Gdy arystotelizm i tomizm stały się ideologią

Przeczytałem tekst Pani Magdaleny Ziętek „Człowiek człowiekowi wilkiem, czyli o konserwatyzmie Adama Wielomskiego raz jeszcze” i bezradnie rozłożyłem ręce. W sumie dalsze polemiki nie mają sensu z powodu natury metodologicznej.

Ja bardzo szanuję i Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu. Tak na gruncie filozoficznym, jak i nauk społecznych. Opis Akwinaty – oparty na Arystotelesie – w jaki sposób należy poznawać prawa natury uważam za fenomenalny. Przypomnijmy: zmysłami należy zebrać materiał empiryczny, na jego podstawie wykryć zasady obowiązujące w naturze, a następnie uruchomić rozum, aby stwierdzić do czego to wszystko służy. Są jednak takie elementy, które w tomizmie mnie nie przekonują. Dla przykładu: tak jak pisałem wcześniej, tomistyczną antropologię uważam za pochopnie pesymistyczną i w kwestii tej oddaję palmę pierwszeństwa Biskupowi z Hippony. Podchodzę więc do takich tytanów intelektu jak Arystoteles i św. Tomasz z Akwinu z szacunkiem, ale nie bezkrytycznie.

I to różni mnie od Pani Magdaleny Ziętyk, która wydaje się być tomistką i arystotelistką radykalną i fanatyczną. Nie jest dla niej już w sumie istotne jak świat wygląda w rzeczywistości. Liczy się tylko to, co o tym świecie napisali Arystoteles 2500 lat temu i św. Tomasz z Akwinu 700 lat temu. Jeśli napiszę cokolwiek innego niż ci dwaj giganci umysłu, to ex definitione jest to błąd. Jestem ciekaw czy Pani Magdalena przyjmuje na przykład za swoją archaiczną kosmologię i zoologię Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu? Czy przyjmuje Pani ideę sprawiedliwej płacy i ceny wypracowaną przez Akwinatę z obserwacji systemu cechowego i gildyjnego? Czy ma Pani konto w banku, czy też – za Akwinatą – brzydzi się Pani lichwą?

Tak jak napisałem: Arystoteles i św. Tomasz uważali, że najpierw zmysły zbierają materiał empiryczny, szukają prawidłowości, a następnie rozum przychodzi i zadaje pytanie: czemu to służy? Dzięki temu uzyskujemy ostatecznie sądy o rzeczywistości. Niestety, Pani Magdaleny nie interesuje już materiał empiryczny, nie interesuje jej praca zmysłów i rozumu, lecz ostateczne formuły, którymi swoje badania skonkludowali Obaj Wielcy. Czyli porzuca Pani cały ich aparat metodologiczny, aby przyjąć gotowe twierdzenie, do którego podchodzi dogmatycznie. W ten sposób filozofia, która u swojego źródła miała badanie empiryczne świata, przekształciła się w skostniały, holistyczny i chciałoby się rzec „zideologizowany” system apodyktycznych twierdzeń o rzeczywistości.

Z punktu widzenia tak pojętej apodyktycznie filozofii arystotelesowsko-tomistycznej, próbuje mnie Pani gromić. Ale nie tylko mnie, lecz wszystko co powstało po XIII wieku. I słusznie: skoro Akwinata pisał w XIII wieku, to wszystko co było później i było inne i nowe, musi zostać uznane za odejście od pra-wzorca, od archetypu. W Pani interpretacji świat od XIII wieku przestał się rozwijać we wszystkich sferach, lecz ulega degeneracji, ponieważ zaczął odchodzić od porządku opisanego i ponazywanego przez św. Tomasza. O ile Akwinata szukałby praw natury studiując nową rzeczywistość, aby na tej podstawie rozum wysnuł prawa natury, o tyle Pani Magdalena odrzuca cały późniejszy świat, bo przecież św. Tomasz, posiłkując się Arystotelesem, już wszystkie kwestie raz na zawsze rozstrzygnął.

Niestety, Magdalena Ziętek powtarza wszystkie błędy schyłkowej scholastyki. Filozofowie Renesansu mieli rację – niestety – gdy twierdzili, że schyłkowa scholastyka przestała badać świat, zajmując się jedynie komentarzami Akwinaty do tego świata. Pisali więc ostatni scholastycy same komentarze do komentarzy. Dla przykładu: jeśli św. Tomasz opisałby życie żab i na podstawie obserwacji wysnułby jakieś twierdzenia o tym gatunku, to schyłkowi scholastycy – aby badać żaby – czytaliby, studiowali i komentowali jedynie fragment „Sumy teologicznej” na temat żab. Pisaliby na ten temat grube traktaty, komentarze do komentarzy, czynili kolejne fachowe rozróżnienia terminologiczne. Ale żaden z nich nie pofatygowałby się nad stawik, aby żaby pooglądać jak pływają w wodzie. Pani Magdalena robi dokładnie to samo w dziedzinie nauk o polityce i filozofii. Skoro zaś Adam Wielomski chodzi nad stawik i żaby ogląda, to jest filozoficznym heretykiem, bo przecież powinien był wyłącznie komentować żaboznawcze fragmenty Akwinaty, najlepiej z dodatkiem żabologii Arystotelesa.

Każdy, kto od żaboznawstwa arystotelesowsko-tomaszowego odchodzi, jest heretykiem w nauce o żabach. Wszyscy heretycy są tacy sami. Pani Magdalena pisze: „Tak, nie lubię antropologii św. Augustyna, Lutra, de Maistre`a, Donoso Cortesa, Carla Schmitta, a także Makiawela, Hobbesa, czy też właśnie „ducha pruskiego””. Czyli do jednego worka poszli wszyscy, którzy nie wyznają antropologii tomistycznej. Makiaweli, Donoso i św. Augustyn w jednym worku. Zaraz obok pojawiają się – pod moim adresem – zarzuty o nietzschanizm, nominalizm i nihilizm. Jasne, to logiczne: nihilista niczym nie różni się od konserwatysty; ateista od augustianisty; nominalista od kolektywisty. Przecież to są tylko kolejne odstępstwa od jedynie słusznego arystotelizmu-tomizmu. św. Tomasz z Akwinu wszystko przecież napisał, udzielił odpowiedzi na wszystkie pytania, wszystko opisał, wszystko rozstrzygnął. Można więc wszystkich tych, którzy się z nim nie zgadzają, wrzucić do jednego worka z napisem „rewolucjoniści i kontrrewolucjoniści”. Paroksyzmem tego poglądu jest następujące zdanie: „Z empiryzmem, nominalizmem i nihilizmem, który reprezentuje Adam Wielomski, powiązana jest oczywiście jego koncepcja katechona”. Co ma więc na przykład katechon wspólnego z nominalizmem??? Nie ważne, nie ma go u św. Tomasza, a skoro tenże zwalczał też nominalizm, to można te dwa pojęcia wpakować do jednego worka.

W komentarzu pod swoim tekstem Magdalena Ziętek pisze: „nie będę wypowiadać się na temat Augustyna, bo nigdy się w to głębiej nie zgłębiałam”. I słusznie. Po co tracić czas na św. Augustyna, skoro św. Tomasz w tylu miejscach mu zaprzeczył? Właściwie to św. Augustyn został unieważniony przez Akwinatę. Może nawet, po pisarstwie Tomasza, stał się heretykiem? Może przez 1000 lat Kościół był w błędzie uważając jego nauki za podstawowe dla katolicyzmu? Właściwie to może nawet Kościół był w błędzie aż do II połowy XIX wieku, gdy doszło do „renesansu tomistycznego” za Leona XIII?

Prawdę mówiąc uważam dalsze polemiki za bezcelowe. Wszelkie argumenty z mojej strony napotykają na gruby pancerz arystotelesowsko-tomistycznych formułek, które zaczynają u Pani Magdaleny żyć same z siebie i dla siebie. Dla Pani Magdaleny świat przestał być ciekawy i godny poznania. Z tej perspektywy konserwatywm nie jest badany względem jego opisu rzeczywistości politycznej, lecz jedynie względem zideologizowanej tomistycznej ortodoksji.

Adam Wielomski

PS
Pani Magdaleno, czytała Pani „Spe salvi” Benedykta XVI? Toż to czysty augustynizm znajdujący się na antypodach tomizmu. Czy więc Benedykt XVI też jest „nominalistą i nihilistą” z wyraźnym posmakiem nietzschańskim?

Click to rate this post!
[Total: 2 Average: 5]
Facebook

24 thoughts on “Gdy arystotelizm i tomizm stały się ideologią”

  1. Krótko mówiąc, w ujęciu p. Magdaleny Ziętek metafizyka jest pierwszą dyscypliną poznania, od której rzeczowo i logicznie zależą inne dyscypliny. Tak twierdzą neotomiści. Tomasz jednak tego nie twierdził. Najpierw jest logika (w neotomizmie bez znaczenia, obecnie neotomizm tak zapadł się logicznie, że nie odróżnia nawet logiki formalnej od logiki stosowanej), potem jest scientia natura (ówczesne nauki przyrodnicze) a na końcu metafizyka (teologia naturalna). Przyczyna jest łatwa do zauważenia. Tomasz nie studiował własnych tekstów. Studiowanie tekstów Tomasza, daje nam meta-płaszczyznę, na której można budować meta-teorię rzeczywistości. Przykładem t. analogii. Tomiści zabraniają ją formalizować. Rozmawiałem na ten temat z prof. Jaroszyńskim, pytając o Bocheńskiego pracę o analogii. Efekt jest taki, że kiedy twierdzę, nie mogę wiedzieć, co twierdzę (bo nie mam narzędzi formalnych). Nazywa się to sąd egzystencjalny. U św. Tomasza żadnej analogi bytu nie ma. Nie ma nawet analogii pojęć. Jest analogia nazw (czyli analogia na poziomie języka), kiedy pisze o Imionach Bożych i poznaniu istoty Boga. Jak kto nie wierzy niech zobaczy dowody na istnienie Boga w „Summie teologicznej” i „Summie przeciw poganom”. Tomaszowi brakuje narządzi ale podejście jest czysto dedukcyjne, logiczne. Dowód ex motu idzie wyraźnie w kierunku formalizacji ale Akwinata ma tylko klasyczne sylogizmy, które są za słabym logicznie narzędziem, do grzebania w trzewiach świata (a wszystkie dowody mają charakter kosmologiczny). Podejście Tomasza do analogii jest zatem językowe, czysto naukowe. Analogię pojęć wymyślił dopiero kardynał Kajetan a analogię bytu Jan od św. Tomasza. Obaj dysponowali tekstami Doktora Powszechnego, nie mieli jednak jego podejścia. Nie analizowali rzeczywistości tylko tekst. Niestety. Dlatego scholastykę szlag trafił a geniusz wyniósł się z do fizyki i tam pozostał do dzisiaj. O czym świadczy fakt, że dzisiejsi metafizycy nie są wstanie pojąć, o czym mówią dzisiejsze scientia natura. Rzecz dla św. Tomasza nie do pomyślenia!

  2. Nie zgłębiałam, oznacza, że nie studiowałam przez wiele lat, i tyle. I nie będę tego ukrywać, co nie znaczy, że należy mi przypisywać nieznajomość jego pism, albo twierdzić, że czytam go przez Lutra, bo to jest kompletna bzdura. Mnie interesuje prawda, i moim zdaniem, św. Tomasz miał więcej do powiedzenia na jej temat niż Augustyn, ale św. Tomasza nie byłoby bez Augustyna. Pisze Pan: „Opis Akwinaty – oparty na Arystotelesie – w jaki sposób należy poznawać prawa natury uważam za fenomenalny. Przypomnijmy: zmysłami należy zebrać materiał empiryczny, na jego podstawie wykryć zasady obowiązujące w naturze, a następnie uruchomić rozum, aby stwierdzić do czego to wszystko służy.” Otóż to, należy uruchomić rozum, aby poznać te wszystkie „imponderabilia „, które Pana nie interesują, jak to Pan publicznie oświadczył. I tu się rozchodzi Pana droga z arystotelizmem: ostatecznym celem poznania empirycznego jest poznanie tych właśnie „imponderabiliów”, które Pan ma za nic. Nadal podtrzymuję swoją tezę, że myli Pan nowożytny empiryzm z realizmem arystotelesowskim. I dalsza polemika rzeczywiście nie ma sensu, bo trudno dyskutować z kimś, kto się uważa za arystotelika i ma za nic wszelkie „imponderabilia”.

  3. @MZ Na podstawie Pani oświadczenia, że bez tomizmu trzeba pożegnać się z prawdą dobrem i pięknem. Nie rozumiem tego. Bardzo dużo prawdy jest np. w książce kucharskiej czy w kosmologii. Dlaczego ma być zarezerwowana dla tomizmu? Dobra moralnego o którym zdaje się pisać Martin Rhonheimer (nie znam, z niemieckich tomistów znam Piepera i Walda) – tak wnoszę z zakończenia Pani postu, uczymy się od mamy, mówiąc obrazowo. Częściowo mamy wrodzoną postawę: czyń dobro, zła unikaj, już na poziomie neuronalnym, w tym również sympatię do własnego gatunku: nie czyń drugiemu co tobie niemiło (neurony lustrzane) a reszty się uczymy, przez wpajanie i na inne sposoby (cnoty, poznanie itd). Natomiast dobro metafizyczne, to nie to samo co moralne. To nie odnosi się do działania lecz do samego bytu. Dobro jest tym, czego wszystko pożąda. Czyli, że lepiej jest być, niż nie być. Al komu lepiej? Kamieniowi, galaktyce, kozie?

  4. @Włodzimierz Kowalik: „Krótko mówiąc, w ujęciu p. Magdaleny Ziętek metafizyka jest pierwszą dyscypliną poznania, od której rzeczowo i logicznie zależą inne dyscypliny”. Na podstawie czego Pan tak twierdzi? Dla św. Tomasza poznanie „imponderabiliów” było punktem dojścia badania empirycznej rzeczywistości. Martin Rhonheimer (polecam Panu jego teksty, większość jest po niemiecku, jest coś po angielsku i po włosku) twierdził, że treści dobra nie da się wywieść z metafizyki. W tej kwestii diametralnie różni się od takich niemieckich tomistów jak np. Andreas Speer z Instytutu Tomasz z Kolonii. Poznanie dobra wymaga, jak pisał Rhonheimer, osobnego „sposobu poznawania”, które jest czymś innym, niż poznanie metafizyczne. Jest to logiczne, bo jeśli uznamy, że zrozumienie dobra wymaga znajomości metafizyki, to tylko św. Tomasz z Akwinu byłby w stanie czynić dobro 🙂

  5. @ Włodzimierz Kowalik: myślę, że nieporozumienie wynika z tego, że ja się przede wszystkim zajmuję filozofią praktyczną, a współczesna filozofia praktyczna zupełnie oddzieliła się od koncepcji prawdy, np. prawdy na temat natury człowieka. Mówienie na temat relacji prawdy do etyki, czy też polityki, to szerzenie „totalitaryzmu, jak mi to ktoś zarzucił. Powrót do arystotelizmu oznacza powrót do KONCEPCJI, że jest coś takiego jak obiektywna prawda, i że prawda dotyczy także natury człowieka, i że jest coś takiego jak obiektywne dobry, czyli także i etyka, która jest ugruntowana w obiektywnej koncepcji dobra. Oczywiście, koncepcja prawdy to nie prawda, jak koncepcja dobra nie jest dobrem. Ale jeśli mentalnie odrzuci się taką koncepcję, to przestaje się szukać prawdy i dobra, bo się w nie nie wierzy. I taki właśnie paradygmat zapanował w nowożytności.

  6. @ Magdalena Ziętek (2012-12-11 15:20:56). Jeśli tak się Pani określi, to nie bardzo widzę gdzie jest spór z Redaktorem Wielomskim? On nie twierdzi, że cnota jest równa wadzie. Św. Tomasz nie pochwala prostytucji, ale za Augustynem powtarza, że lupanary trzeba zostawić w spokoju. Obu Doktorom można zarzucić, że porzucili koncepcję dobra. Współcześnie z cnotami nie jest źle, jak się wydaje. Ja raczej widzę renesans cnoty. Czytałem jakąś interwencyjną pozycję o problemach aborcji. I koncepcja cnoty jest omawiana, całkiem po Arystotelesowsku. A w psychologii powrót cnoty jest powszechny. Samorealizacja, inteligencja emocjonalna, doskonalenie się, skuteczność działania to wszystko są jakieś cnoty, ale psycholodzy tak tego nie nazywają, bo cnotę maja za normę. Trzeba pamiętać o tym, że od nominalizmu, koncepcję moralności cnót wyparła koncepcja moralności norm. W każdym XVIII wiecznym podręczniku teologii moralnej cnota znaczy tyle co norma do wykonania a nie sprawność. My jesteśmy tego wszystkiego dziedzicami. Jak Max Scheler (pozostając w kręgu niemieckim) pomstuje na cnoty, to chodzi mu o normy właśnie a nie cnoty w sensie klasycznym. Koncepcji cnót może być wiele, a uzasadnienie cnót specyficznie chrześcijańskich np. miłości nieprzyjaciół, dobrowolnego ubóstwa to tylko przez wiarę. Tu Arystoteles na nic.

  7. @Autor Problem nie w tym, ze Pan ma takie czy inne poglady filozoficzne.Poglady filozoficzne czy religijne, bledne, mozna ostatecznie zlozyc na karb zlej formacji inicjalnej, zlej szkoly, a niestety, zeby dzis wpasc na kogos, kto nam wyglosi wyklad zdrowej filozofii, kto nauczy zdrowej doktryny, to trzeba specjalnej laski.Nie zyjemy w wieku prawdy.Sam 30 lat tkwilem w bledach i wiem, ze bardzo trudno wyjsc z pomylki.Dzis mam znajomych, ktorzy nawet nie sa katolikami i doskonale sie rozumiemy.Gdzie wiec jest problem? Problem jest w tym, ze Pan wykorzystuje rozne znane Panu z doglebnych lektur koncepcje filozoficzne do uzasadniania , no niestety, cynicznej postawy politycznej.Juz 4 osoby w roznych wpisach Panu zarzucily nihilizm.To jest raczej cynizm, mowiac dokladniej.Jest Pan dla wielu mlodych ludzi w kraju absolutna wyrocznia, wystarczy Pana skinienie i nawet ludzie prawie w Pana wieku sa natychmiast tej samej mysli co Pan.Trzeba az na stale mieszkac za granica, zeby sie osmielic Pana krytykowac w kwestiach zasadniczych z pozycji niepisowskich. Majac wiec az tak wysoki autorytet w Polsce, bedac kims absolutnie nie do ominiecia, nie kieruje Pan swojego otoczenia ku prawdzie.Srodowisko konserwatywne stalo sie tym, co sie w przedsiebiorstwach francuskich nazywa un réseau.A chyba wiele osob, w tym ja, przystepujac do wspolpracy z Panem, cieszac sie w 2010 roku z odejscia ludzi PiS-u, popierajac Pana przeciw PiS-owi, majac nadzieje na to, ze Panskie wplywy beda dzialaly w kierunku dobra, spodziewalo sie czegos innego.Niestety, stalo sie cos przeciwnego.Ja rozumiem, ze Pan moze miec takie czy inne upodobania.Jako politolog ma Pan kontakt z doktrynami, a nie z rzeczywistoscia i tu jest pewnie przyczyna.Ale biorac pod uwage Panska niezwykla wrecz pozycje w Polsce na prawicy, ma Pan obowiazek stalego dazenia do prawdy i ulatwiania innym dojscie do niej, a tego Pan nie robi niestety.Sedno tej dyskusji,z pozoru o filozofii, jest wlasnie tu.Wystarczy znow, zeby Pan powrocil do katolicyzmu, narzucil swemu otoczeniu wysilek ku prawdzie, a wielu znow Pana poprze, w tym ja.Do tego trzeba byc niezaleznym i nie ulegac zadnym wplywom.Mozna byc w PO i dzialac dla PO.To jest legalna partia polityczna.Ale w trybie naglym trzeba porzucic cynizm, szczegolnie gdy sie ma taki wplyw na mlodziez i na mlodszych od siebie.Tego cynizmu zreszta przeciez nikt on Pana nie wymaga!

  8. No i chyba trzeba sobie odpuscic z tymi katechonami.Wszyscy sa katechonami, z tego co ostatnio przeczytalem…:)

  9. @ Włodzimierz Kowalik: Adam Wielomski odrzuca wszelkie „imponderabilia”, nie widzi dla nich miejsca w polityce. A według Arystotelesa, Tomasza i wielu innych klasycznych filozofów, podstawą działań politycznych powinien być prawy rozum praktyczny, czyli taki, który kieruje się dobrem. Dla Adama Wielomskiego figura prawego rozumu praktycznego to zbędne „imponderabilia”. Po odrzuceniu takich „imponderabiliów” pozostaje tylko siła jako podstawa działań politycznych. I tresura, między innymi za pomocą norm prawnych. Adam Wielomski odrzuca koncepcję cnoty, bo ćwiczyć się w cnocie może tylko ktoś, kto jest wolny. Jeśli ktoś jest totalnie skażony przez grzech pierworodny, to jak ma się ćwiczyć w cnocie? To władza ma go ćwiczyć i tresować do ślepego posłuszeństwa. Co to ma wspólnego z klasyczną koncepcją rozumu praktycznego?! Św. Tomasz oczywiście nie wymyślił idei prawego rozumu praktycznego, on ją tylko moim zdaniem najlepiej skonceptualizował.

  10. @ Ziętek – na jakiej podstawie uważa Pani, że ja odrzucam wszystkie „imponderabilia”? na tej podstawie, że nie zgadzam się z Tomaszem w kwestii antropologii?

  11. @Antoine Ratnik: To bardzo ciekawa myśl. Można na to tak oto spojrzeć: Wszyscy jesteśmy katechonami, bo każdy powinien podtrzymywać samego siebie przed upadkiem w zło, czyli powinien chronić świat przed złem w nim tkwiącym. Można by nawet stworzyć teorię powszechnego „katechonowactwa”. Niech każdy obudzi drzemiącego w sobie katechona!

  12. @A.W.: Naprawdę muszę jeszcze raz cytować Pana własne słowa?: „Przyznam szczerze, że imponderabilia nigdy nie były przeze mnie cenione, szczególnie jeśli połączymy jest z filozofią „czynu”. To nic innego jak tylko manifest politycznego romantyzmu, całego tego machania szabelkami, polityki literackiej, umoralnionej, gdzie walczy się o wielkie idee i z odrazą odrzuca rzeczywistość (…) Nie badam czy dana kwestia jest politycznie moralna czy też nie. (…) Tak, jestem ze szkoły nagiego i brutalnego realizmu politycznego, gdzie nie macha się wielkimi proporcami, ale wybiera się wzmiankowane „sposobiki, negocjacje i obrotność”.(…) [Dmowski]Zawsze jednak robił na mnie wrażenie jako wielki cyniczny i realistyczny szachista polityczny – szczególnie w stosunkach międzynarodowych, gdzie uczył się politycznych „sposobików” od mężów stanu takiego formatu jak Richelieu, Bismarck czy Metternich, którzy wydumane imponderabilia mieli za nic. (…)”

  13. @MZ W takim razie tyran De Gaulle byl katechonem:) Jeszcze jedna kwestia.Zgadzam sie z linia konserwatywna, ze lepiej zawrzec kompromis niz latac z szabelka na jakiegos mocarza.Racje mial wiec ( do pewnego stopnia) Boleslaw Piasecki, nie mieli calkowitej racji ( mise à part kwestia honoru oficerskiego) tzw.Zolnierze Wykleci czy tez Niezlomni, racje mial ,a i pewna zasluge, gen.Jaruzelski.Ale wszytkie te wybory ( np.Piaseckiego czy Jaruzelskiego) byly wynikiem zlej sytuacji kraju i nie mozna ich absolutyzowac czyniac z nich pozytywne wzory polityczne.Mozna pochwalac pewna roztropnosc, przy zaznaczeniu, ze u pewnych osob nie tylko chyba ostroznosc czy roztropnosc graly role, i zawsze podkreslajac, ze to byly tylko tzw.gorsze i konieczne wyjscia. Mozna np. uznawac zaslugi Boleslawa Piaseckiego ( sam je uznaje), ale nie jest mozliwe bycie z niego dumnym.

  14. @ Antoine Ratnik: Pan pisał w jednym z poprzednich komentarzy, że tu właściwie nie chodzi o konserwatyzm tylko o roztropność. Roztropność nakazuje działać z rozwagą i przewidywać możliwe skutki swojego działania. Tu w grę wchodzi jeden wątek, który zupełnie pominęłam, bo to jest temat na inną dyskusję. Jeśli się kogoś kocha, to się o niego dba i nie naraża na niepotrzebne niebezpieczeństwa. Ale są sytuacje, że trzeba stanąć do walki, by uratować to, co się kocha. Prawdziwa sztuka polega na odpowiednim rozpoznaniu sytuacji. To dotyczy miłości do konkretnych ludzi, miłości do ojczyzny jak również miłości do Kościoła. Jeśli się nie kocha, to poświęca się coś lub kogoś w imię jakieś chorej idei czy też miłości własnej, albo się to porzuca, w celu osiągnięcia własnych korzyści.

  15. W Polsce jest dwie „klasyczne” koncepcje polityczne: mesjanizm i republikanizm. Wielomski nie zgadza się z ani jedna ani drugą, bo jest monarchista. Ale czy to jest nihilizm? To raczej rozpacz zawiedzionego a nie nihilizm. Zgryz każdego konserwatysty. Polityka nieskuteczna nie jest w ogóle polityką, tylko zabawą. Pisze o tym również Arystoteles. Ostatni mesjanista polski, czyli Jan Paweł II kazał nam wstąpić do UE. Pamiętacie?

  16. Jedno jest pewne idąc za wskazaniami m.in. prof. Adama Wielomskiego nigdy nie można sprzeciwić się żadnej władzy, wszak ma ona charakter katechoniczny, nawet jeśli owa władza gwałci prawa naturalne i nie działa na rzecz obiektywnie rozumianego dobra wspólnego. Zdecydowanie wolę widzieć gruzy cywilizacji (????) demoliberalnej niż szukać z nią płaszczyzny porozumienia/kompromisu w imię realizmu politycznego.

  17. Czy Jezus nie podporządkował się władzy Piłata? Czy św. Paweł chciał obalić Rzym? Rzym ochrzcił się od środka, o zgrozo „demoliberalnie”, czyli „z dołu” jak mawia prof. Bartyzel, a nie „z góry”. Ochrzcił się, kiedy okazało się, że większość jego obywateli to i tak chrześcijanie. Kiedy Mieszko ochrzcił Polan, trzeba było kilkuset lat chrystianizacji a nie władzy. Władza jest wynikiem relacji społecznych a nie ciałem obcym, na zasadzie jakiegoś God of the gaps, który interweniuje palcem, tworząc osobny byt: władzę polityczną, która jest „z góry” i na której jest tabliczka „made by God”, po której się poznaje, że to jest władza a nie co innego. Na wszystkim innym oczywiście takiej tabliczki nie ma (manicheizm). Gdyby bowiem była na wszystkim, to władza nie byłaby od Boga w jakimkolwiek innym sensie niż od Boga jest wszystko poza władzą.

  18. @ Włodzimierz Kowalik: polityka skuteczna według tradycji recta ratio to polityka, która skutecznie realizuje dobro. A aplikacja tomizmu wymaga zastanowienia się, jak w danych warunkach można zrobić coś dobrego. Aplikować tomizm można poprzez założenie szkoły katolickiej, świetlicy dla dzieci i młodzieży, klubu sportowego dla małolatów, akcji charytatywnej dla biednych, zorganizowanie pomocy dla chorych, stworzenie organizacji lobbującej na rzecz określonych zmian w prawie, i codzienne ćwiczenie się w cnotach, np. męstwa, rozwagi, opanowania, miłosierdzia, i tak dalej. Do tego nie potrzeba polityków, wielkich reform, a nawet dużego kapitału. W czym problem? Problem jest jasny: łatwiej jest politykować i rzucać różnymi szumnymi hasłami, niż zrobić coś konkretnego dla bliźniego. A gdyby każdy z katolików zrobił coś konkretnego, w swojej własnej rodzinie, w pracy, w społeczności lokalnej, to całe społeczeństwo by się zmieniło. Ale na gruncie założeń Adama Wielomskiego to nie jest możliwe: człowiek jest zły, i trzeba go od czasu do czasu spałować, żeby znał swoje miejsce. To najbardziej prymitywna i wulgarna koncepcją, z jaką kiedykolwiek się spotkałam. Nawet Bismarck dbał o pozory, i nigdy nie twierdził, że interesuje go wyłącznie brutalna walka. Zamiast tego wymyślił sobie teorię Realpolitik, i skuteczność podniósł do najwyższej cnoty, robiąc z niej właśnie takie „imponderabilium”, z którego kpi A.W. To konserwatyści pokroju Adama Wielomskiego są idealistami, bo na samym starcie przekreślają możliwość robienia dobra. Bo przecież cała rzeczywistość jest popsuta, człowiek jest popsuty, państwo jest popsute, wszystko jest popsute. I co zostaje? No właśnie, co? W polskich warunkach wspieranie PO, bo PO ratuje nas przed PiS. To wszystko co A.W. ma do zaoferowania. A ja mówię, powrót do tomizmu i całej tradycji recta ratio oznacza szukanie możliwości by robić coś dobrego, w takim zakresie, jak się to da. Bez szumnych haseł, robienia rewolucji i wymyślania świata na nowo. Jak masz chorego sąsiada, pomóż mu, i zorganizuj pomoc dla innych chorych, którzy nie mają wspaniałomyślnych sąsiadów. Tomizm nie zakłada sztywnego podziału na rządzonych (bierną materię) i rządzących (aktywna forma) jak to czyni A.W. i cała nowożytność. Według tradycji klasycznej polityka zaczyna się tam, gdzie sąsiedzi wspólnie wybudują chodnik. Ale to wymaga odpowiednich kompetencji czyli mówiąc językiem klasycznym, cnót. Jeśli ludzie mają mentalność biernych odbiorców poleceń płynących z góry (do czego w gruncie rzeczy sprowadza się koncepcja Wielomskiego) to nawet nie wpadną na pomysł, że można samemu wybudować chodnik. To wszystko co miałam do powiedzenia w ramach tej dyskusji. Pozdrawiam.

  19. @Magdalena Ziętek. Całkowicie się zgadzam z ostatnim postem. Zawsze miałem ciągoty libertariańskie i nie trzeba mnie do nich przekonywać. „Tomizm nie zakłada sztywnego podziału na rządzonych (bierną materię) i rządzących (aktywna forma)”. Dokładnie. Tu Pani trafiła. To solidnie pachnie personalizmem. Osoba jest czymś a tego tu rzeczywiście nie lubią. Jednostka jest niczym, tak przez Bogiem (jakby Bóg potrzebował takiego dowodzenia swojej nieskończoności), jak i przed władzą. Jak pisał Akwinata: „ubliżać stworzeniu to ubliżać Stwórcy”, albo „żadna moc nieskończona, nie polega na wielkości”. Dziękuję za ciekawą dyskusję. Pozdrawiam.

  20. @Włodzimierz Kowalik takie małe sprostowanie – legalizacja i potem uznanie chrystianizmu za religię państwową Rzymu (obok pogaństwa) miały miejsce gdy chrześcijanie stanowili 25-30% ludności imperium. Dopiero potem chrystianizacja wyraźnie przyspiesza, i to z pomocą władzy.

  21. @Executor. Wiem o tym. Chodzi o większość polityczną. Ludność imperium składała się głównie z plebsu i niewolników, którzy nie mieli nic do gadania. Podobnie w Greckich miastach decydowali tylko wolni obywatele. W Rzeczpospolitej Obojga Narodów tzw. naród polityczny, czyli szlachta stanowiła ok 10%, co jest uważane za bardzo duży odsetek. Wprowadzenie chrześcijaństwa wszędzie rozpoczęło proces humanizacji struktur państwowych, czyli proces ich stopniowej personalizacji. Na początku to była religia służących i kucharek, traktowana z przekąsem przez elity. A potem nawróciły się elity. Później te elity tak się skojarzyły niektórym z wiarą jak tron z ołtarzem. Ale to tylko część procesu.

  22. Odniosę się tylko do tego fragmentu wypowiedzi AW:
    Filozofowie Renesansu mieli rację – niestety – gdy twierdzili, że schyłkowa scholastyka przestała badać świat, zajmując się jedynie komentarzami Akwinaty do tego świata. Pisali więc ostatni scholastycy same komentarze do komentarzy. Dla przykładu: jeśli św. Tomasz opisałby życie żab i na podstawie obserwacji wysnułby jakieś twierdzenia o tym gatunku, to schyłkowi scholastycy – aby badać żaby – czytaliby, studiowali i komentowali jedynie fragment “Sumy teologicznej” na temat żab. Pisaliby na ten temat grube traktaty, komentarze do komentarzy, czynili kolejne fachowe rozróżnienia terminologiczne. Ale żaden z nich nie pofatygowałby się nad stawik, aby żaby pooglądać jak pływają w wodzie. ”
    Otóż wiadać z tego, że pan AW nie miał w ręku i nie czytał owych póxnych scholastyków, w przeciwnym wypadku nie pisałby takich bzdur, ponieważ póxni scholastycy (wiek XVI-XVII) bardzo rozwineli poglądy św. Tomasza praktycznie w każdej dziedzinie dostosowując niejednokrotnie jego poglądy np. w dziedzinie społecznej, politycznej i gospodarczej do nowej sytuacji w owym czasie.

    1. W taki siermiężny dogmatyzm i zideologizowanie wpadają często konserwatyści, którzy – jedyne co potrafią, to powtarzać „A Arystoteles to powiedział to…”, ” A Platon to odpowiedział tamto”. Niestety, ale wpisuje się to w pewne stereotypy, które stwierdzają, że humaniści jedynie zakuwają na pamięć a ścisłowcy myślą. Problemem wspomnianych konserwatystów jest też fakt, że wypowiadając się na temat ludzkiej natury, w rzeczywistości mówią o kulturze a nie naturze. Nie potrafią odróżnić co jest softwarem a co hardwarem. Nie zastanawiają się, czy pewne cechy są wrodzone, czy wyuczone (świadomie lub podświadomie). Mylą instynkty z zachowaniami poświadomymi. Podsumowując – psychologia, nie to psychologia i neurobiologia z XVIII wieku. Nie ma mowy o współczesnych cognitive sciences.

  23. „Niestety, Pani Magdaleny nie interesuje już materiał empiryczny, nie interesuje jej praca zmysłów i rozumu, lecz ostateczne formuły, którymi swoje badania skonkludowali Obaj Wielcy. Czyli porzuca Pani cały ich aparat metodologiczny, aby przyjąć gotowe twierdzenie, do którego podchodzi dogmatycznie.”

    Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Obecnie, obok Arystotelesa i Tomasza, występuje doc. Józef Kossecki. Pani Magdalena nadal brnie w bezkrytyczny dogmatyzm, bazuje na naukach człowieka, którego metodologia bazuje na założeniach nieaktualnych od ponad 50 lat. I to ciągłe szastanie pojęciem ENTROPII, bez głębszego zrozumienia o co w nim chodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.