IPN im. Jacka Kuronia?

Dyskusja, a raczej wysyp ideologiczno-histerycznych oświadczeń i wywiadów po publikacji prof. Andrzeja Romanowskiego w „Polityce” nt. sprawy rtm. Witolda Pileckiego – jest kolejnym dowodem na to, że tzw. polityka historyczna III RP realizowana przez IPN jest w ślepym zaułku. Stworzywszy zestaw „świętych” zaklęć i poczet „świętych” patriotów – IPN wytworzył quasi religię historyczną, która ma to do siebie, że nie znosi debaty, która te dogmaty podważa lub nawet poddaje w wątpliwość.

Tekst prof. Romanowskiego był oczywiście krytyką IPN, co zresztą nie jest niespodzianką, bo ten uczony czyni to od lat. Romanowski uczynił to dając za przykład rtm. Witolda Pileckiego – dał tym powód do ataku na siebie na wszystkich frontach, łącznie z oficjalnym komunikatem IPN, co często się nie zdarza. Co tak rozsierdziło pracowników IPN – Jacka Pawłowicza, Tomasza Łabuszewskiego czy Piotra Gontarczyka? Czy ujawnienie przez Romanowskiego faktu, jakim było „wysypanie” przez aresztowanego Pileckiego adresu i nazwiska swojej najbliższej współpracownicy? Myślę, że nie. Przecież ta sprawa była znana od lat, tylko bagatelizowana przez autorów z IPN. Pilecki jest raczej dla nich zasłoną dymną, dogodnym narzędziem do obrony tego, co w tekście Romanowskiego było najistotniejsze – czyli zakwestionowanie nie tylko metody pracy naukowej IPN, ale i mitologii, którą tworzy, a która bardzo często nie ma się nijak do rzeczywistości historycznej.

Jaka to mitologia? To mitologia martwych bohaterów walczących z „komuną”, których przeciwstawia się tym, którzy wybrali pracę i życie. Podtrzymuję tezę, którą wyartykułowałem już wczesniej – dla IPN tylko martwy bohater jest wart uwagi. Gdyby Pilecki przeżył, gdyby uznano, że może być przydatny Polsce i go wypuszczono – dzisiaj ten bohater z czasów wojny byłby na liście kolaborantów o zdrajców,  jak wielu innych polskich bohaterów z tego czasu, by wymienić tylko płka Jana Mazurkiewicza „Radosława”, faktycznego dowódcę powstania warszawskiego. Dla IPN jest on nieprzydatny jako bohater, bo po wojnie uznał, że walka zbrojna nie ma sensu, a potem był wiceprezesem ZBoWiD-u. Pilecki mógł podzielić jego los, bo dla IPN zasługi dla Polski w walce z Niemcami hitlerowskimi nie mają znaczenia, dla IPN znaczenie ma „walka z komuną”. I o tym, w moim przekonaniu, jest tekst Romanowskiego.

Bardzo charakterystyczna w tym kontekście jest „obrona Pileckiego” przed rzekomymi atakami Romanowskiego. On sam zastrzegł od razu, że fakt, że Pilecki wydał swoją współpracownicę (mniejsza o okoliczności tego zdarzenia), i to pierwszego dnia po aresztowaniu, nie przekreśla jego zasług i bohaterstwa podczas wojny. Problem w tym, że dla IPN to właśnie powojenny antykomunistyczny mit niezłomnego rotmistrza jest kluczowy. I tutaj mamy całą gamę argumentów i wyjaśnień. Np. autor albumu o Pileckim Jacek Pawłowicz przekonuje, że: „wszystko wskazuje na to, że było jakieś porozumienie między rotmistrzem a jego najbliższymi współpracownikami, czyli Marią Szelągowską i Tadeuszem Płużańskim. Chodziło o to, by przetrwać pierwsze dwa dni po aresztowaniu, kiedy odbywały się najgorsze tortury. Wszystko po to, by dać ludziom czas na zmianę adresów i zatarcie śladów (…) W takim razie rotmistrz bohatersko wytrzymał dwa dni koszmarnych tortur i – by je w końcu przerwać – powiedział tyle, ile bezpieka i tak już wiedziała”. Przyznajmy, że brzmi to co najmniej mało wiarygodnie.

Po pierwsze, nie ma dowodów na to, że w tym czasie Pilecki rzeczywiście był torturowany, tak samo jak nieprawdziwą informacją jest podawana powszechnie w opracowaniach i artykułach, jakoby gen. Emil Fieldorf „Nil” był także torturowany. Pokazał to drastycznie Ryszard Bugajski w filmie „Nil”, tymczasem, jak dowiedziałem się od członka rodziny „Nila”, Leszka Zachuty, autora książki na jego temat, Fieldorf nie był torturowany (byli torturowani jego współpracownicy). Nie chodzi tu o to, żeby „ocieplać” wizerunek UB, ale o to, żeby w badaniach historycznych przekazywać prawdę. Problem polega na tym, że w przypadku innych osób, które nie znajdują się na liście „bohaterów” IPN – takiej taryfy ulgowej, która usprawiedliwia zeznania – nie ma. Wtedy wystarczy tylko jakaś mała notatka, niczego nie przesądzająca – by przykleić komuś łatkę „zdrajcy”, „kapusia”, „kolaboranta”. Tak jest np. z zeznaniami Bolesława Piaseckiego, w wyniku których nikt nie wpadł – zostały one zinterpretowane jako te, które spowodowały „liczne aresztowania i wyroki”. Ale już zeznania Leopolda Okulickiego, który po aresztowaniu w marcu 1941 roku przez NKWD „wysypał” całą strukturę ZWZ na Wschodzie – nikt tak nie zinterpretuje. Ba, autorzy albumu o Okulickim (m.in. Janusz Kurtyka), wydanego przez IPN, byli bardziej czujni niż Pawłowicz i zwyczajnie niewygodnych dokumentów nie zamieścili, także jego słynnego listu do Ławrientija Berii z 1945 roku. To samo dotyczy Adama Doboszyńskiego, który w wyniku swojej niefrasobliwości spowodował aresztowanie całej masy ludzi z obozu narodowego a potem wyczerpująco zeznawał. Albo sprawa Pawła Jasienicy z 1948 roku i jego memoriału do władz, w którym całkowicie uznaje nową rzeczywistość i odcina się od swojej konspiracyjnej działalności w oddziale „Łupaszki”.

Nie piszę o tym, powtarzam raz jeszcze, po to, by rzucać na kogoś cień, bo sytuacje jakie tu opisuję były tak ekstremalne, że nikt, a tym bardziej młodzi historycy nie znający życia, a kierujący się jedynie ideologicznym amokiem – nie może wystawiać cenzurek, nie może etykietować i stawiać pod pręgierz kogokolwiek. W tym czasie, jak pokazują dokumenty, nie było prawie nikogo, kto pasowałby do ustanowionego przez IPN wzorca patrioty. Praktyka była brutalna – „sypali” prawie wszyscy, wszyscy chcieli ratować życie, wszyscy podejmowali jakąś grę. Ci sami ludzie, którzy podczas okupacji niemieckiej wytrzymywali nawet bardzo okrutne śledztwa, po 1945 nie byli w stanie tego powtórzyć. Jeden z badaczy tłumaczył to tak – po 1945, po sześciu latach wojny, ludzie walczący w podziemiu lub będący w konspiracji podświadomie wyczuwali bezsens tego, co robią, wiedzieli, że tak naprawdę muszą walczyć z własnymi rodakami, często byłymi kolegami z organizacji. Rozbrajało ich to, że walczą przeciwko państwu, które przy wszystkich zastrzeżeniach, ma uznanie Zachodu, zagospodaruje Ziemie Zachodnie, odbudowuje zniszczone miasta, otwiera uczelnie i szkoły. Takiej refleksji w pracach historyków IPN nie ma.

Ostatnio nabyłem książkę o „żołnierzach wyklętych” wydaną przez KARTĘ. Same dokumenty i relacje, obu stron. Jedna relacja żołnierza podziemia zwróciła moją szczególną uwagę. Amnestia 1947 toku – do urzędów bezpieczeństwa zgłaszają się setki ludzi. Jeden z nich jest zapytany przez funkcjonariusza UB, co będzie teraz rozbił. I ten ma problem – boi się wracać do rodzinnej wsi, bo w lesie zostali ci, którzy nie chcieli skorzystać z amnestii, jego koledzy. Teraz mają go za zdrajcę, a zdrajców się zabija. To także prawda o tamtych czasach.

IPN tworząc czarno-białą wizję dziejów po 1945 zapędził się w ślepą uliczkę. Napompował ideologiczny balon, który w konfrontacji ze źródłami pęka. Zamiast skorygować swoje działania, zamiast prowadzić rzetelne badania historyczne i wydawać obiektywne książki – uprawia propagandę, a ta rządzi się swoimi prawami. Romanowski uderzył w bardzo czuły punkt, o czym świadczy reakcja pionu ideologicznego IPN, która, w wielu przypadkach, przypominała mi propagandowe wiece po Radomiu 1976. Przekonywanie samych siebie, że jesteśmy na dobrej drodze i nie potrzeba zmian. A tych zmian na razie nie ma – jest klincz. Potrzebę innego spojrzenia przez IPN na historię po 1945 formułował przed swoją śmiercią w katastrofie pod Smoleńskiem – Arkadiusz Rybicki, poseł PO, były działacz Ruchu Młodej Polski. Sugerował zmianę narracji, tak by historia nie dezintegrowała narodu, nie naruszała ciągłości jego dziejów. Niestety, nikt po jego śmierci nie odważył się kontynuować tego tematu.

I tak,  IPN tworzy nadal  szkodliwą konstrukcję, w myśl której Polska z lat 1948-1956 nie różniła się niczym od Polski po przełomie październikowym, mimo że dla ludzi, którzy wtedy żyli było oczywiste, że nastała zupełnie inna epoka. Twierdzili tak także byli akowcy i eneszetowcy. A dla IPN cały okres 1944-1989 to jeden i ten sam „totalitarny system”, co jest oczywistym absurdem, a w dodatku pośrednio „rozgrzesza” okres stalinowski nazywany powszechnie przez Polaków „żydokomuną”. Teza o „państwie totalitarnym” lansowana była przez lewacko-trockistowski KOR (szczególnie przez Jacka Kuronia i Adama Michnika) w odniesieniu do lat 70 i 80. Teraz optykę „korowską” przejął IPN, na czele z historykami uznającymi się za prawicowych i konserwatywnych. Popadają oni zresztą w tym momencie w sprzeczność podstawową – skoro i w latach 70. i 80. było „państwo totalitarne”, to skąd się wzięła opozycja, skąd „Solidarność”? Przecież w systemie totalitarnym nigdy nie dopuszczono by do czegoś takiego, a liderzy tych formacji zostaliby szybko zgładzeni. Co ciekawe, przejęli także po Kuroniu i Michniku spojrzenie na Marzec 1968 (zarzuty pod adresem Jaruzelskiego o dokonanie „czystki antysemickiej” w wojsku), mimo że – jak wynika z dokumentów – w wielu wypadkach było to odbierane (także przez środowiska postakowskie) jako prawdziwa, nie zrealizowana w 1956 roku,  dekomunizacja armii, o innych sferach życia nie wspominając.

Zamiast więc wytaczać ciężkie działa przeciwko Romanowskiemu, lepiej by było, gdyby kierownictwo IPN na czele z jego Radą, w której zasiada kilku poważnych historyków – postarało się o skorygowanie linii obowiązującej nieprzerwanie od lat, która wielu ludziom kojarzy się z komunistyczną propagandą a rebours, realizowaną przy pomocy takich samych technik, ideologicznego napięcia, politycznego żargonu i nie znoszącej sprzeciwu dydaktyki.

Jan Engelgard

Jest zmieniona wersja artykułu, jaki ukazał się w nr 23-34 (9-16.06.2013) tygodnika

„Myśl Polska”

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *