrzymują Polskę w stanie obecnego chaosu – jest: „Czy przy większym rozumie przywódców narodu masoneria i Żydzi byliby nas doprowadzili do klęsk,których doznaliśmy? Albo, czy głupota nasza i bez masonerii byłaby nas doprowadziła do tych upadków, któreśmy przeżyli?7 – dociekał Bocheński. I znowu – warto i dziś przeprowadzić takie intelektualne ćwiczenie. Wszak działania sił wrogich Polsce możemy uznawać za pewien constans (choć już przecież stałe nie są ich cele i metody), na który wiele poza czujnością poradzić się nie da. To zaś w nas samych musimy szukać sił i zdolności, by takiej niekorzystnej aktywności przeciwdziałać, a nade wszystko pokonywać źródła i przejawy własnych słabości i błędów.

Nowe spojrzenie

Jak więc widzimy – tak krytyka, jak i obrona Augusta II w dużej mierze pozostawały zgodne wobec pewnych faktów, uznanych za prawdziwe przez historiografię jeszcze XIX-, a niekiedy nawet XVIII-wieczną, Różne natomiast było rozłożenie akcentów, a przede wszystkim ocen działalności króla, jego zamiarów i zakładanych efektów. W istocie nawet czołowi współcześni polscy historycy XVIII wieku opierali się tych samych materiałach źródłowych, co z kolei wpływało na ich dalszą recepcję, odbywającą się choćby za pośrednictwem fundamentalnych prac prof. Emanuela Rostworowskiego. W istocie jednak to dopiero badania prof. Józefa Andrzeja Gierowskiego, a zwłaszcza prof. Jacka Staszewskiego przyniosły przełom i odczarowanie czasów saskich. Tropem tych historyków poszli inni – jak prof. Andrzej Zahorski czy dr Andrzej Link-Lenczowski. Opisane przez nich trwające trzy dekady zmagania króla o wzmocnienie władzy i naprawę ustroju, a także wyrwanie Rzeczypospolitej z międzynarodowej izolacji – a wszystko wbrew ościennym mocarstwom i rodzimej opozycji – odsuwają w cień wynoszone dotąd na piedestał, a nigdy nie realizowane marzenia o reformach snujące się po głowach tak zwanych „królów dobrych”.

W istocie jednak trzeba było poczekać kolejnych parę dekad, by nowe badania rzuciły światło na nieznane dotąd, bądź pomijane fakty związane z panowaniem Augusta II. Wielkie uznanie w tym zakresie należy się dr Urszuli Kosińskiej z Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Już jej doktorat nt. „Sejm 1719-20 a sprawa ratyfikacji traktatu wiedeńskiego z 5 I 1719 r.” naświetlił przebieg zdarzeń związanych z wielkim planem emancypacyjnym Sasa – planem, zaznaczmy, nie opłacanym cesjami terytorialnymi. Jeśli jednak chodzi o weryfikację królewskich zamiarów – kto wie czy nie ciekawsza jest praca „Sondaż czy prowokacja? Sprawa Lehmanna z 1721 r., czyli o rzekomych planach rozbiorowych Augusta II”8.

Prusy, zawsze Prusy…

Dr Kosińska rozprawia się w niej z jednym z najważniejszych mitów, dotyczących panowania Augusta II – pruską (najprawdopodobniej) prowokacją, mającą skompromitować króla w oczach poddanych, osłabić jego pozycję negocjacyjną wobec dworu wiedeńskiego, a przede wszystkim sprowokować zbliżenie prusko-rosyjskie w sprawie polskiej. Zaskakujące, jak wielu historyków i polityków (fakt, że słabszych nieznajomością dokumentów odnalezionych w wiedeńskich archiwach), nawet zdając sobie sprawę z celów i form polityki pruskiej – niemal bezkrytycznie przyjmowali dotąd za dobrą monetę ewidentne następstwa tejże polityki, a więc oskarżenie Mocnego, że niezbyt rozsądnie frymarczył polskim terytorium. Bez wątpienia bowiem król na swej liście priorytetów na pierwszym miejscu stawiał wzmocnienie władzy (w tym także dziedziczność tronu), zaś integralność terytorialna Rzeczypospolitej mogła być dla osiągnięcia celu głównego raczej metodą, a czasem nawet przeszkodą – jednak wbrew utartym poglądom trudno monarchę oskarżać o awanturnictwo międzynarodowe. Co więcej, ustalenia te pokazują w nowym świetle także mającego w Polsce „marną prasę” marszałka Flemminga, ujawniają też skalę czarnego PR-u, jakiemu unię polsko-saską poddano już w czasie jej trwania, co musiało też rzutować na oceny potomnych. Innymi słowy okazuje się, że słynne zdanie Piotra I, jakie miało paść w odpowiedzi na pruskie propozycje rozbiorowe – równie dobrze mogło paść z ust polskiego króla.

Czasy saskie, czy rozbiory?

Obrona Augusta II ma dziś znaczenie szczególne, znowu bowiem w Polsce następuje utożsamienie patriotyzmu z anarchią. „Obrona wolności”, „obrona niepodległości” – niekiedy oblane sosem niby-narodowym istotnie nadają III RP cech czasów saskich – ale w zupełnie innym kształcie, niż to się pewnie wydaje ulegającym takim manipulacjom. Niestety, cnota rozwagi, cnota finezji politycznej wydaje się być obca współczesnym rządzącym – tak jak cnota posłuszeństwa i organizacji wewnętrznej nie utrwaliła się w rządzonych. Myląca za to wydaje się być chętnie dziś podnoszona, a fałszywa analogia obecnej władzy z epoką kolejnego Sasa na polskim tronie. August III bowiem faktycznie raczej zarządzał, niż rządził, ale jednak czynił to już po doświadczeniach swego ojca i własnych nieudanych – a również zapomnianych próbach – po których uznał, że nie ma jak porywać się na reformy. Tymi zaś zajął się dopiero jego następca.

Mając oczywiście świadomość zwodniczości wszelkich analogii – warto o czasach saskich czytać. Nie dlatego, że nieudane próby wprowadzenia absolutyzmu przez Augusta II, fiasko rządów ministerialnych Augusta III, a potem kolejne trzy dekady rozpaczliwej walki Stanisława Augusta o uratowanie Rzeczypospolitej coś nam przypominają. Przeciwnie – właśnie takich działań we współczesnej Polsce brakuje, a mamy do czynienia nie z centralnie sterowanymi programami naprawczymi, ale ze ścieraniem się koterii i kłótniami w obrębie oligarchii, a więc zjawiskami, którym kolejni monarchowie starali się przeciwdziałać. Warto też jednak pamiętać, że kiedy ostatecznie przez wewnętrzną słabość – ale i (a może przede wszystkim) harce „patriotów” – Rzeczpospolita w końcu upadła, to był to koniec mało zauważalny nie tylko w Europie, ale nawet i na ziemiach polskich. Wchłonięcie masy (względnie przecież świadomej politycznie) przez ówczesną Unię Europejską, czyli trzy imperia zaborcze – odbyło się w sposób płynny i jakby z ulgą, a ówcześni rodzimi „Europejczycy” znakomicie się w nowej sytuacji odnaleźli.

Podobnie „patrioci” tamtej doby, bez cienia refleksji nad tragicznymi skutkami popełnianych błędów – zabrali się niemal z miejsca do ich powielania, jakby radośni, że „patriotyzmu” nie trzeba już objawiać mądrze, a znowu wystarczy hucznie. Można być pewnym, że gdyby znowu Polska rozpuściła się w masie europejsko-zaborczej – obie te role: „Europejczyków” i „patriotów” zostałyby odegrane z takim samym namaszczeniem. Sęk w tym, że czas ten może być coraz bliższy, ale ani Augusta II, ani Stanisława Augusta na horyzoncie nie widać.

Konrad Rękas

Dr Urszula Kosińska, „Sondaż czy prowokacja? Sprawa Lehmanna z 1721 r., czyli o rzekomych planach rozbiorowych Augusta II”, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2009

1Jędrzej Giertych, „Tysiąc lat historii polskiego narodu”, t. II, Londyn 1986, str. 60

2Władysław Konopczyński, „Polska a Szwecja od pokoju oliwskiego do upadku Rzeczypospolitej 1660-1795”, Warszawa 1924, str. 95

3Michał Bobrzyński, „Dzieje Polski w zarysie”, Warszawa 1987, str. 421

4Aleksander Bocheński, „Dzieje głupoty w Polsce”, Warszawa 1996, str. 112

5A. Bocheński, op cit., str. 115, podkreśl. – AB

6A. Bocheński, op. cit., str. 120-121

7A. Bocheński, op. cit., str. 119

8Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2009

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.