Katownie CIA a rola „osła trojańskiego”


.

Sprawa wyroku Europejskiego Trybunału Praw człowieka dotyczącego złamania przez Polskę Europejskiej Konwencji Praw Człowieka poprzez istnienie na naszym terytorium katowni CIA ma różne wymiary, przy czym każdy z nich stawia państwo polskie – jak zresztą słusznie zauważono w Kancelarii Prezydenta Bronisława Komorowskiego – w łagodnie mówiąc niekorzystnym świetle. Wyrażając się bez ogródek – oficjalne potwierdzenie krążących od lat przypuszczeń, że terytorium Rzeczypospolitej stanowi zaplecze dla dowolnych działań amerykańskich służb specjalnych, swoistą strefę okupacyjną przyznaną owym służbom na mocy zgody kompradorskich elit samego zainteresowanego kraju, podważa iluzję jakiekolwiek podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej. Poza ze wszech miar słusznym oburzeniem moralnym na stosowane przez CIA i inne struktury wywiadowcze oraz siłowe Stanów Zjednoczonych metody (świetnie pokazane w genialnym filmie „Essential Killing” w reżyserii Jerzego Skolimowskiego), warto zwrócić jeszcze uwagę na wymiar polityczny i geopolityczny wydarzenia.

W sferze politycznej, jeśli ktoś miał jeszcze jakiekolwiek złudzenia co do rzekomej różnicy jakościowej pomiędzy polskimi postkomunistycznymi socjaldemokratami a postsolidarnościową prawicą, to własnie miał okazję się ich całkowicie wyzbyć. Jeden z prominentnych polityków SLD mówił mi kiedyś, że jego formacja znajdując się u władzy musiała być jeszcze bardziej proamerykańska od swoich konkurentów z dawnej antykomunistycznej opozycji. Rozpaczliwe, z czasem żałosne próby odcinania się od przeszłości, dowodzenia, że dziś to SLD jest najbardziej atlantyckim ze wszystkich atlantyckich środowisk w Polsce, podyktowane były przekonaniem, że w Polsce po 1989 roku wyłącznie legitymizacja zewnętrzna, pochodząca zza oceanu może pozwolić na dojście i utrzymanie się u władzy. To dlatego, gdy socjaldemokracja zachodnioeuropejska na czele z ówczesnym liderem niemieckiej SPD Gerhardem Schroederem stanowczo sprzeciwiała się agresywnej polityce interwencjonizmu lansowanej przez kontrolujących Biały Dom neokonserwatystów, Leszek Miller jeszcze w ubiegłym roku twierdził, że w sprawie posiadania przez Saddama Husajna broni chemicznej „dowodów nie znaleziono, ale po pierwsze – do dzisiaj nie znaleziono, a po drugie – broń ta została prawdopodobnie wywieziona”. Upór ten inaczej niż maniakalnym nazwać nie sposób, bo przecież nawet najbardziej zagorzale proamerykańscy wówczas Brytyjczycy przyznają się do błędu: w dziesiątą rocznicę agresji na Irak współodpowiedzialny za tą decyzję były minister spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa Jack Straw mówił, że „bardzo tego żałuję, a najbardziej tego, że wszystkie argumenty, które przemawiały za naszym udziałem w tej wojnie, okazały się fałszywe”. Przyznanie się do błędów i porażek zawsze brzmi lepiej niż pokrętne, absurdalne tłumaczenia. Podległość polskich socjaldemokratów (postkomunistycznych) waszyngtońskim jastrzębiom okazała się do tego stopnia daleko posunięta, że kazała swego czasu temu samemu Leszkowi Millerowi dokonywać działań na rzecz wybielenia zdrajcy państwa polskiego Ryszarda Kuklińskiego. Wszystkie te posunięcia dyktowane były zapewne politycznym pragmatyzmem, dążeniem do zagwarantowania obecności swego własnego obozu politycznego u władzy. Trudno bowiem posądzać ówczesnego premiera i obecnego lidera socjaldemokratów o ideowe zaangażowanie po stronie atlantyzmu. Jest on raczej technologiem zdobywania, utrzymywania i zachowania władzy na szczeblu partyjnym, w pewnym stopniu też rządowym. Perspektywa geopolityczna wydaje się dlań zbyt odległa, choć – jako człowiek bez wątpienia ponadprzeciętnie inteligentny – z całą pewnością ją rozumie. Ostatnie lata dowiodły ponadto, że wśród postkomunistycznych socjaldemokratów jest on jedynym politykiem obdarzonym charyzmą i zdolnym do przewodzenia strukturom partyjnym.

Perspektywa geopolityczna, ta niezauważana dziś przez SLD, prowadzi nas do wniosków zdecydowanie bardziej przygnębiających. Zakres podległości polskich instytucji państwowych, służb specjalnych i poszczególnych środowisk politycznych Stanom Zjednoczonym, sprawia, iż wypowiedziane przeze mnie przed niemal dziesięcioma laty słowa o „amerykańskiej okupacji” wydają się jak najbardziej uprawnione. Nie jest to narazie okupacja o charakterze militarnym, jest to jednak już od dawna okupacja polityczna, władająca sferą wyobrażeń medialnych i decyzji politycznych. Okupacja postnowoczesna, sieciowa, trudniejsza do rozpoznania od okupacji klasycznych znanych nam z kart historii. Jej skutkiem są choćby społeczne fobie i stereotypizacje określonych społeczności – rusofobia, islamofobia i inne. To ona jest przyczyną tego, że minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski mówi, że „czujemy się zagrożeni i prosimy USA o wsparcie”. Po takiej, nie wspominając już o wielu innych, wypowiedzi w choć trochę podmiotowym państwie zostałby zdymisjonowany. Klimat pozwalający na sprawowanie urzędów ministerialnych przez ludzi, którzy w myśl przepisów prawa karnego zarówno II Rzeczpospolitej, jak i Polski Ludowej, zasiadali by na ławie oskarżonych o zdradę stanu trwa od lat. Skandal, który znów wybuchł po wyroku trybunału ze Strasburga po raz kolejny uświadamia rzeczywistość geopolityczną obszarów nazwanych po roku 2004 tzw. nową Europą – pełnią one w Eurazji rolę koni trojańskich, choć czasem poziom ich infantylizmu każe raczej myśleć o osłach…

Mateusz Piskorski

http://www.blog.pl/blog-mateuszpiskorski_blog_onet_pl

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *