Fenomenologia postmodernizmu

Wkraczając w trzeci wiek Kali Yugi, ludzkość ma przed sobą więcej pytań, niż odpowiedzi, które narastają z każdym kolejnym rokiem zastoju i stagnacji kulturowej, nazywanej przez nas „postmodernizmem” lub Ciemnym Wiekiem. To waśnie głębokie poczucie dekadenckiego nihilizmu, degeneracji, neoliberalnego absurdu, napawa serce większym i donośniejszym strachem. Lecz czymże byłby cel, gdyby droga do niego nie była okryta niepokojem, poczuciem końca, śmiercią i wynikającej z tego wolą walki, życia? Silni ludzie przeszłości – co osiągnął tutaj przypadek, warunek do stworzenia rasy silnej? Czy to przypadek kierował ręce tych, którzy burzyli lub budowali? Czy umysły i słowa, bieg historii to wyraz przemożnej konieczności, woli wyższej, czy po prostu braku mocy, niedostatku sił, wyczerpania?

Czyż owa niesprawiedliwość, bezkarność w swobodzie ducha subiektywnego – nie są jedynie symptomami? Czy prawdziwym powodem nie jest ludzka słabość? Jak mówił ponad dwieście lat temu Georg Wilhelm Friedrich Hegel – historia ludzkości to pęd ku wolności, kroczenie ku wyzwoleniu i ucieleśnieniu Absolutu, którego duch krąży w historii.

„Ludzka słabość” – to określenie mogę nadać na realny postęp dziejowy, ludzkie pragnienie swobody, bez konsekwencji – następstwa tegoż – bezpieka, reifikacja, alienacja; wolność indywidualistyczna – główna przyczyna pozornego „końca historii”, tj. wyczerpania mocy twórczej, dylematu z którym tak usilnie walczymy.

Pytacie więc jaki jest powód współczesnej Kali Yugi? Odpowiedź nie jest trudna – swoboda, współcześnie rozumiana „wolność”, odwieczne ludzkie pragnienie wyzwolenia, tutaj – niezależności, odrodzenia zwierzęcego instynktu, indywidualizmu w działaniu i funkcjonowaniu. Oto prawdziwe przyczyny, które zaraz postaram się wyjaśnić. To fałszywy „pęd ku wolności” został przemianowany na „pęd ku indywiduum”, niepohamowany żywioł,

chaos, którego apogeum właśnie się rozpoczyna – poprzez wyczerpanie ostatnich sił twórczych wymierzonym przeciwko owej „wolności” liberalnej, czyli destrukcyjnej – komunizmu i faszyzmu. Oto przyszło nam żyć w czasach dialektycznego końca, przyszłość nie leży już w rękach woli społecznej, jak to było w latach od 1789 do 1989, lecz w rękach jednostek. Jedno da się już dzisiaj krzyknąć – dopóki człowieka nie pokona ktoś wyższy, dopóty trwać będzie odwieczna walka. Wtedy, kiedy umrze „ostatni człowiek” będziemy mogli powiedzieć z czystym sercem – walczymy z „końcem historii”, wołamy więc – historia nie może się skończyć, nie tak, nie na takim etapie, nie teraz.

Człowiek współczesny formalnie, świadomie nie lubi się podporządkowywać, jest zbyt leniwy by jego akt obowiązku społecznego mógł być uznany za radosny i świadomy. Formalnie, bo praktycznie jego życie jest pasmem wyrzeczeń w imię – właśnie, czego? W imię przetrwania, utrzymania życia? Lecz jaką wartość ma to życie, skoro nie stoi nad nim jakiś cel, skoro jedynym „sensem” takiego istnienia jest np. zarabianie pieniędzy na coraz to bardziej nieprzydatne rupiecie lub tracenie czasu na kolejny nudny, monotonny pornos lub mecz piłkarski? Jakie prawo więc, jaka siła, determinuje zależność zwaną „wolą przetrwania”, zależność, która dzisiaj szczególnie przybiera na znaczeniu, gdy postczłowiek dokonuje szeregu zabiegów, aktów desperackich w utrzymaniu żyć, które żadnej wartości już nie posiadają.

Faktem istnienia na poziomie ducha obiektywnego jest działanie, świadomość tego działania, poświęcenia, które nie istnieje, nie może zaistnieć w realnej rzeczywistości. Desperackie pragnienie istnienia tego aktu świadomości, wysuwało wiele utopijnych ruchów z komunizmem na czele – obowiązek społeczny, wola jego wykonania, miała już być zakorzeniona w fundamencie rewolucji – proletariacie lub mogła zostać stworzona poprzez egalitarne społeczeństwo, w którym obywatel z uśmiechem na ustach podjąłby się bezinteresownej pracy w imię dobra całej wspólnoty i ludzkości. Piękne wizje transcendentnego raju, końca historii i początku ery stabilności, złotego wieku, spełzły na panewce. Pytamy więc – dlaczego? Dlaczego coś zawsze nam, ludziom, umyka? Dlaczego nie wymazać z naszych wizji „lepszego świata” rzeczy których nie jesteśmy w stanie spełnić lub osiągnąć? Dlaczego nie skreślić słów takich jak równość, wolność, sprawiedliwość, szczęście, skoro ich realizacja jest z góry skazana na porażkę. To umyka uwadze współczesnych – cała historia dąży do jednego skutku. Dla liberałów – ku wolności jednostki, dla komunistów – do panowania ultra egalitarnego społeczeństwa, bez wyzysku i ucisku. Jeśli historia miałaby cel – cel ten musiałby być osiągnięty, jeśli czas jest finalny – co jest w taki razie po czasie, czym jest koniec?

Historycyzm absolutny a historyzm ludzki

Oto wielka pomyłka! Historia nie jest determinowana przez ludzi oraz zależności między nimi, lecz jest częścią Absolutu (historia absolutna), do którego nie mamy dostępu, więc w wymiarze czystko ludzkim – historia to chaos, nie ma tutaj określonego porządku oraz celu. Historia ludzka (obiektywna i subiektywna) jest ciałem, ona istnieje, ale jej esencja leży w rękach ludzi, czyli to człowiek może ją naginać, świadomie, a więc wedle swej woli, dostosowywać do pewnego istniejącego transcendentnie, absolutnego celu – Tradycji. Świat jest tym lepszy – im bliżej jest urzeczywistnienia idei absolutnych, im bliżej jest realizacji jednego, świętego porządku na ziemi. Nic jednak nie nadejdzie samowładnie, komunizm, New Age, czy inny idealistyczny twór nie wskoczy do nas oknem. Czas oraz jego esencja leży w woli ludzkiej (nadludzkiej), w naszym wymiarze nie ma odgórnego kształtu, to my musimy nadać mu sens, w każdej chwili realizować jego istotę, dążyć do niej. Fenomenem jest więc – wytrącenie pojęcia absolutnej konieczności i celowości, gdyż „cel” jest pojęciem relatywnym w wymiarze ludzkim. Jest wiele celów do których dąży świat, lecz nie są one

jednolite – istnieją cele „słuszne” i cele „fałszywe”. Jak już wspominałem – słuszny jest ten, który operuje najbliżej idei absolutnych. To zgubiło np. komunistów – świat rzekomo ma jeden finał – komunizm, więc wszystkie siły, jakiekolwiek by nie były, determinują jego nadejście, nawet te jemu przeciwstawne, wszystko miało jeden, ludzki zamysł – świat komunistyczny, tudzież również i egalitarny. Oto nieszczęście największe – ze względu na chaos ludzkiej historii – desperacja każe nam znajdować w niej porządek, pewną celowość, sens. Jak dobrze wiemy komunizm nie jest już siłą wpływającą na bieg świata i nic nie zapowiada się na jego rychłe odrodzenie, dlatego pompatyczna idea „komunistycznego końca historii” wydaje się raczej śmieszna, niż poważna. Ten który twierdzi inaczej jest po prostu idiotą, którego oczy patrzą jeszcze wzrokiem XIX wiecznego proletariusza.

To co przyjęte być powinno – Absolut jest jeden i ma swój zamysł, historia ludzka ma wiele celów, dla nas cel jest jeden, określony Novus Ordo Seclorum, Nowy Porządek Świata.

Noeza i noemat – przedmiot badania fenomenologicznego

Aby zdjąć ten ckliwy, fałszywy płaszczyk ludzkiego, a więc subiektywnego, fikcyjnego absolutyzmu, potrzeba realistycznego spojrzenia na rzeczywistość – adogmatycznej fenomenologii. Człowiek nigdy nie pozna ducha absolutnego, tak samo jak nie jest w stanie rozumieć np. kantowskiego noumenu – tak nie pozna nigdy platońskich idei lub neoplatońskiej Jedni. Głęboko wierzymy, że prawda absolutna istnieje, istnieje czysty, doskonały świat idei, lecz człowiek z przyczyn czysto praktycznych nie ma do niego dostępu. Może jedynie spekulować, określać ułomnym językiem fenomeny – ludzkie odbicia noumenów (idei) i poprzez noezę dotrzeć do części ludzko teoretycznej – noematu, czyli przedmiotu badania fenomenologicznego. Co więc wymaga od nas fenomenologia? Otóż wymaga czystego podejścia do analizy noematu – intencjonalny akt świadomości – noeza. Wiąże się z tym zawieszenie wszelkiego sądu o rzeczywistości – redukcja husserlowska (epoche), czyli określenie świata bez kategorii a priori oraz a posteriori. Analizując świat – podmiot musi przyjąć dwa stanowiska:

analityczne (analizujące aktualny stan wiedzy, nie poszerzające, oparte na zasadzie niesprzeczności, pewne, niepodważalne np. zdanie „ziemia jest elipsoidą oraz jednocześnie geoidą”. Nie występują sądy analityczne a posteriori – wynikające z doświadczenia)

syntetyczne (poszerzające nasz zasób wiedzy np. każde ciało ma określony ciężar, sądy syntetyczne a priori mają charakter pewny np. 62+6=68 miało by być sądem syntetycznym a priori, czyli poszerzającym naszą wiedzę)

Dla naszej sprawy obstawiam stanowisko drugie, które określając rzeczywistość i byt – nadbudowuje analizę o nowe formy poznania. Metoda syntetyczna poszerzając zakresy epistemologiczne – analizuje ontologię pod nowym kontekstem praktycznym, stosuje popularne już wśród nas metody dialektyczne oraz adogmatyczne, przez co akt intencjonalny ukierunkowuje się w coraz doskonalszym kierunku, bliższym ducha absolutnego.

Dochodząc do fenomenologii ducha – Hegel wyróżnił trzy podstawowe „formy” ucieleśniania się Absolutu:

duch subiektywny (instynkt indywidualny, dusza, rozsądek, myśli i subiektywne opinie, życie codzienne, duch wyłaniający się bezpośrednio z przyrody oraz własnych określeń – antropologia oraz psychologia)

duch obiektywny (zaklasyfikowanie duchów subiektywnych w większy mechanizm – państwo, prawo etyczne i moralne, prawo abstrakcyjne, zewnętrznej i obiektywnej formy)

duch absolutny (ukazujący się w sądach metafizycznych – religii i prawie boskim, absolutnym, romantycznym, nieokiełznanym, tajemniczym i irracjonalnym duchu, którego wyraz możemy jedynie przedstawiać w symbolicznych formach sztuki, religii, czy rytualistyki)

Hegel w genialny sposób w książce „Fenomenologia ducha” ukazuje sposoby ucieleśniania się Absolutu, gdzie historia dzieli się na dwa światy – czysto absolutny oraz czysto ludzki, które wzajemnie się przenikają, istnieją w sobie i dążą do „ujawnienia” się Absolutu. Mimo to nie od czynników deterministycznych zależy jego realizacja, lecz od czynników wolitywnych – tak jakby historia była ciałem z którym możemy zrobić co chcemy, możemy przekształcać w dowolnym kierunku, lecz to od nas zależy czy ta realizacja, to tworzenie świata i historii, idzie w dobrym, czy złym kierunku.

Czas nam przeznaczony – jest czasem udoskonalania się, ciosania kamienia, którego użyjemy do wybudowania Świątyni Ludzkości, której to my jesteśmy rycerzami. Czasem do budowania, do tworzenia, do zbliżania się przez to do idei absolutnej. Naszym celem jest „Bycie w świecie” – uosobienie się Dasein.

Epistemologia oraz ontologia

Z racji tego, iż nie dane jest nam poznać Absolutu – musimy przyjąć stanowisko fenomenologiczne i starać się o jak najpełniejsze poznanie fenomenu, podmiotu, który jest nam dany. Fenomen to bierne odbicie noumenu – bytu samego w sobie – który jest dany naszej percepcji oraz racjonalności. W przedmiocie naszej analizy nie może znaleźć się duch subiektywny, który reprezentuje naszą zmysłowość, percepcję, swoiste esse est percip (być to postrzegać), przez co rodzi niepotrzebny indywidualizm oraz personalizm.

Idealizm subiektywny jest cechą ludzką, powszechną i mimo, że może być prawdziwy – nie możemy wśród nas dopuścić do jego rozpowszechnienia, gdyż prywatne interpretacje mogą służyć jedynie jako udoskonalenie ogólnej idei. Duch ludzkiego Id oraz Ego jest intencjonalny oraz subiektywny, ale poza nim – istnieje duch obiektywny (do którego możemy się zbliżyć) oraz duch absolutny, który dotyczy całego bytu. Naszym zadaniem jest odkrycie oraz poruszanie się w duchu obiektywnym i traktowanie ludzi nie jako cel, ale jako drogę, jako pewien schemat, narzędzie do realizacji wyższych, transcendentnych idei.

Istnieją definicje podmiotów, istnieje heideggerowskie Dasein – „Jestestwo” i naszym celem jest odkrycie ukazanych percepcji i rozumowi części tych określeń – fenomenów. Wszystko to przekłada się na funkcje czysto praktyczne – odrzucamy racjonalizm – byt nie jest poznawalny rozumowo, byt jest irracjonalny, istnieją na tym świecie siły do których nie mamy dostępu, istnieje coś poza bytem, poza byciem, poza kategoriami apriorycznymi – czasem, przestrzenią, nieskończonością, wiecznością. Co musimy uznać za dogmaty – fakt istnienia bytu, fakt „bycia”, istnienie Absolutu oraz czasu, przestrzeni, nieskończoności. Nie możemy więc mówić – cogito ergo sum lub esse est percip, gdyż mimo, iż rzeczywistość ludzka (fenomenologiczna) jest poznawalna subiektywnie i empirycznie (w myśli – nie istnieją fakty, istnieją interpretacje) – w ludzkim umyśle znajdują się transcendentalne kategorie aprioryczne (np. czas i przestrzeń), lecz jest to tylko sfera czysto ludzka, mikrokosmos. Filozofia nie powinna zajmować się subiektywizmem, lecz absolutyzmem i obiektywizmem, czyli zgłębianiem makrokosmosu – irracjonalnej części rzeczywistości, która nie jest w stanie być poznawalna przez percepcję oraz racjonalizm. To jest główny powód, aby swoje życie zawierzyć w ręce Absolutu, którego większość z nas nazywa siłą sprawczą – Bogiem.

Wielu zarzuciłoby mi w tej kwestii dogmatyzm, lecz jest to element nazywanego przez Immanuela Kanta – sądu syntetycznego a priori – jeśli nie możemy racjonalnie poznać podmiotu – musimy przyjąć pewien dogmat. Dla uproszczenia podam dialektyczny przykład – argument „Bóg istnieje” jest równie przekonujący jak jego antyteza – „Bóg nie istnieje” lub „Czas i przestrzeń mają swój początek i koniec” jest tak samo prawdopodobny, co teza „Czas i przestrzeń nie mają początku ani końca” lub „Byt określa świadomość” do zdania

„Świadomość określa byt”. Rozum czysty nie może dojść do sedna tych problematów, dlatego rozum praktyczny formuje postulaty – zakładamy istnienie pewnych rzeczy do których nie mamy dostępu. Wszystkie podane tezy można zastosować w naszym działaniu – tworzymy postulaty, którym jesteśmy wierni, analizujemy świat poprzez fenomenologię i modyfikujemy go względem doskonałego świata idei, który reprezentuje Istota Najwyższa.

Bóg umarł! To zdanie wykrzyczał ponad sto lat temu Fryderyk Nietzsche. Wbrew powszechnej liberalnej retoryce – nie jest to manifest ateistyczny. Gott ist tot – to ukazanie, brutalnie gnijącej kultury opartej na religijnym fundamencie, którym była idea Boga. Ludzie przestali odczuwać Istotę Najwyższą, dlatego przyjęta etyka zawieszona jest w próżni, następuje głęboki i drastyczny kryzys moralny – szerzący się ateizm i agnostycyzm, nihilizm praktyczny. Moralność nie ma już wartości, nie ma oparcia. Resentymentalny charakter etyki miłosierdzia jest jedynie pustym szyderczym słowem – miłujcie się. Miłuj swoich nieprzyjaciół, miłuj pokój, kochaj wszystkich bez wyjątku. Nie będą tłumaczył tutaj niebezpieczeństwa tych nauk, jestem świadomy, że wszyscy, którzy choć trochę posiadają zmysł krytyczny, je znają. Faktem jest iż chrześcijaństwo nie ma w sobie mocy, nie ma ducha krucjatowego, nie stoi na straży Tradycji i nie realizuje swoich celów. Ewangelizacja zamieniła się w puste działania – jak mówi Ronald Lasecki – pop ewangelizacje, przez co tzw. duch chrześcijaństwa przestał istnieć tuż po II soborze watykańskim. Tak więc „siła” współczesnego chrześcijaństwa nie może pomóc nam w działaniu, nie da się budować nowego porządku na gruzach czegoś, co już dawno upadło.

Problemem jest – co my, ludzie Tradycji, z tym zrobimy? Czy zignorujemy kryzys moralny, śmierć fundamentów etycznych? Odpowiadam – Nie. Nie da się wymazać Boga ze świadomości społeczeństwa za wszelką cenę. Tradycjonalistyczna rzeczywistość potrzebuje siły najwyższej. Bóg jest patronem Tradycji, Bóg jest Tradycją, Istota Najwyższa jest naszym celem, reprezentuje duch absolutny, który wyznajemy i któremu służymy. Każde nasze słowo, każdy czyn powinien odnosić się do pierwotnego zamysłu Wielkiego Architekta Wszechświata.

Tradycjonalizm rzymskokatolicki i duch neopogański wobec postmodernizmu

Musimy zadać sobie fundamentalne pytanie – czy w rzeczywistości pogaństwo kiedykolwiek stało antagonistycznie do katolicyzmu? Zagłębiając się w historię ruchu chrześcijańskiego dochodzimy do wniosku, że jednak nic takiego, ideologicznie, nie istniało, nie istniała głębsza przepaść między religiami, które dzisiaj nazywa się „pogańskimi”, a katolicyzmem, szczególnie scholastycznym. „Duch pogański” niewątpliwie nabrał dziś bardziej pejoratywnego charakteru, choć to na nim opiera się tradycjonalistyczna oraz konserwatywna nauka Kościoła przedsoborowego.

Ruch chrześcijański, zapoczątkowany przez apostołów, uczniów Jezusa z Nazaretu, początkowo miał być bardziej formą odnowy zdegenerowanego judaizmu, próbą przewartościowania wartości, które i tak dawno umarły śmiercią czasu oraz zmian, czy to społecznych, czy politycznych. ‘Religia resentymentu’, jak nazywa ją Fryderyk Nietzsche, wkrótce stała się pokaźnym ruchem destrukcyjnym w Cesarstwie Rzymskim. Lecz tej „destrukcji” nie utożsamiajmy z czymś złym i godzącym w prawo absolutne. Już w religiach archaicznych – np. hinduizmie, motyw „zniszczenia” przybiera znaczenie bardziej pozytywne, niżeli negatywne, jak to się współcześnie pojmuje. W powedyjskiej, bramińsko-aryjskiej kulturze północnych Indii wykształcił się pewien schemat afirmacji Absolutu – Istota Najwyższa objawiała się w trzech postaciach:

Brahman (Stwórca świata oraz kolejnych epok objawiających się w Yugach np. współczesna Kali Yuga oraz wcześniejsze – Tetra Yuga, Dwapura Yuga, Satja Yuga – motyw

tej regresyjnej w stosunku do współczesności „cywilizacji” objawia się również w mitologii greckiej np. wiek złoty, srebrny, brązowy, spiżowy i żelazny)

Wisznu (ten, który podtrzymuje świat, kiedy śpi – ziemia pogrąża się w chaosie, lecz kiedy się budzi – wysyła na ziemię swoje awatary, czyli wciela się w postać ludzką, po czym daje ludziom wskazówki jak stworzyć nowy porządek. Znamy kilka awatarów Wisznu np. Rama, Kryszna i Budda Siakjamuni lub przeróżne dewy oraz dewi)

Siwa (niszczyciel świata, witalność, ruch)

Motyw Siwy jest tutaj kluczowy – siła niszcząca była gloryfikowana, jako coś, co nadaje światu nową witalność, energię, jest pewną bramą do czegoś nowego, lepszego, do nowego porządku. Podobny motyw pojawia się w ezoterycznym okultyzmie – w wizerunku Baphometa Eliphasa Leviego. Ręce kozła układają się w znak Hermetyzmu (jak i na dole, tak i na górze), jedna ręka wskazuje na biały księżyc Cheseda, drugą na czarny księżyc Geburah, który symbolizuje siłę niszczącą, co wskazuje, że siły tworzące i siły niszczące żyją ze sobą w zgodzie, wzajemnie się uzupełniają i realizują.

Pierwotne chrześcijaństwo było właśnie tą siłą niszczącą, tą śiwaicką mocą, która niszcząc – tworzy coś zupełnie nowego. Lecz zanim potwierdzę to co przed chwilą powiedziałem – zajrzyjmy do historii. Czy „czyste” chrześcijaństwo mogło stworzyć potężną kulturę, która mieni nam się w późnym średniowieczu? Czy doktryna ascetycznego miłosierdzia, pacyfizmu, jest w stanie wznieść potężne mury katedr oraz organizować wyprawy krzyżowe do Ziemi Świętej w celu głębszej realizacji oraz ukazania się nowego ducha rycerskiego? Odpowiedź brzmi – nie. Co więc było czynnikiem determinującym powstanie wspaniałej kultury średniowiecznej oraz doktryny katolickiej?

Jeśli nie etyka miłosierdzia to coś bardziej wyrafinowanego i „ówczesnego”, czyli owe religie pogańskie, których oddziaływanie na chrześcijaństwo było większe niż sam sens nauk Jezusa. Ojcowie Kościoła zdawali sobie sprawę, że chrześcijaństwo pierwotne jest dosyć prymitywnym i mało wyrafinowanym prądem myślowym, dlatego wszelkimi sposobami próbowali urozmaicić, wzbogacić pustą doktrynę chrystianizmu o wątki czysto pogańskie, widoczne szczególnie w filozofii św. Augusta z Hippony oraz św. Tomasza z Akwinu, gdzie wyraźnie rysuje się grecko-rzymski charakter filozoficzny (np. idealizm platoński oraz arystotelesowska logika). Sama postać Jezusa została wzorowana na postaciach z różnych religii „solarnych” wschodu (Julius Evala powiedziałby – religii aryjskich), szczególnie tradycji indo-irańskiej jak postać Zaratusztry oraz Mitry (mitraizm był swego czasu bardzo popularnym kultem w schyłkowym czasie Imperium Rzymskiego), od których chrystianizm zapożyczył wiele elementów, w tym czysto rytualistycznych (np. rytuał zamiany wina w krew oraz chleba w ciało).

Późniejsze wątki pogańskie stawały się w średniowiecznym katolicyzmie coraz częstsze, w szczególności w wyniku nawracania pogan np. w Germanii, Skandynawii lub na Słowiańszczyźnie. Politeistyczne kulty zamieniły się w kult świętych, kult bóstw kobiecych (np. Izydy, czy Afrodyty) przeniknęły do kultu maryjnego, co było zabiegiem naturalnym, jeśli Kościół chciał się zagnieździć pokojowo na „nawróconych” terenach, gdzie świadomość „pogańska” była bardzo silnie zarysowana i zakorzeniona. Nie jest to czymś złym, bo świadczy to o tym, że tradycyjny katolicyzm (a nie współczesny posoborowy pseudokatolicki „protestantyzm”) jest jedynie połowicznie chrześcijański, a prawdziwą moc czerpie pełnymi garściami ze źródeł pogańskich, co nie występuje np. w mieszczańskim, prymitywnym protestantyzmie, który najbliżej w swojej ideologii dopasowuje się do pierwotnych chrześcijan.

Wniosek – tradycjonalistyczny katolicyzm i pogaństwo się uzupełniają, a w przyszłości obie doktryny powinny ściślej ze sobą współpracować, a nie się zwalczać nawzajem, gdyż zagrożeniem dla katolicyzmu nie było pogaństwo, lecz duch liberalny, który wkradł się w

okresie renesansu do Kościoła – duch reformacji, który zamiast uzdrowić chrześcijaństwo – jeszcze bardziej je zniszczył, był bramą do powstania kapitalizmu (kapitalizm powstał w krajach protestanckich, gdzie królowała reformacyjna wiara w „postęp”) oraz świadomości burżuazyjnej (np. poprzez luterańskie przykazanie – nie przez uczynki, lecz przez wiarę osiągamy zbawienie, co stało się późniejszą pożywką dla socjaldemokratycznego konformizmu). Oczywiście wątki pogańskie w katolicyzmie to temat na większy artykuł, tutaj starałem się zarysować jedynie sens tego porównania.

Nowa Hierarchia

Rozważając funkcje teoretyczne – najważniejszym jest zrozumienie współczesnego świata, a gdy posiądzie się tą wiedzę – przejście do realizacji postanowionych celów. Świadomość przyczyn degradacji, zamiany spenglerowskiej „kultury” w postmodernistyczną „cywilizację”, zakończenie cyklu kulturowego to tylko odbicia prawdziwych przyczyn. Historia ludzkości to pęd motłochu ku najszerszej indywidualności. Pęd ten był wielokrotnie oraz długo hamowany przez wyższe jednostki, zupełnie tak jak odpowiedzialni rodzice ograniczają swoje dzieci – by te, znając poczucie autorytetu – umiały się podporządkować, a przez to – móc odpowiednio wykształcić do pełnienia w przyszłości obowiązku społecznego. Czy dzieci chcą tego? Czy nie bardziej pragną żyć niezależne, bez żadnych zobowiązań? Owszem, lecz rozróżnijmy „prawdę” od „konieczności”, „fakt” od „słuszności”. Świat to nie świadomość jednostki, świat to świadomość ludzkości, więc wszystko co stoi antagonistycznie do porządku, który ucieleśnia się w prawie absolutnym, społeczeństwie kolektywnym oraz państwie tradycjonalistycznym, powinno zostać zlikwidowane. Ludzkość musi zlikwidować współczesną wolność – musi zostać poddana odgórnej dyscyplinie oraz kontroli. Wszyscy, którzy stoją przeciwlegle do wolności – wybierają przyszłość, lepszą przyszłość.

Nasza filozofia wolności sprowadza się do wyższych i niezrozumiałych dla pospólstwa idei. Jak mówił Schopenhauer – życie człowieka to wola życia, czyli wola przetrwania. Wola życia to stan, dzięki któremu żyjemy. Rodzi się, gdy świadomie walczymy o przetrwanie, walczymy z końcem, ze śmiercią. Strach przed końcem sprawia, że gdy jesteśmy głodni – jemy, zmęczeni – śpimy. Niepokój egzystencjalny, który jest nieodłącznym towarzyszem istnienia w świecie – jest w pewnym sensie zdeterminowaną wolnością, tym bardziej, że jest to wolność z ogromną odpowiedzialnością – w podejmowanych świadomie wyborach decydujemy o naszym życiu, o utrzymaniu się przy życiu, walce o odsunięcie dalej w czasie momentu końca. Łączą się z tym bardziej pierwotny instynkt – dominowanie. Jeśli ta cecha zostanie przełożona z jednostek – na cel całego społeczeństwa, wtedy możemy mówić o społeczeństwie indywidualistycznym, liberalnym, czyli destrukcyjnym. Państwo zamienia się wówczas w pole walki prymitywnych podjednostek ze sobą, walki o dominację materialną.

Aby temu zapobiec – Schopenhauer wysuwa jeszcze jeden rodzaj wolności – wolność od woli życia, czyli poddanie się pod opiekę woli powszechnej lub woli wyższej. Odpowiedzialność zostaje zdjęta, więc jednostka słaba otrzymuje poczucie bezpieczeństwa, czyli paradoksalnie – podporządkowanie się jest wyzwoleniem, wyzwoleniem od przykrego obowiązku ciągłego decydowania o sobie, walki o byt. Oto nasze rozumienie wolności – wyzwolenie się od wszelkich ograniczeń materialnych, prymitywnych pragnień, poddanie się pod opiekę społeczną oraz poszukiwanie wyzwolenia nie materialnego, lecz duchowego – poszukiwanie drogi ku boskości. Dlatego rozgraniczamy również pojęcie jednostki społecznej od nadjednostki, która ma sprawować nad nimi kontrolę.

Nadjednostka, nadczłowiek – to istota ponadludzka, o wysokiej sile twórczej (woli mocy) oraz głębokiej świadomości , przez co może zostać tj władcą, autorytetem, być wydzielonym

od ciemnego plebsu, a przez to posiadać inne obowiązki oraz prawa. Dla niej „wola życia” nie istnieje, strach zostaje przezwyciężony. Historycznie robiło to się w zabiegu „inicjacji”, popularnej szczególnie w środowiskach wolnomularskich oraz np. okultystycznych, ezoterycznych (np. w antycznych misteriach egipskich) lub gnostyckich.

Hierarchia jako „święty porządek” jest naturalnym, boskim stanem rzeczywistości. Zwierzęta, rośliny, różne byty, posiadają swoistą hierarchię – od podmiotów słabo do najlepiej rozwiniętych. Dlatego człowiek nie powinien być tutaj wyjątkiem. Dotychczas „wychowanie” miało na oku pożytek jednostki, nie jak największy pożytek przyszłości, lecz pożytek jednostek, istniejących w danej chwili. Wzrastające skarlenie człowieka faszerowanego egalitarną utopią, jest właśnie bodźcem do myślenia o hodowli rasy silniejszej. Nadejście nadczłowieka poprzedzają znaki – ostatni człowiek, absolutna degeneracja oraz degradacja, wyczerpanie siły twórczej, odpływ woli mocy społeczeństwa, czyli wszystkie cechy społeczeństwa postindustrialnego, liberalnego, nihilistycznego. Oto symptomy słabości, wolności. Wolność – jest tym co pokonane być powinno. Pomijając prawdziwą wizję tego słowa – współczesna „wolność” jest główną siłą sprawczą, fałszywym bóstwem, do którego modli się współczesna postmoderna. Należy ją zniszczyć – człowiek nie powinien być w centrum świata, lecz Idea, a takowa wolność – swoboda, niezależność, jedynie hamuje ten proces „odhumanizowania” (pokonania racjonalistycznego humanizmu) świata, zamienienia antropocentryzmu na ideocentryzm lub teocentryzm. Człowiek nie powinien być celem, życie musi być drogą ku doskonałości, ku zjednoczeniu się z Bogiem, dla jednostki społecznej– transcendentnym rajem, tutaj może przydać się np. idea zbawienia zbiorowego w islamie lub chrześcijaństwie, a dla nadjednostek poprzez buddyjską nirwanę lub hinduską mokszę. Zatopieniu się w boskim polu życiowym, poprzez obowiązek społeczny oraz indywidualny (samorealizacja duchowa). Potrzebny jest więc ścisły porządek – system kastowy, który da ludziom możliwości do osiągnięcia tych celów.

Julius Evola mówił: „Błędem jest utożsamianie hierarchii świata tradycyjnego z tyranią klas wyższych. Jest to jedna ze „współczesnych” teorii, całkowicie obca myśleniu tradycyjnemu. Doktryna tradycyjna opierała się na akcie duchowym jako „akcie bez aktywności”; mówiła o „nieruchomym napędzie”, korzystając z symboliki „bieguna”, niezmiennej osi, wokół której odbywa się wszelki uporządkowany ruch.”.

System kastowy będzie więc systemem realizowania możliwości – każdej jednostce przypisywany będzie pewien cel, atut, dzięki któremu jego „bycie w świecie” nabierze zupełnie innego wydźwięku – zamiast biernego „istnienia” – jednostka stanie się aktywnym uczestnikiem życia kulturowego, gospodarczego, kolektywnego. Sfera polityczna zostanie przeznaczona dla nadjednostek. Tutaj wysuwam nową teorię systemową – system zakonny jako idealny ustrój.

W średniowieczu wypracował się klarowny model władzy – potęga świecka oraz duchowa. Władzę transcendentną (duchową) reprezentował najczęściej kapłan, papież. Władzę immanentną (materialną) sprawował książę, król (cesarz). Te schematy jednak nie stały się idealne, gdyż dzieliła ich przepaść – historia stała się motywem walki religii i świeckości. Postuluję więc połączenie obu sfer – materialnej i duchowej w osobie mnicha. Żyjąc w ascetycznym środowisku zakonnym – mnich nie troszczy się o sprawy czysto ludzkie, czyli prymitywne – nie ma na oku rodziny, majątku, więc jego, pozbawiona stresu i przywiązań,

praca nie podlega współczesnym politycznym przestępstwom – korupcji i nepotyzmowi. Scalenie prawa boskiego z prawem społecznym ujawnia się z samej postaci mnicha-władcy, gdyż reprezentuje on nie tylko władzę duchową, wolę boską, ale i władzę polityczną, czyli realizację postulatów, idei transcendentnych w świecie czysto praktycznym, powierzchownym.

Nowy Porządek Świata nie jest ideą, którą determinują wszystkie współczesne siły we wszechświecie, jest ideą, którą samowładnie należy stworzyć, wykreować, odkryć. Nowy Porządek nie wskoczy do nas oknem, nie wejdzie drzwiami na zawołanie. Przyszłość leży w rękach tych, którzy są jej godni, ta lepsza przyszłość.

Jakub Andura

/zam. R.L./ 

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Fenomenologia postmodernizmu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *