Germanofil znaczy: człowiek przyjazny Niemcom cz. II

Mit dynastii piastowskiej wyprowadzał jej początki z czasów dużo wcześniejszych od wystąpienia Polski na widownię dziejową, przedstawiał ją jako rdzenny, plemienny symbol tożsamości polskiej, doprowadzający do tego, że przy wyborze elekcyjnych królów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, szlachta zniechęcona do przedstawicieli obcych dynastii, zaczęła domagać się elekcji “Piasta”, czyli kogoś z własnego państwa. Tak było przy elekcjach Michała Korybuta Wiśniowieckiego w roku 1669 i Jana Sobieskiego w roku 1674, kiedy zagranicą, na Śląsku, żył jeszcze Fryderyk Wilhelm, ostatni autentyczny przedstawiciel dynastii piastowskiej, od wieków tam zniemczonej, i od czasów Łokietka z własnego wyboru powiązanej z czeską Koroną św. Wacława, zamiast z Królestwem Polskim.

Współczesna historiografia polska odrzuca istnienie Piasta i jego trzech następców jako  legendę dynastyczną Piastów, wymyśloną w XII wieku przez kronikarza Galla Anonima; stwierdza, że Mieszko jest pierwszym poświadczonym przedstawicielem dynastii Piastów i że od niego wywodzi się ród Mieszka, zwany później Piastami[1]. Testamentem Krzywoustego księstwo polskie zostało podzielone pomiędzy jego czterech synów; w kolejnych pokoleniach do tych czterech głównych linii dynastycznych, dochodziły kolejne, lokalne, jak linia kujawska, która świetną, choć krótkotrwałą karierę, zawdzięcza Władysławowi Łokietkowi. Kiedy  w krótkim odstępie czasu wygasły linia małopolska w 1279 i linia wielkopolska w 1296 roku, ubiegający się o tron polski Łokietek opanował obie te dzielnice i w 1320 roku został w Krakowie koronowany królem Polski. Obie trwające nadal, rozrośnięte linie dynastyczne Piastów – duża mazowiecka i znacznie od niej liczniejsza śląska – zdystansowały się od tego “króla krakowskiego”, wybierając zależność lenną od korony czeskiej. Kazimierz Wielki, następca Łokietka,  wynegocjował kompromis: wzamian za zgodę na pozostawienie Śląska przy Czechach, otrzymał Mazowsze jako lenno Królestwa Polskiego. Ród Piastów odrzekł się wtedy obu ostatnich przedstawicieli linii kujawskiej, która wygasła ze zgonem Kazimierza Wielkiego w 1370 roku; linia mazowiecka przeżyła ją o ponad półtora wieku (do 1526 r.), linia śląska o ponad trzy wieki (do 1674 r.), ale obie miały już na zawsze zamkniętą drogę do ubiegania się o tron polski. Drogi dziejowe rodziny rozeszły się: podczas, gdy Łokietek był jedynym z rodu, który walczył z Krzyżakami, piastowscy książęta śląscy wspomagali Krzyżaków i pod Grunwaldem i podczas wojny trzynastoletniej 1454-1466. Mieli przed sobą dalsze wieki swej historii, tyle iż praktycznie przez Polaków nieznanej; można się o tym przekonać, sięgając po pierwsze w naszej historiografii “Dzieje Ślązka” , w końcu XIX wieku napisane przez Feliksa Konecznego[2]. Trafnie też “Biegiem Piastów” nazwano coroczną masową imprezę narciarską, organizowaną po drugiej wojnie światowej w dolnośląskich Sudetach: bo też Śląsk zapisał się w historii jako kraina najdłużej piastowska ze wszystkich, chociaż Piastowie ci kontynuowali swe dzieje już  jako dynastia niemieckojęzyczna.

Minął rok 1989, skończył się PRL i w ostatniej dekadzie XX wieku w tekstach na tematy polsko-niemieckie uczciwość intelektualna zaczęła się przebijać przez pokłady jadu i nienawiści. W niemcożerczych w epoce Polski Ludowej periodykach o tym profilu, teraz pojawiać się zaczął   obiektywizm ocen: “Historia w Polsce stanowi medium kolektywnego samozrozumienia i <filtr> do postrzegania i oceny teraźniejszości. Charakterystycznym przykładem jest stosunek do rycerzy krzyżowych, zwanych w Polsce Krzyżakami. Chociaż ich państwo istniało stosunkowo krótko, to żywa legenda o nich istnieje w Polsce do dzisiaj. Rozwinęła się ona szczególnie w okresie zaborów, a jej głównymi architektami byłi – według J. Tazbira – malarze i pisarze (J.I. Kraszewski, J. Matejko, H. Sienkiewicz i kilka pokoleń Kossaków). Mimo że zachodnia granica Polski należała w latach 1525-1772 do najbardziej spokojnych w Europie, a głównymi rywalami były Turcja, Rosja czy Szwecja, to np. w okresie PRL przywiązywano szczególną wagę do zwycięstwa pod Grunwaldem nad Krzyżakami. Charakterystycznym sporem pomiędzy historykami obu narodów stała się m.in. przynależność narodowa Mikołaja Kopernika. Dopiero niedawno spór ten utracił ostrość, gdyż Kopernika traktuje się obecnie bardziej jako <własność> całej Europy, a nie tylko jednego narodu.[3]

Trzeba było samemu zbilansować i spożytkować to wszystko, co się w PRL zbierało  i przygotowywało “do szuflady”. W 1964 roku poznałem Konrada Studnickiego-Gizberta, mieszkającego w Kanadzie, skąd przybył z odwiedzinami do Polski. Gdy dowiedziałem się, że jest on synem Władysława Studnickiego, pochwaliłem się znajomością wszystkich  publikacji jego ojca, jakie znalazłem w bibliotekach, wyrażając swe ogromne uznanie dla jego osoby, światopoglądu i twórczości. Tak się zaczęła moja z Konradem przyjaźń, trwająca już 45 lat. Dysponował on maszynopisem dotąd nigdzie nie publikowanych wspomnień Władysława Studnickiego z lat drugiej wojny światowej. Dostarczył mi ich kopię, dzięki czemu doprowadziłem do ich prawydania w Gdańsku[4]. Zachęcony tym Konrad, sfinansował czterotomowy wybór Pism Wybranych swegoojcaw Wydawnictwie Adam Marszałek[5]. W ten sposób twórczość tego czołowego szermierza idei przyjaźni polsko-niemieckiej, w PRL wspominanego tylko w celu jego znieważania, udostępniona została generacjom Polaków, dla których inaczej pozostawała by nadal nieznaną.

Korzystając z dostępu do prohibitów Biblioteki PAN w Gdańsku, mogłem na bieżąco zapoznawać się z emigracyjną twórczością Józefa Mackiewicza, młodszego brata Mackiewicza-Cata. Przed wojną obojętny, jeśli nie wręcz sceptyczny w stosunku do Niemiec, pod wpływem wojennych doświadczeń z okupacją sowiecką, przeżył głęboką ewolucję duchową, stając się na emigracji kontynuatorem dzieła Władysława Studnickiego w budowie zrozumienia i przyjaźni pomiędzy Polakami i Niemcami. Pamięci ich obu był poświęcony mój referat na konferencji naukowej zorganizowanej przez politologię Uniwersytetu Gdańskiego[6].

Mieszkając po sąsiedzku z historykiem Bogusławem Drewniakiem, spędzałem z nim wiele czasu na gawędach na temat  obu nas pasjonujący: powiązań kulturowych między Polakami i Niemcami. Profesorowi Drewniakowi najbliższymi tu były  lata  międzywojenne, o których wydał w Niemczech książkę[7], później mającą swe wydania w Polsce. W odwrotnej kolejności ukazywały się jego fundamentalne książki o  teatrze i kinematografii Trzeciej Rzeszy, najpierw w języku polskim[8], dopiero po latach na Zachodzie po niemiecku i angielsku, odrębnie o teatrze i o filmie Trzeciej Rzeszy. Mnie w tych rozmowach interesowała epoka porozbiorowa: dlaczego w jej realiach, tyle rodzin niemieckich, osiedlając się między Polakami, polonizowało się, wnosząc olbrzymi wkład w rozwój kultury polskiej, wśród nich Joachim Lelewel [ Lölhöffel ] (1786-1861), Wincenty Pol [ Pohl ]  (1807-1872), Władysław Ludwik Anczyc [ Antschütz ] (1823-1883), Karol Estreicher [ Österreicher ] (1827-1908), Aleksander Brückner (1856-1939) ? No a obaj z Bogusławem nie zapominaliśmy o współczesnym nam gdańszczanienie, Günterze Grassie, w twórczości swej żywym łączniku pomiędzy kulturami niemiecką, kaszubską i polską. Napisałem o niej szkic Umbilicus mundi:Gdańsk Güntera Grassa, następniew tłumaczeniu na  niemiecki  zamieszczony w “Studia Germanica Gedanensia”[9].

Moim najgłębszym przekonaniem, przemyślanym i ugruntowanym we mnie na długo przed upadkiem PRL, była potrzeba mocnej przyjaźni między narodami polskim i niemieckim a w jej następstwie ścisłego sojuszu politycznego pomiędzy Polską i Niemcami. Tylko w tym widziałem nadzieję na wydobycie się Polski z dna, w jakie wpadła w wyniku drugiej wojny światowej i jej następstw. Kiedy w 1979 roku poznałem moją obecną żonę, na jej pytanie, jak sobie wyobrażam przyszłość Polski w Europie, odparłem:“W ścisłym sojuszu Niemców, Polaków i Ukraińców. Razem jest nas więcej niż Rosjan i mamy szansę stworzyć siłę, jaka zmusi Rosję do oddania wszystkiego, co  zrabowała Europie.” Ona, absolwentkastudiówhistorycznych, żachnęła się na to, mówiąc: “Jest to największy absurd, jaki kiedykolwiek słyszałam”.- “Poczekaj – odpowiedziałem – ten <absurd> może niedługo stać się rzeczywistością”. Po zjednoczeniu Niemiec, upadku PRL, ogłoszeniu niepodległości przez Ukrainę i rozpadzie Sowietów, dokładnie taką samą wizję rozwijał ukraiński historyk, profesor Bohdan Osadczuk, głosząc, że sojuszniczy blok Niemiec, Polski i Ukrainy jest Europie znacznie bardziej potrzebny od lansowanego wówczas “trójkąta weimarskiego”, złożonego z Francji, Niemiec i Polski.

Słowo stawało się ciałem. Kiedy już ta wizja zamieniała się w postulat z obszaru Realpolitik, poproszony przez telewizję gdańską do udziału jej stałym programie politycznym “Gdański Dywanik”, powtórzyłem w niej przytoczoną naszą rozmowę sprzed kilkunastu lat. Na to prowadzący ten program redaktor Ponikowski, zacytował inne zdanie z ówczesnej mojej publicystyki: “Polska droga do Unii Europejskiej prowadzi przez Bramę Brandenburską”. Niejajedenbyłem wówczas zdania, że nikt inny na Zachodzie nie zastąpi Niemiec w funkcji lokomotywy, wwożącej Polskę i inne postkomunistyczne państwa sąsiednie do integrującej się Europy. Ale rola Niemiec była dla mnie nie tylko w tym szczególna. Ich polityczna struktura, będąca zdecentralizowaną federacją Landów, i ich wielowiekowa cesarska przeszłość, na podobnej federalizacji oparta, tworzyła w moim przekonaniu wzorzec, do jakiego docelowo zmierzać musi Unia Europejska, jeżeli ma stać się europejskim państwem federalnym a nie tylko stowarzyszeniem państw narodowych, którym permanentnie odbija się nacjonalistyczna czkawka. I w tym kontekście można jedynie powtórzyć owe dumne słowa, jakie w Wolnym Uniwersytecie Berlina Zachodniego wypowiedział Jose Ortega y Gasset: “Dlatego też do owych Niemiec zmiażdżonych politycznie i ekonomicznie, z wypatroszonymi miastami i rzekami pozbawionymi mostów, wszyscy będziemy wracać. Po co? Po naukę.[10]

W takim duchu starałem się edukować kolejne roczniki słuchaczy moich wykładów i uczestników moich seminariów; w PRL “poprzez przypowieści” ( bo, jak ostrzegał Tuwim: “dowcip, jaki cenzor  z r o z u m i a ł   – zasługuje na konfiskatę”); od roku 1989 już tylko “otwartym tekstem”. W jakim stopniu ziarno przeze mnie zasiewane trafiało na podatną glebę? Sądzę, że w znacznym, skoro wykłady moje były “lubiane”, cieszyły się dużą frekwencją i słuchano ich z uwagą. Tych, których pozytywnie z moich zajęć dydaktycznych zapamiętałem jest wielu, lecz gdybym miał imiennie wybrać spośród nich trzy osoby, wskazałbym – nie traktując ich kolejności jako rankingu -  trójkę następującą.

Jan Krzysztof Bielecki jest tym z moich seminarzystów, który po studiach zrobił największą karierę polityczną. Byłem promotorem jego pracy magisterskiej, którą obronił w 1974 roku. Przez dwa następne lata pozostawał praktycznie w środowisku uczelnianym, uczestnicząc w zajęciach studium doktoranckiego. Potem odszedł do pracy zawodowej i przez piętnaście lat, zanim został premierem rządu polskiego, tylko raz przypadkowo się z nim zetknąłem, gdy odwiedził wspólnych naszych znajomych. W latach 1990-1991 bywałem często w Urzędzie Rady Ministrów jako członek działającego przy nim zespołu do spraw reformy podziału administracyjnego państwa. W marcu 1991 roku na posiedzeniu tego zespołu pojawił sie premier Bielecki. Na wstępie posiedzenia dyrektor URM powitał kolejno imiennie wszystkich obecnych członków zespołu, po czym oddał głos premierowi, który powiedział: “Witam serdecznie wszystkich obecnych, dyrektor URM wyręczył mnie z zadania imiennego witania każdego z osobna, więc ograniczę się tylko do tego, że z radością widzę na sali profesora Piskozuba, gdyż od jego seminarium na Uniwersytecie Gdańskim rozpoczęła się cała moja kariera.” Jako premier, w jednym z wystąpień powiedział, że należy do pokolenia urodzonego po drugiej wojnie światowej, a zatem jest wolny od wszelkich negatywnych uprzedzeń w stosunku do Niemców. Przeprowadzony w tym czasie sondaż wykazał, że tylko 5% ankietowanych Polaków obawia się Niemców, natomiast aż 31% Rosjan. W 1993 roku Bielecki, wtedy jako minister do spraw integracji europejskiej, odwiedził Uniwersytet Gdański. Był to akurat 1 kwietnia, więc na Wydziale Ekonomicznym zaproponowano mu taki prima aprilis, aby bez zapowiedzenia, zamiast właściwego wykładowcy, pojawił się w auli na katedrze i wygłosił wykład o integracji Europy. Relacja z tego, pod tytułem Wykładanie Europy, ukazała się następnego dnia w “Głosie Wybrzeża”. Minister zaczął od wspomnienia swojego pierwszego wykładu na ten temat, jaki wygłosił w latach 70. : “Nikt z mądrych na wydziale nie miał czasu, więc profesor Piskozub poprosił mnie. Przygotowałem się, nauczyłem wykładu na pamięć, ale przyszły tylko cztery osoby.Dziś wydaje mi się, że mam znacznie mniej do powiedzenia, choć przyszło dużo więcej osób.” Tak hartowała się stal.

Marta Knoch, jako absolwentka mojego seminarium magisterskiego, zasłużyła na laury, za swoją, wydaną książkowo pracę[11] o ośmiu wiekach przedrozbiorowego dobrego sąsiedztwa polsko-niemieckiego. Dawna Polska wyłoniła się na widownię dziejową w cztery lata po powstaniu Świętego Cesarstwa Rzymskiego w Niemczech; ich pierwsi władcy – Mieszko I i cesarz Otton I byli rówieśnikami. Cesarstwo przeżyło dawną Polskę tylko o 11 lat; ich ostatni władcy – Stanisław August Poniatowski i cesarz Franciszek II również byli rówieśnikami. Przez tyle wieków dobre sąsiedztwo zakłóciła tylko jedna wojna między nimi, wywołana przez Bolesława Chrobrego. Granica między nimi była nietylko prawdziwą granicą pokoju, ale też jedną z najtrwalszych w Europie. Jej zarys ukształtował się już w XII wieku, za cesarza Barbarossy, kiedy Śląsk od 1163 roku, po doświadczeniach Władysława Wygnańca i jego synów, zaczął się dystansować wobec pozostałych dzielnic piastowskich a nadodrzańskie Księstwo Pomorskie w 1181 roku stało się częścią Cesarstwa. Ostateczny kształt granicy  polsko-niemieckiej ustabilizował się na początku XIV wieku i praktycznie nie zmieniał się do rozbiorów a zachodnia granica miedzywojennej Polski tylko nieznacznie różniła się od granicy sprzed rozbiorów.

Maciej Rytczak od początku swych studiów uczęszczał pilnie na moje otwarte wykłady wydziałowe a deklarując się jako wielbiciel Waldemara Łysiaka, eurosceptyk i niemcofob, nie krył się z dezaprobatą w stosunku do światopoglądu wykładowcy. Gdy zaczął czwarty rok studiów, zgłosił się na moje seminarium magisterskie  i wypróbowując moją determinację, domagał się mojej zgody na to, aby pracę magisterską pisał o światopoglądzie Łysiaka. Ku jego zaskoczeniu, nie sprzeciwiłem się, stawiając jedynie warunek, że ma to być praca poparta argumentami, a nie emocjami. Taktyka moja wydała owoce. Praca o Łysiaku powstała i została obroniona, magister Rytczak wyjechał do Niemiec, gdzie kilka lat pracował, a po powrocie odwiedził mnie, mówiąc: “Panie profesorze, przekonał mnie pan do Niemców, ale do Europy to mnie pan nie przekona!”  Odpowiedziałem: “To wystarczy panie Maćku. Skoro przekonał się pan do Niemiec, to przekona się pan i do Europy. Bo z tym jest tak samo, jak z niedawnymi relacjami między Leninem a Partią: <Mówimy Niemcy, a myślimy Europa; mówimy Europa, a myślimy Niemcy>”. I co się okazało? Maciej Rytczak osiadł w Olsztynie, w tamtejszym starostwie zajmuje się promocją Warmii, w tym jej niemiecką przeszłością, w “Przeglądzie Warmińskim” wychwalawspółpracępolskoniemieckąoraz zalety integracji europejskiej, organizuje doroczne obozy integracyjne młodzieży polskiej i niemieckiejw partnerskiej współpracy Olsztyna i Osnabrück (w tym roku pod hasłem <Europa – razem raźniej>), został współautorem księgi jubileuszowej z okazji przyznania przez Uniwersytet Olsztyński doktoratu honoris causa Hansowi-Georgowi Pöteringowi. Nic, tylko się cieszyć, gdyż jak głosi Pismo: większa będzie radość z jednego nawróconego, niż z 99 sprawiedliwych.

“ARCANA” w 2001 roku rozpisały ankietę na temat: “Białe plamy w historiografii polskiej na progu XXI wieku[12]”. Biorąc w niej udział, zająłem się w niej głównie potrzebą odkłamania stosunków-polsko niemieckich w historiografii polskiej. Na reakcję “Prawdziwych Polaków” nie musiałem długo czekać. W ich imieniu wystąpił Mateusz Piskorski, wówczas asystent Uniwersytetu Szczecińskiego propagujący wtedy nacjonalizm słowiański, a kilka lat poźniej poseł na Sejm z Samoobrony i jej rzecznik prasowy (jakżeż pojemne ideologicznie jest plemię “Prawdziwych Polaków”), z “demaskatorską” tyradą pod tytułem „Progermańskie dziwactwa prof. Piskozuba”[13] .

Zbyłem ją milczeniem, bo czemu miałem zaprzeczać? Mógłbym odpowiedzieć jedynie,  powtarzając za Władysławem Studnickim: “Tak, jestem germanofilem polskim”.

Źródło: http://geopolityka.net/germanofil-znaczy-czlowiek-przyjazny-niemcom/

A.ME.


[1]     Polska. Dzieje cywilizacji i narodu, T.I. U źródeł Polski do roku 1038, Wrocław 2003, s. 146.

[2]     Feliks Koneczny, Dzieje Ślązka, Kraków 1896.

[3]     Zjednoczone Niemcy w nowej Europie, “Przegląd Zachodni” 1993, nr 4.

[4]     Władysław Studnicki, Tragiczne manowce. Próby przeciwdziałania katastrofom narodowym 1939-1945, Gdańsk 1995.

[5]     Władysław Studnicki, Pisma Wybrane. Tom I. Z przeżyć i walk; Tom II. Polityka międzynarodowa Polski w okresie międzywojennym; Tom III. Ludzie, idee i czyny; Tom IV. Tragiczne manowce – próby przeciwdziałania katastrofom narodowym 1939-1945, Toruń 2000-2001.

[6]     Andrzej Piskozub, Polscy zwiastuni powojennego porozumienia z Niemcami – Władysław Studnicki i Józef Mackiewicz (w:) Ruch oporu wobec Trzeciej Rzeszy, Gdańsk 1995.

[7]     Bogusław Drewniak, Polen und Deutschland. Wege und Irrwege kultureller Zusammenarbeit, Düsseldorf 1999.

[8]     Bogusław Drewniak, Teatr i film Trzeciej Rzeszy, Gdańsk 1972.

[9]     Andrzej Piskozub, Umbilicus Mundi: Gdańsk Güntera Grassa, “Gdański Rocznik Kulturalny” 15, Gdańsk 1994; Tenże, Danzig und Dublin als Umbilicus Mundi. Die Rolle der Vaterstädte bei Grass und Joyce in ihren Visionen vom Erdenraum, “Studia Germanica Gedanensia” 3, Gdańsk 1997.

[10]    Jose Ortega y Gasset, Rozmyślania o Europie, (w:) Bunt mas i inne pisma socjologiczne, Warszawa 1982, s.742.

[11]    Vide przypis  17.

[12]    ARCANA, nr 6/2001.

[13]    Mateusz Piskorski, Historia według “ARCANÓW”. Progermańskie dziwactwa prof. Piskozuba, “Nowa  Myśl Polska”, nr 8-9/2002.

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

0 thoughts on “Germanofil znaczy: człowiek przyjazny Niemcom cz. II”

  1. “Granica między nimi była nietylko prawdziwą granicą pokoju, ale też jedną z najtrwalszych w Europie”. Na starym forum liczyliśmy kiedyś wojny, jakie Polska toczyła ze swymi sąsiadami od czasów Mieszka I do III rozbioru. I tak czy siak najwięcej z Niemcami: cesarstwem i jego składowymi oraz Zakonem NMP.

  2. Unijna propaganda, nic więcej. A Unia się zawali, tylko że najpierw Pan i my wszyscy za to z własnej kieszeni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *