Katarzyna Kobylarczyk, “Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty”

Katarzyna Kobylarczyk, Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, ss. 160

            W reportażach z podróży i książkach podróżniczych czytamy zwykle o tym jak zwiedzać określone miejsca, żeby się nie zgubić, a przy tym zobaczyć to co najważniejsze, najpopularniejsze, największe lub najmniejsze. Ich autorzy wykluczają – zawsze – ewentualne pomyłki czy błądzenie – jeśli tylko turysta zastosuje się do ich wskazówek oraz zaleceń. Całkiem inaczej jest w przypadku reportażu Katarzyny Kobylarczyk, pod tytułem „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty”. I bynajmniej nie ma to związku z faktem, że ta świetna reportażystka pisze o kraju wciąż jeszcze zbyt słabo poznanym przez Polaków – Hiszpanii. Tym, co odznacza jej dzieło – poza doskonałym warsztatem i zdolnością do obrazowych przedstawień – jest to, że za sprawą niniejszego świadectwa czytelnik przekonuje się, że czasami warto się zgubić, zapomnieć, zaryzykować, zdać na własną intuicję czy podjąć wysiłek realizacji marzeń. Autorka posiadła dar oczarowywania czytelnika nieznanym. Te przedsmaki przełomów w podróży trzymają w napięciu niczym najlepszy thriller!

            Reportaż otwiera tajemnicza opowieść pewnego zagubienia w miejscu niejako oderwanym od współczesnego świata. To zapowiedź wiejskiego encierro. To moment kluczowy – preludium do tytułowych niezliczonych hiszpańskich fiest, które fascynują nieodmiennie, nie od dziś, nie tylko przybyszów, ale i samych Hiszpanów, uderzają zapachem, kolorem, dźwiękiem. A gdy napięcie zostaje zbudowane do maksimum, czytelnik przenosi się do miejsca niczym z bajki. To miasto, na którego ulicach oraz chodnikach leżą słodycze, a ściślej landrynki – ludzie po nich jeżdżą, chodzą, depczą, dzieci je zjadają. Dlaczego? Po co te łakocie? To wyzwanie do odkrycia dla czytelnika.

            Poza tym, że za sprawą książki odbiorca zyskuje możliwość poznania Hiszpanii od strony, o której nie mówi się w mediach i rzadko wspomina w przewodnikach, zdobywa niezwykle cenną perspektywę. Cenną, albowiem umożliwiającą zestawienie tego, co Polacy nazywaną świętowaniem ze świętowaniem w Hiszpanii. Różnica jest niebagatelna, a przy tym skłaniająca do rozmyślań na temat tego, że ze współczesnych społeczeństw zaczyna ulatywać pierwiastek umiejętności celebrowania mniej lub bardziej ważnych momentów czy choćby nawet doceniania ich społecznego lub kulturowego znaczenia. O ile w Hiszpanii traktuje się świętowanie jako coś wyjątkowego – czego świadectwem są przepyszne fiesty – źródło wyemancypowania siebie, uwolnienia duszy z więzów ciała, zerwania łańcuchów porządku społecznego, ucieczki przez kontrolą władz. Przy tym – co znamienne – Hiszpanów potrafią cieszyć nawet złudzenia o tym, że fiesta jest motywem zmiany. I właśnie ta fascynacja życiem, którą autorka z nieskrywaną estymą opisuje, jest godna pozazdroszczenia. Warto posłuchać Polki, która zasmakowała życia wśród tych, którzy są jeszcze w stanie odczuwać radość z posiadania prawdziwie ludzkich dyspozycji. To piękne i budujące. Oby i także pouczająco-inspirujące dla odbiorców.

            Magiczne są opisy wirów wydarzeń oraz zjawisk, w jakie nie sposób nie wpaść lawirując pomiędzy fiestami. Czytelnik czuje się niemal ich cząsteczką, kiedy autorka pisze o zapętlających się labiryntach bezimiennych twarzy, trudnych do pojęcia, ale owianych ciężką aurą ceremonii, krzykach, muzyce, kablach, kotach, kwiatach, mieszających się akcentach i o najważniejszym – rodzeniu się faktycznego sacrum na oczach i w związku z aktywnością – społeczeństwa.

            Z reportażu wynika ważna nauka dla wszystkich, którzy nieustannie poszukują swojego miejsca na ziemi, podejmują próby zadomowienia się czy przypasowania do tubylców. Otóż Katarzyna Kobylarczyk pokazuje czytelnikowi co to znaczy tak naprawdę „być gdzieś na miejscu”. Wartościowe nauki płynące z doświadczania zakamarków kuli ziemskiej okrasza sporą dozą humoru. Zręcznie wtrącą wątki historyczne, antropologiczne, geograficzne. Nawiązuje do nazwisk i doświadczeń wielkich tego świata, którzy zetknęli się z przedmiotem jej obserwacji. Cytuje – jak rzekłby Homer – „skrzydlate słowa”. Wszystko to tworzy oczarowującą, harmonijną całość. Dzięki temu jej ton nie wydaje się protekcjonalny, lecz przyjacielski. Czyta się z ciekawością, poznając co stronę nowe ciekawostki, których próżno szukać przy pomocy wyszukiwarki internetowej Google.

            Publikację Katarzyny Kobylarczyk pod tytułem „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty” polecić warto nie tylko dlatego, że odsłania przez odbiorcą wszystko to, co w Hiszpanii zachwyca lub może zachwycić – w wymiarze subiektywnym lub intersubiektywnym. Przede wszystkim jest to ujmujący zbiór opowieści o oczekiwaniu w napięciu na poznanie czegoś, o czym jeszcze nie wie się, że będzie dane poznać. W tym napięciu i oczekiwaniu tkwi wyjątkowość tych reportaży. I choćby po to, żeby przeżyć te emocje z narratorką, warto przeczytać jej zapiski.

Piotr Tomaszewski

Książka jest dostępna na stronie Wydawnictwa Czarne: http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/pyl-z-landrynek

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *