Gorączka listopadowej nocy

Tegoroczne obchody rocznicy wybuchu Powstania Listopadowego podobnie jak w ubiegłych latach obfitowały w imprezy mające przybliżyć warszawiakom wiedzę o wydarzeniach lat 1830-1831. Wymowa i wydźwięk organizowanych uroczystości w zadziwiający jednak sposób, w większym chyba stopniu niż w latach poprzednich, przypominały obchody innego, bliższego nam czasowo Powstania. Co więcej, obie tradycje zdawały się niemal łączyć w jedną całość. Elementy wspólne nie ograniczały się tylko do udziału grup rekonstrukcyjnych, odgrywających historyczne wydarzenia, ale dotyczyły także sfery promowanych zachowań.

Dużą rolę w upamiętnianiu tradycji powstańczych odgrywają w Warszawie władze miasta oraz poszczególnych dzielnic. W „Kurierze Wolskim” z 24. 11. 2011 r., będącym dwutygodnikiem informacyjnym Urzędu Dzielnicy Wola, znaleźć można było kalendarz imprez towarzyszących obchodom: „26. 11 (…) 181. rocznica wybuchu Powstania Listopadowego «Do broni godzina wybiła – 1830-1831». Namioty żołnierskie z epoki Królestwa Polskiego, demonstracja broni, warsztaty opatrywania rannych, pokaz musztry, przysięga podchorążych, warsztaty dla dzieci i młodzieży; 26. 11 (…) Spotkania z historią «Konspiracja. Mały Sabotaż» dla dzieci w wieku 11 i 12 lat; 27.11 (…) Spotkania z historią «Jak zostałem konspiratorem» dla dzieci w wieku 6-10 lat…”. Całość obchodów wieńczył uroczysty koncert pieśni patriotycznych, z „Warszawianką” na czele. Wyraźnie dominowała romantyczna wizja upamiętniania powstania. Dlaczego jednak zmonopolizowała ona niemal całkowicie każdą kolejną rocznicę i datę w historii Polski? Czy nie ma żadnej alternatywy dla nowej odsłony „kolorowego ułana”, w kulcie którego chowane są kolejne pokolenia dzieci i młodzieży.

Wojciech Wasiutyński pisał o tym zjawisku w kontekście zwycięstwa ducha Piłsudskiego w czasie ostatniej wojny także wśród młodzieży narodowej… Czemu władze stolicy nie dostrzegają i nie promują innych wzorów i postaw do naśladowania? Nie negując patriotycznych pobudek towarzyszących organizowanym imprezom, zasadne wydaje się chyba pytanie o cel przekazywania sześciolatkom wiedzy na temat zasad konspiracji. Zresztą tradycja podchorążych wydaje się dla kultywowania patriotyzmu mocno kontrowersyjna także z innych powodów.

Właśnie o odmiennym od współczesnego podejściu do tradycji Powstania przypomina nam, w jednym ze swoich ostatnich artykułów, nie kto inny (co może wielu zdziwić), a sam Rafał Ziemkiewicz. W artykule „Oczami Koźmiana” („Rzeczpospolita” z 19-20. 11. br.), przybliżającym stosunek Kajetana Koźmiana do Adama Mickiewicza, czytamy: „kto nie znienawidziłby tak człowieka, który zabił mu ukochane dziecko? Który swą działalnością zniweczył trudy jego całego życia i, więcej, całego jego pokolenia? Tym ukochanym dzieckiem Koźmiana była, jak on sam to nazywał, Nowa Polska; my nazywamy ją dziś Królestwem Kongresowym. Państwo wywalczone przez takich ludzi jak oddany przez całe życie patriotycznej pracy Koźmian, niestrudzony – choć samo pojęcie powstało oczywiście później – pozytywista, zaangażowany w próby odnowy Rzeczypospolitej podczas insurekcji, a potem w budowanie Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego. I oto ta Nowa Polska, z polską legislatywą, administracją, wojskiem, szkolnictwem, z rozwijającą się szybko gospodarką i rozbudowanym przemysłem – a cóż, że w unii personalnej z Rosją, to wszak na owe czasy niczym złym się nie wydawało – na jego oczach runęła wskutek nieodpowiedzialnie rozpętanej, od pierwszej chwili niemającej żadnych szans powodzenia, rabacji młodzieży. Zdziczałej do tego stopnia, że sprzeniewierzyła się wojskowej przysiędze, którą składała królowi, podniosła zbrodniczo rękę na jego namiestnika i wymordowała usiłujących ją powstrzymać generałów, bohaterów napoleońskiej epopei. A co było przyczyną? «Trujące litewskie wyziewy», którymi całe pokolenie młodych zatruł i zaczadził «ten jegomość, co urokiem śpiewu zachęcał swoich bliźnich do zdrad i krwi rozlewu», a potem «wywędrował i obce nawiedzał narody, gdy okrutny miecz tępił jego Wallenrody!»”. Na marginesie warto zauważyć, że równie wyrozumiały jak dla Królestwa Polskiego Ziemkiewicz nie chce niestety być dla późniejszej czasowo innej Nowej Polski, będącej, podobnie jak tamta, w unii z Rosją, mającej własną administrację, szkolnictwo i wojsko…

Bezrefleksyjna apologetyka „listopadowej nocy” zastanawia również o tyle, że jednym ze swoich bohaterów uczyniła ona sędziwego generała Sowińskiego, którego przed rewolucyjnym zapałem podchorążych ocaliło jedynie jego… kalectwo. O innym wybitnym bohaterze tej burzliwej epoki, podobnie jak gen. Sowiński legitymującym się piękną napoleońską kartą – gen. Józefie Wasilewskim, w okresie Królestwa Kongresowego komendancie twierdzy w Zamościu, jego wnuk, redaktor „Myśli Narodowej” Zygmunt Wasilewski, w pracy „Wnukom o prapradziadku. W stulecie Powstania Listopadowego” (Warszawa 1930), pisał: „Mężowie typu gen. Wasilewskiego z przerażeniem patrzeć musieli, gdy ruch 1830 stawiał na kartę instytucje państwowe już zdobyte. Taki generał, który w bojach o wskrzeszenie państwa większą część życia spędził, umierał w ciężkiej trosce o los kraju. Pewno w tej chwili stanęło mu w pamięci całe życie, w którem ofiara i bohaterstwo były wątkiem stałym, jak mozół u wyrobnika. Czyżby to wszystko miało być daremne, w dorobku stracone? (s. 17-18); Wyszło na jaw, że spiski patrjotyczne wojskowych szukały ukrycia w lożach wolnomularskich, jawnie do r. 1822 istniejących. Dla Wasilewskiego nie mogło być tajnem, że kierowane były przez te loże. Nie budziły zaś w nim zaufania ani polska autentyczność ich polityki, ani stosunek do religji i Kościoła. Z drugiej strony był to – jak nazwałem – klasyk, nie uznający spisków w walce (…) Zastanawiającą jest rzeczą, skąd doznawał wrażenia, że nawet w sumieniu religijnem, nie jest bezpieczny. Tłumaczyć to trzeba nasłuchaniem się prądów, które skądś od wschodu spod ziemi wychodząc, ogarniały społeczeństwo. Na tych prądach wypływały nowe nazwiska coraz młodsze (…) wypływały też talenty poetyckie, porwane uczuciową treścią nowych haseł. Przyszły belwederczyk, Seweryn Goszczyński, tworzył w r. 1824 odpowiednią poezję, szeroko rozpowszechnianą w rękopisach: «Precz z Bogiem, co w dłoń zabobonu; Powierza sztandar swej sławy, Co z piorunowego tronu; Gnębi świat krwawemi prawy! Precz z nim, precz z opieką jego: On nie jest Bogiem wolnego…» (s. 119-121); Dotknął go ten prąd osobiście, jako cios w podstawy jego budowy moralnej (s. 123-124); Dobiły go pewno wieści o wypadkach, które od 29 listopada porywały kraj na pole strasznych – jak przeczuwał – dziejów. Zginął na ulicy przyjazny mu od lat młodości generał Maurycy Hauke, a przed samą śmiercią mógł słyszeć dochodzące z ulicy Długiej radosne okrzyki detronizacji cara, głoszące niepodległość narodu. Czy go radowały? (s. 13); Zmarł 29 stycznia 1830 (pomyłka w druku, powinno być 1831 – przyp. M.M.), kiedy rewolucja, «zadecydowana» przez por. Wysockiego, święciła w pewnych kołach zenit entuzjazmu, kiedy dzienniki donosiły radośnie, że rząd rewolucyjny postanowił otworzyć z powrotem loże wolnomularskie (s. 124)”.

Czym jest więc tradycja „listopadowej nocy”? Czy tylko patriotycznym zrywem młodzieży o wolność kraju, jak jest ukazywana dzisiaj, czy też czymś, co jeszcze niejednokrotnie w późniejszych okresach zaważyło fatalnie na losach Polski, jak przewidywali jej współcześni?

Maciej Motas

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *