Kłopoty z dobrem wspόlnym

Stawiam tezę, że w naszej przestrzeni post-zachodniej wszystkie potrzeby ludzkie są całkowicie zaspokojone. Żyjemy w stanie permanentnej satysfakcji zmysłowej.

Każdy, kto choć raz w życiu pragnął – we wspόłpracy z innymi ludźmi dobrej woli – zrobić cokolwiek dla dobra wspόlnego, bardzo szybko zorientował się, że nie może być mowy o najmniejszym nawet stopniu wspόłpracy. Triumf tumiwisizmu jest powszechny.
W kaplicach wierni nie są w stanie nareperować dachu czy zamontować ogrzewania; ściany świetlic i gabinetόw dyrektorskich w lokalach należących do rόżnych stowarzyszeń straszą starą, obdrapaną farbą – nikt nie jest w stanie przeprowadzić remontu. Nawet znajomi nie są zdolni do zorganizowania przysłowiowej lampki wina z jakiejś znacznej okazji.
A tymczasem mnozące się od dziesięciu lat siatki wpływόw i grupy nacisku działają na pełnych obrotach. Poruszycielem ich akcji jest nienawiść do innych – tu leży przyczyna ich wydajności. Ludzie dobrej woli nie są powodowani nienawiścią i dlatego pozostają w ciągłym bezruchu. Pytanie brzmi więc następująco: dlaczego brak nienawiści jest przyczyną bezruchu. Odpowiedź: w nowoczesnym społeczeństwie demoliberalnym ludzie dobrej woli nie kierują się niczym. Nic nie odgrywa w ich przypadku roli silnika.

Teza nie jest oryginalna – pochodzi od Ks. Philippe‘a Marcille, autora pracy o psychoanalizie demoliberalizmu. Mόj osobisty i bardzo skromny przyczynek do rozważań Ks. Marcille, na ktόrych zresztą wychowałem się intelektualnie, czerpię z doświadczeń ostatnich dziesięciu lat. Tymczasem esej Ks. Marcille pochodzi z 1993 roku.

Stawiam tezę, że w naszej przestrzeni post-zachodniej wszystkie potrzeby ludzkie są całkowicie zaspokojone.
Żyjemy w stanie permanentnej satysfakcji zmysłowej.
Być może nasze życie obiektywnie nie jest wcale łatwe: bezrobocie, choroby, rozwody, samobόjstwa etc. stały się chlebem powszednim. Ale każdy z nas, z samego faktu życia w tym właśnie systemie i w tym społeczeństwie może być śmiało przyrόwnany do chorego na raka, ktόry pod koszulą nosi zainstalowaną przez onkologόw pompkę z morfiną. Jeżeli tylko zaczyna bardziej boleć, może wtedy sam podwyższyć dozę. Nigdy nie cierpi. Jego śmierć nawet jest łagodna; boli zresztą nie tyle choroba co leczenie, gdyż to przecież chemioterapia zadaje choremu bόl.

Mieszkańcy dużych miast – a takimi jesteśmy wszyscy, albo bezpośrednio albo dzięki iluzji stowrzonej przez internet – zawsze odczuwają pełną satysfakcję.
Dostęp do przyjemności jest permanentny i prawie za darmo. Typ człowieka, ktόry się aktualnie upowszechnia jest nastawiony wyłącznie na przyjemność.
Działanie dla dobra wspόlnego zakłada pewien stopień odczuwalnego braku. Tylko brak każe nam otworzyć się na innych. Jakże może otworzyć się na innych ktoś, kto nie odczuwa żadnego braku?

Człowiek wspόłczesny jest na tyle zaćpany, że w ogόle nie musi działać wspόlnie z innymi. Może np. cały dzień spędzić przed internetem.
Cale jego “działanie” sprowadza się wyłącznie do wysiłkόw podejmowanych w celu konserwacji stanu permanentej przyjemności, co tłumaczy pogoń za dyplomami wyższych uczelni i znaczenie nadane pracy.

Tylko nienawiść do innych i intryganctwo są w stanie zmącić spokόj wspόłczesnego człowieka i dlatego – choć precież też odczuwają przyjemność – członkowie sieci wpływόw sa zawsze bardzo aktywni.

Skutecznym remedium na opisaną chorobę jest medytacja rzeczy ostatecznych człowieka.
Są to: śmierć, Niebo albo piekło.

Antoine Ratnik

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Kłopoty z dobrem wspόlnym”

  1. Ja w mojej wiosce tumiwisizmu nic a nic nie widzę. Czy dorośli, czy dzieci, jeśli jakieś bardziej aktywne osoby sensowny cel im wskażą, to albo działają osobiście, albo daję pieniądze na zbiórkę. A mieszkańcy są istna mieszanką: tubylcy (w znacznej części rolnicy i chłopo-robotnicy, tudzież standardowa wiejska inteligencja, typu: x. Proboszcz, sołtys, dyrektorka szkoły, weterynarz, paru lekarzy…), elemant napływowy o róznym poziomie wykształcenia, z rżnych części Polski, plus troche obckrajowców (Ukraina, Białoruś, jacyś Holendrzy, Jankesi i paru Koreańców…). A tumiwisizmu – nie widac.

  2. Stan pełnego zaspokojenia potrzeb człowieka jest nieosiągalny (no, może z wyjątkiem jakichś zdegenerowanych jednostek – nałogowych alkoholików czy kogoś w tym rodzaju). Pisało o tym wielu mądrych ludzi (chociażby ekonomiści austriaccy, S. Lem, czy A. Huxley w “Nowym wspaniałym świecie”) jak i potwierdza praktyka (skąd się biorą te “rozwody, samobójstwa etc.” o których pize p. Ratnik?). Tak że chyba niestety szanowny Autor trochę sie zagalopował.

  3. @DP. Narkoman, nawet jezeli jest bardzo biedny, nie odczuwa zadnego braku poki poziom narkotyku we krwi jest wystarczajacy. Jedynym celem jego zycia jest to, zeby zawsze miec tego narkotyku pod dostatkiem. Gdy brak jest trwaly i gdy prog wytrzymalosci jest przekroczony – popelnia samobojstwo. W moim miescie sa juz tacy, co maja nawet po kilkanascie prob samobojczych za soba. Inni oblewaja wlasne mieszkania benzyna i podpalaja je.

  4. “Niech będą pochwalone bieda i niedostatek” – pisał kiedyś słusznie Czesław Miłosz. Ale teza ks. Philippe‘a Marcille i tak jest fałszywa. Proszę sobie “Summę teologiczną” przeczytać, albo pouczyć się neurobiologii, zamiast wypisywać nonsensy o tym, jak to nastawieni wyłącznie na przyjemność ludzie, trudzą się i zapewne cierpią (studia i praca) w celu “konserwacji stanu permanentej przyjemności”, albo o niewątpliwej satysfakcji zmysłowej jaką są bezrobocie, choroby, rozwody i samobójstwa. Nienawiść jest wybitnie nieprzyjemna i jeżeli jest przyczyną wydajności, to nie u człowieka oddanego tylko przyjemnościom. Nie ma dobrej woli kierującej się “niczym”. Czego to ludzie nie wymyślą, gdy widzą, że ich ulubione metody kierowania innymi za pomocą lęku nie działają. A wydawało się, że Akwinata wszystko tak był ładnie opisał. Mechanizm popędu przyjemności (vis concupiscentia) i popędu użyteczności (vis irascibilis) jest znany od starożytności. Nawet jeśli p. Ratnik całe życie zgłębiał tezy ks. Philippe‘a Marcille to relacja tych popędów i tak pozostanie taka, jaka jest w naturze a nie taka jaką sobie wymyślimy, że powinna być.

  5. “…Czego to ludzie nie wymyślą, gdy widzą, że ich ulubione metody kierowania innymi za pomocą lęku nie działają. ..” – znakomite!

  6. @AR Wydaje mi się, że narkomani nie są miarodajnymi reprezentantami społeczeństwa. “Typowi” ludzie raczej działają w ten sposób, że gdy uda im się zaspokoić jedne potrzeby, stwarzają sobie nowe. W starożytności największą potrzebą było przypuszczalnie napełnienie sobie brzucha – “Pan im ucztę przygotuje z tłustego mięsa i wybornego wina” pisze gdzieś Biblia i to chyba dobra ilustracja jak sobie wówczas wyobrażano “szczyt luksusu”. Obecnie – gdy każdego stać na to żeby najeść się do syta (a i na wino ze sklepu osiedlowego każdy chętny potrafi zdobyć pieniądze) – mamy potrzeby nieznane starożytnym (telewizji, książki, samochodu, internetu itd. itp.). Druga sprawa, że samobójstw jest więcej w rejonach kraju, gdzie ludzie nie mają perspektyw (strukturalne bezrobocie itd. itp.) to IMHO pokazuje, że ludzie tam mieszkający jednak za czymś tęsknią, za tymi “perspektywami” właśnie, rozwojem, czymś takim.

  7. Szkoda dyskusji nad oczywistościami. Acedia, jak każda wada jest wynikiem jednej z dwu skrajności (bo skrajności są zwykle dwie: nadmiaru i niedomiaru). Acedia jest skutkiem braku umiarkowania (niedomiar), albo wynikiem woluntaryzmu (nadmiar) czyli zastąpienia naturalnej funkcji uczuć (motor) wolą. To, co wykłada p. Ratnik jest doskonałym potwierdzeniem ewolucyjnych teorii religii. Religia dostarcza pseudowyjaśnień, bo lepsze takie niż żadne. Nie ważne, że to nie Zeus miota pioruny. Ważne, że gdy tak myślimy, to boimy się Zeusa. Nieważne, że permanentna satysfakcja zmysłowa nie istnieje. Ważne, że gdy tak myślimy, zadowalamy się mniejszą satysfakcją. Nie ważna ORTODOKSJA tylko ORTOPRAKSJA.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *