Holochergate, czyli kariera Artura Ui

Po tej dość oczywistej konstatacji warto jednak spojrzeć na wyciek opowieści dziwnej treści, autorstwa wierchuszki Ruchu Narodowego – w kontekście politycznej sytuacji tej formacji i jej perspektyw politycznych. Patrząc z zewnątrz projekt RN wypalił się zanim jeszcze nabrał realnych kształtów. Spora aktywność środowiskowa niektórych liderów Ruchu (na czele z wszędobylskim Marianem Kowalskim) nie była w stanie pokryć narastającego oczekiwania na przyjście kolejnego 11 listopada i związaną z tą datą możliwość pomaszerowania sobie po Warszawie. Tym samym potwierdzały się obawy krytyków, że RN to wciąż tylko nadbudowa dla Marszu Niepodległości, od listopada do listopada szukająca sobie raczej zastępczych form zaistnienia, spacerując sobie to tu, to tam, z tym i owym, bez wyraźnego planu i czytelnego celu. Właśnie brak jasno sprecyzowanego punktu dojścia powoduje, że pozornie powtarzając drogę Janusza Palikota (oddziaływania poza przekaziorami na mniejsze, ale zdeterminowane środowiska lokalne i mniejszościowe) – RN w istocie drepcze w miejscu.

Dzieje się tak ze względu na wątpliwości, dręczące i dzielące samych założycieli Ruchu. Od początku bowiem przyjęli oni formułę organizacyjną mającą ustrzec całą inicjatywę przed błędami dotychczasowych projektów politycznych. Sęk w tym, że ani Artura Zawisza, ani Przemysław Holocher, ani Robert Winnicki w swym zadufaniu nie pomyśleli, że widać istnieją powody, dla których stronnictwa powstają i są kierowane w określony sposób, a upieranie się, że „chromolimy sanację, budujemy po nowemu!”, jak wołali stachanowcy – dowodzi pychy, acz niekoniecznie rozsądku.

Ruch Narodowy powstał więc jako „bezpartyjna partia”, bez jasno określonego przywództwa, czytelnej struktury członkowskiej i organizacyjnej, z niedookreślonym celem swego istnienia, za to z bagażem szeregu sprzecznych opinii, pomysłów, a nawet życiorysów swych pokłóconych liderów.

Jasne, nie jedna partia w Polsce powstawała dotąd krygując się i udając, że wcale partią nie jest, a na pewno nie chce nią być. Taki etap rekultywowanego dziewictwa miała i PO, i PiS. Hipokryzja ta jest zbudowana tradycyjną niechęcią Polaków do polityki w ogóle, a do partii w szczególności. Sęk w tym jednak, że po pierwsze w istniejącym systemie nie sposób osiągać cele polityczne nie przyjmując politycznego kształtu całej inicjatywy. Nawet zmiana systemu – jest wszak celem politycznym, a więc nie ma co udawać, że „obali się republikę okrągłego stołu” np. organizując najfajniejsze kluby kibica. Nie, do tego RN musi być partią i jego założyciele znakomicie o tym wiedzą. Nie można wszak ogłosić, że chce się przepłynąć Atlantyk wpław, po czym twierdzić, że najlepiej w tym celu występować w kostiumie słonia. Tym bardziej, że akurat ci, co partii tak obsesyjnie nie lubią – i tak w zmianach politycznych póki co partycypować nie będą, nie ma więc co tracić energii na przypodobanie się właśnie im i krygowanie „ach jakże jesteśmy niepartyjni…”

Mówiąc prościej: ci, co polityką się brzydzą i tak się nią zajmować nie zechcą, ani w osiąganiu celów nie pomogą. Ba, może istnieć nawet problem w zaciągnięciu ich na wybory. Jeśli więc stawia się na dotarcie do takich kręgów – to z góry zakłada się drogę JKM, utrzymywania grupy, której można sprzedawać książki (w przypadku RN – raczej wpinki, flagi i koszulki), ale która nie da siły niezbędnej dla realizacji zakładanych w tychże dziełach scenariuszy.

Podobnie rzecz się ma także z innymi utopijnymi założeniami taktycznymi RN. Np., że da się Ruch stworzyć z owych mitycznych „nowych ludzi”, dotąd niezainteresowanych polityką: od razu mądrych, ideowych, aktywnych, najlepiej samowystarczalnych materialnie, którzy dotąd ukrywali się zapewne w jakimś podziemnym królestwie, a teraz wychyną i stworzą kadrę RN. Oczywiście, że aktywność terenowa pozwala skontaktować się z osobami i środowiskami niewidocznymi z perspektywy Warszawy, a nawet stworzyć interesującą sieć powiązań kadrowych. Jednak dla części przywódców RN, zwłaszcza związanych z szyldem ONR – konsekwencją wiary w „nowych ludzi” była też nieskrywana niechęć do „starych”, w tym zwłaszcza tych, którzy polityką zajmowali się nie tylko nosząc transparenty, jak Artur Zawisza, czy Krzysztof Bosak. Zamiast więc pozyskiwać faktycznie nowych, a tym samym poszerzać i ubogacać Ruch – jak widać choćby z zapisków Holochergate zastanawiano się raczej jak i tak niewielkie zaplecze podzielić i przerzedzić pod takim, czy innym pretekstem.

Zasadniczy podział w obrębie Rady Decyzyjnej Ruchu wydaje się zaś dotyczyć udziału formacji w wyborach. Jak już wspomniano, co do zasady przypomina to dylematy konstruktorów, którzy wybudowali samolot, ale nie są pewni czy chcą, żeby latał. W dyskusji tej środowisko ONR jest zdaje się szczególnie sceptyczne wobec idei uczestnictwa w elekcjach (na zasadzie „gdyby wybory mogły coś zmienić – już dawno by ich zakazano”), Robert Winnicki jest werbalnie najbardziej za, zaś Artur Zawisza udaje, że się waha, bo zapewne jest za startem w wyborach, tylko niekoniecznie samodzielnym.

– Obecnie pójście do wyborów, w momencie, kiedy nie mamy jeszcze wykształconej elity narodowej, byłoby wielkim błędem. W tym bowiem momencie na listy dostawaliby się ludzie, którzy z RN związaliby się jedynie na fali jego popularności w imię partykularnych interesów – pisał nieco jednak przeceniając szyld Ruchu Witold Stefanowicz z ONR. Z kolei wg relacji Jana Bodakowskiego ze spotkania z Winnickim w pałacyku Zbowidu „Winnicki zadeklarował, że jest zwolennikiem udziału komitetu wyborczego narodowców w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Zamierza do tego przekonywać działaczy Ruchu Narodowego, którzy mają o tym zadecydować podczas zbliżającego się referendum, które będzie przeprowadzone na wojewódzkich konwencjach Ruchu Narodowego. Zdaniem Winnickiego sukces w wyborach do europarlamentu zaowocuje startem w kolejnych wyborach”. Iście rabinicznie konkludował ten spór kol. Zawisza: „bardzo wielu działaczy Ruchu Narodowego argumentuje, że moment historyczny nie powtarza się dwa razy i gdy wzięcie społeczne na inicjatywy narodowe jest widoczne i wyraźne, trzeba spróbować sił i zacząć mówić do Polaków nie tylko symbolicznie o historii, ale wprost o ich bolączkach – zamiast oddawać ich na łup dotychczasowych partii parlamentarnych. W tej ostatniej bardzo dużej grupie są umiarkowani optymiści, którzy mówią, że start w wyborach do Parlamentu Europejskiego jest wymarzoną okazją dla ruchu eurosceptycznego i może to przynieść sukces oraz umiarkowani pesymiści, którzy podzielają argumentację za uczestnictwem w wyborach, choć niekoniecznie spodziewają się sukcesu za tym razem. Nie chcę tutaj relacjonować mojego stanowiska, bo dyskusja jest ciągle w toku, ma charakter wewnętrzny i pulsuje bogactwem argumentów zarówno przytoczonych wyżej, jak i wielu innych”.

Po Holochergate mówienie jednak, że coś w Ruchu Narodowym ma „charakter wewnętrzny” jest jedynie kiepskim żartem – i całą historię z wypłynięciem kocopołowów opowiadanych przez wodza ONR można chyba widzieć właśnie w kontekście tychże sporów w RN. Takie podejrzenia ma zresztą i część ONR-owców, zauważających, że za zhakowaniem ich lidera wcale nie muszą stać wszechwładne „amerykańskie służby specjalne”, ale po prostu koledzy – np. Wszechpolacy, czy ex-LPR-owcy, zainteresowani odstrzeleniem wewnętrznego rywala i przeforsowaniem własnej wizji rozwoju RN. Skądinąd nie wiemy przecież, czy rzeczywiście Holocher padł ofiarą hakera – czy zwyczajnie nie wylogował się w porę z FB, pokładając nadmierne zaufanie w znajomych i towarzyszach politycznych. Nie chodzi jednak o to, czy p. Holocher wykazał się brakiem wyłącznie inteligencji politycznej, czy także technicznej. Ruch Narodowy, udając, że jest „nową jakością” i w ogóle nie przypomina „innych partii” udowodnił, że ryba choćby nie chciała i udawała ptaszka – i tak musi pływać. Walka frakcyjna w formacjach politycznych jest czymś oczywistym, a w przypadku formacji pozaparlamentarnych i marginalnych – zastępuje w ogóle aktywność wyborczą, skądinąd zresztą nieźle trenując do gry na dużej arenie międzypartyjnej. Niezależnie więc, czy mowa jest o zdobywaniu władzy w państwie, czy o przejmowaniu trustu kalafiorowego w Chicago, czy wreszcie budowaniu „nowego ruchu narodowego” w Polsce – mechanizmy pozostają te same. Podobnie jak ludzkie słabości i ambicje.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Holochergate, czyli kariera Artura Ui”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *