Jak to się dobrze złożyło…

Część tzw. prawicy w Polsce już od dłuższego czasu odczuwała (a w każdym razie powinna była odczuwać) dyskomfort biorąc udział w hucpie antyrosyjskiej i antybiałoruskiej. Na swoim miejscu z pewności nie czuli się bowiem chyba ani aktywiści LPR/MW, występujący przed laty pod ambasadą Białorusi w obronie korespondentów „Gazety Wyborczej”, ani tropiciele polskich afer, utyskujący jednocześnie na osadzenie w łagrach beneficjentów „transformacji ekonomicznej” w Rosji. Przecież na chłopski rozum – nawet z pozycji centroprawicy w Polsce należałoby domagać się wprowadzenia w naszym kroju takich samych rozwiązań, jak w Mińsku czy w Moskwie: wyrzucenia „zachodnich doradców”, czy posadzenia wzbogaconych na złodziejskiej prywatyzacji. By nie przyjmować tych oczywistości do świadomości swych wyborców, łże-prawica posługiwała się pewnymi blokadami umysłowymi. Jej luminarze tłumaczyli bowiem najczęściej, że „ale przecież nie za to ich karali” czyli, że skoro motywy były inne, a zwłaszcza niskie – to niweluje to pożyteczne efekty danego kroku oraz „bo ci co karali to też źli są”, przy czym „źli” najczęściej jako „KGB-iści”, jak Putin, albo dyrektorzy kołchozu – jak Łukaszenka (dlaczego kierowanie spółdzielnią rolniczą było złe – już najczęściej nie wyjaśniano). Oba te zastrzeżenia już na pierwszy rzut oka nie trzymają się kupy – w każdym razie z punktu widzenia formułujących je. Łatwo bowiem zgadnąć, że kręcący nosami na Putina i Łukaszenkę – entuzjastycznie zareagowaliby na widok Adama Michnika czekającego w klatce na proces, albo dra Kulczyka siedzącego w obozie pracy i to niezależnie od tego kto i za co by ich zamknął.

Ponieważ jednak taka względność ocen i umiejętność przenoszenia doświadczeń rosyjskich i białoruskich na grunt polski wymagałaby zdolności krytycznej analizy – od dawna już nurt okupujący pozycje polskiej prawicy radził sobie jakoś z ukrywaniem przed wyborcami, że przemawia jednym głosem ze środowiskami demoliberalnymi i obłudnymi przyjaciółmi „praw człowieka na Wschodzie”. Kamuflaż ten odbywał się pod pretekstem „prawnonaturalności”, która to była hasłem używanym i w okolicach Romana Giertycha, i Marka Jurka, i nawet Artura Zawiszy. Obrona „praw przyrodzonych”, a nie „praw człowieka” miała powodować, że politycy ci tworzyli okresowo wspólny front krytyki wschodniego zamordyzmu z takimi tuzami jak Janusz Palikot, Agnieszka Romaszewska-Guzy i wspomniany już red. Michnik. Sprawa „Zbuntowanych Cip” pokazała, jak obłudne i płytkie jest takie stanowisko.

Oto bowiem środowiska prawoczłowiecze są w swych działaniach i propagandzie przynajmniej konsekwentne. Zatrzymanie i wyrok na bladzie profanujące chrześcijańską świątynię – jest w tych kręgach słusznie odbierany, jako zadanie ciosu w samo serce ich ideologii, domagającej się świata bez Boga i jawnej dyskryminacji chrześcijan. Opór przed posłaniem bladzi (znanych wcześniej z „artystycznego” kopulowania w miejscach publicznych) w jakiś korzystny dla pokuty klimat – jest więc w przypadku demoliberałów w pełni zrozumiały. Tymczasem rusfobowie przekonujący, że są przeciw „moskiewskiej barbarii”, bo tak im dyktuje chrześcijańskie sumienie – znaleźli się w kropce.

Oczywiście, ratują ich przekłamania w relacjach z moskiewskiego procesu, pozwalające zachować pełne skrępowania milczenie. Nie pokazuje się już prawie co naprawdę „Zbutnowane Cipy” zrobiły w soborze Chrystusa Zbawiciela, nazywa się ich „występ” eufemistycznie „modlitwą” albo „happeningiem”, nie wspomina też o poprzednich „akcjach artystycznych” tych panienek i ich partnerów. Co gorsza, współcześnie mało kto rozumie rosyjski (zwłaszcza śpiewany), a w dobie posoborowej różne podskoki i „wydarzenia artystyczne” widzi się w katolickich kościołach (nie mówiąc o innych pomieszczeniach), więc i łatwiej zaciemnić co się wydarzyło w Moskwie. Pomimo tych wszystkich przekłamań jednak, wyskok „Cip” jawi się obserwatorom w swym prawdziwym wymiarze i kontekście, a komu jeszcze brakowało jasnego poglądu na sprawę – z pewnością w nawiązaniu kontaktu z rzeczywistością pomógł atak ukraińskiego FEMENU na krzyż w Kijowie, w dodatku nie dość, że katolicki, to jeszcze poświęcony ofiarom zbrodni bolszewickich.

Ciekawe czego jeszcze trzeba, by bardziej uwidocznić ostateczne bankructwo pseudo-prawicowej, ultramontańskiej i neo-endeckiej krytyki polityki rosyjskiej? Zestawienie wydarzeń w Moskwie i Kijowie z deklaracją warszawską jasno pokazuje słuszność działania kościelnych hierarchów i podnoszoną przez nich potrzebę wspólnego wystąpienia przeciw anty-światowi, podważającemu fundamenty naszej tradycji i moralności. Tym razem nie ma już żadnego marginesu, w który rusofobi pełniący obowiązki prawicy mogliby wpisać swoje „tak, ale…”. Na „ale” nie ma już miejsca. Albo są z arcybiskupem Józefem i patriarchą Cyrylem – albo ze „Zbuntowanymi Cipami”.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Jak to się dobrze złożyło…”

  1. Ja akurat rozumiem rosyjski, byle nie starosłowiański odmawiany z pośpiechem u Marii Magdaleny na Pradze… Może ktoś ma Gorkiego w oryginale, bo tęsknię za staroświecka ruszczyzną, chocia autor potem poszedł za niszczycielami jezyka.

  2. Bo jest formułowana przez współczesnych „ultramontanów” – jurkistów, którzy niesłusznie bywają utożsamiani z konserwatyzmem, czy endecją, podczas gdy ich jedynym wyróżnikiem ideowym pozostaje deklaratywny (tzn. rozumiany politycznie) katolicyzm.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.