Estonia – fałszywy prymus

Recesja i towarzyszące jej inne niekorzystne zjawiska społeczne (jak znaczna redukcja liczby miejsc pracy) dotarły nad Zatokę Fińską wraz z problemami ekonomicznymi całego makroregionu (w tym m.in. Finlandii). Przede wszystkim jednak są to konsekwencje wojny handlowej z Rosją, w której Estonia uczestniczy gorliwie, wraz z resztą państw UE. Skoro zaś aż 27 proc. estońskiego eksportu trafiało dotąd na rynki fiński i rosyjski – wówczas rosnąca zadyszka Tallina jest tym bardziej zrozumiała.

W ciągu roku wolumen eksportu Estonii spadł o 6 proc., podczas gdy wielkość przywozu do Estonii – o 10 proc. Jednocześnie obroty towarowe między Estonią a Rosją przez 2015 r. spadły o 42 proc., zaś Ministerstwo Spraw Gospodarczych i Komunikacji Republiki Estońskiej przewiduje, że spadek zdolności nabywczej Finów w niedalekiej przyszłości może mieć negatywny wpływ także na sektor handlu w Estonii. Obroty przeładunkowe portu w Tallinie (podobnie jak i innych estońskich portów) zmniejszyły się o jedną czwartą w porównaniu do roku 2014. Wojna handlowa dotknęła przede wszystkim miejscowe mleczarstwo (którego eksport tylko w pierwszej połowie 2015 r. praktycznie się załamał, ze spadkiem 38–procentowym. Na pogorszeniu sytuacji międzynarodowej i zagrożeniu wojennym – ucierpiała również turystyka (spadek o 14 proc. – a ubytek spowodowała głównie absencja przybyszy z Rosji).

Reasumując – wzrost gospodarczy z prognozowanego 1 proc. PKB – wyhamował dokładnie do zera. Oczekiwania na rok 2016 mówią wprawdzie znowu o osiągnięciu 2 proc., jednak tak jak i poprzednie – wydają się grzeszyć nadmiernym optymizmem, a Estończycy mają słuszne powody do obaw, że powtórzy się czarny scenariusz z lat 2008–9, kiedy to PKB spadło o 18,3 proc. Zwolnienie dotykają zwłaszcza branży energetycznej, a porozumienia, na podstawie których Estonia kupuje prąd ze Skandynawii (hołdując własnej odmianie mitu o „dywersyfikacji i bezpieczeństwie energetycznym), a zatem – co zarzucają m.in. związkowcy – „finansuje miejsca pracy w Szwecji i Finlandii”, redukując je jednocześnie u siebie. Podobieństw do sytuacji Polski jest zresztą więcej – Tallin również zamiast ekonomią woli zajmować się geopolityką na poziomie przedszkolnym, a młodziutki (ledwie 37-letni) premier Estonii Taavi Rõivas już zapowiedział wydanie 40 mln euro na budowę na terytorium kraju stałych baz na potrzeby wojsk amerykańskich, gorliwie też uczestniczy w zrzutkach na unijną „politykę imigracyjną”. To jednak wywołuje kolejne (obok socjalnych) napięcia społeczne. Tylko w sobotę, 6. lutego ulicami estońskiej stolicy przeszedł przeszło 30-tysięczny marsz przeciwników imigracji).

Estonia, choć może mniej histerycznie, niż np. Litwa, nie mniej równie chętnie podtrzymuje wojenną psychozę, związaną z kryzysem ukraińskim, upatrując w tym zapewne szansy skupienia uwagi Zachodu, jak i odreagowania własnych, antyrosyjskich kompleksów. Na razie jednak ta linia polityczno-ekonomiczna przynosi Estończykom (podobnie jak i Bałtom) więcej szkody, niż pożytku.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *