Komunizm po prostu konsekwentny

Równie trafne (a niezbyt częste w rzadkiej polskiej literaturze przedmiotu) są spostrzeżenia wskazujące na przyczyny zdarzeń, jakie nastąpiły w Kampuczy począwszy od Roku Zero. W żaden sposób nie zmierzam więc do polemiki, a jedynie podkreślenia mniej ważnych dla tamtych rozważań wątków.

Zrozumieć nie znaczy usprawiedliwić

Otóż zarówno bezpośredni (zewnętrzni) obserwatorzy sytuacji w Demokratycznej Kampuczy, jak i zwłaszcza działający z pewnej perspektywy analitycy opisujący politykę Czerwonych Khmerów cofali się często przed najprostszą, a więc i pewnie najwłaściwszą konkluzją, że Pol Pot nie dopuścił się bynajmniej jakiegoś fundamentalnego odstępstwa od marksizmu-leninizmu, tylko był po prostu najbardziej konsekwentnym praktykiem tej idei. Przed takim oczywistym wnioskiem cofali się badacze komunistyczni, tak głównego nurtu, jak i nawet trockistowscyii. Pierwsi skażeni postępującą po destalinizacji erozją ideowości ruchu i jego efektywnej defensywy, ci drudzy częściej z racji programowych, mniej metod działania, a także w związku z fundamentalną opozycją trockizmu wobec stalinizmu, a zatem i jego azjatyckich mutacji i następstw. Z kolei lewica (i część środowisk lewackich) zachodnia odżegnywały się od „polpotyzmu”, zarzucając mu grzechy tak fundamentalne jak nacjonalizm, czy wręcz rasizm w oczywisty sposób woląc odciąć się od czarnej legendy „pól śmierci”, zamiast także na tym tle punktować propagandę i politykę amerykańską.

Z kolei prawica antykomunistyczna przeciwnie, uznawała Czerwonych Khmerów za „pełnoprawnych” uczestników światowego ruchu komunistycznego, chętnie przywołując rzekomą zachodnią, „sorbońską” inspirację Pol Pota, ignorując za to historyczno-socjologiczny kontekst działań Angkar Loeu. Po prostu „każdy komunizm jest zbrodniczy, więc nie ma się co zastanawiać czy/dlaczego akurat khmerski był bardziej krwawy od innych” – powtarzają czytelnicy i autorzy kolejnych „czarnych ksiąg komunizmu”, co jednak jest spostrzeżeniem o umiarkowanej politologicznie przydatności. Jeszcze inną (też daleką od ortodoksji) wersję przedstawia w ramach swego niekończącego się wykładu „Wszechświat a liberalizm” JKM, zapewniając, że eksperyment kampuczański zwinęli… sami Chińczycy, już rozpoczynający własną drogę dengizmu. Tymczasem „polpotyzm” należy przecież – jak każdą inną ideologię i praktykę – zrozumieć i wytłumaczyć, co przecież wcale nie znaczy usprawiedliwić.

Rok zero – czyli opróżnienie burdelu

W zasadzie nie da się w Polsce pisać o Kampuczy nie będąc przynajmniej w podświadomości „nagranym” znakomitym (a w dodatku jedynym nie tylko w tej epoce, ale i o takim wymiarze dokumentalnym) reportażem Zbigniewa Domarańczykaiii. Pisząc jednak w konkretnym momencie (kilka tygodni po zajęciu Phnom Penh przez wojska Zjednoczonego Frontu Ocalenia Narodowego Kampuczy i Wietnamczyków) oraz w związku z zaocznym procesem wytoczonym przez nowe władze Pol Potowi i Ieng Sary’emu – Domarańczyk mógł tylko dotknąć wyjaśnienia dlaczego Czerwoni Khmerzy zdobyli władzę i czym mogły być motywowane niektóre ich radykalne decyzje.

W istocie bowiem dowolny badacz chciałby widzieć w reżimie Angkar Loeu po prostu kolejną mniej lub bardziej krwawą dyktaturę, traktującą wyznawaną ideologię tylko jako wygodne i wiarygodne alibi dla własnych rządów, przy jednoczesnym jednak pozostawieniu pewnego marginesu swobody, choćby w myślach rządzących. Tymczasem Demokratyczna Kampucza była efektem nie tylko założeń ideologicznych ruchu, ale także reakcją na politykę poprzednich władz poddanych protektoratowi amerykańskiemu – no i wyeliminowaniem możliwości pojawienia się tendencji opozycyjnych niemal do zera. Niemal – co zaważyło ostatecznie na historycznych porażkach i ewolucji całego ruchu Czerwonych Khmerów (ostatecznie jednak dowodząc jego zdolności adaptacyjnych).

Z podobnymi problemami – z rozwiązaniem dylematu Winstona Smitha borykał się już Stalin. Generalissimus posłużył się metodą terroru państwowego, stosowanego wg siatki pozorowanego chaosu, wywołującego u poddanych nieustanną czujność tak, aby nigdy nie wejść w krąg podejrzeń władzy – co jednak i tak nie dawało jednostce 100-procentowego bezpieczeństwa. Pol Pot (zapewne analizując ten sam problem) miał jednak możliwości znacznie wykraczające poza realia sowieckie, nie mówiąc już o Europie Wschodniej. W znajdującej się w erze pre-industrialnej Kampuczy kompradorska inteligencja/klasa urzędnicza faktycznie była naroślą. 1,5-milionowa stolica, do której część 6-milionowego narodu spędzono dla lepszej kontroli i postępującego rozkładu w jednym wielkim skorumpowanym burdelu – rzeczywiście była ciałem obcym i obciążeniem. Rozbudzony rozkradanymi dotacjami wojennymi Amerykanów konsumpcjonizm groził spoistości społeczeństwa, a alternatywna, komunistyczna droga w duchu wietnamskiej dominacji w Indochinach – nawet na polu czysto ekonomicznym groziła utratą samodzielności (np. energetycznej). W tej sytuacji Pol Pot okazał się po prostu komunistą konsekwentnym, eliminując całość potencjalnej opozycji (w ilości zresztą odpowiadającej wcześniej wymordowanym dywanowymi nalotami amerykańskimi, czyli ok. 600 tys. obywateli Kampuczy) oraz obszary społeczne mogące umożliwiać jej odrodzenie. Bez przegranej w wojnie z Wietnamem – system Angkar Loeu nie upadłby, unicestwione bowiem zostały wszystkie wewnętrzne czynniki jego potencjalnego rozkładu.

O wyższości geopolityki nad ideologią

Rządy Czerwonych Khmerów będąc więc reakcją na wyjątkowo negatywne skutki amerykańskiej hegemonii – powstały, a następnie upadły wskutek rywalizacji sowiecko-chińskiej, fatalnej w skutkach dla całej światowej opcji nie-amerykańskiej. „Polpotyzm” był zresztą w tym zakresie nadal tylko konsekwentniejszym maoizmem, realizującym plan przymierza z mniej groźnym lokalnie (jak uznano) imperializmem amerykańskim przeciw sowieckiemu. Nieprzypadkowo zresztą jeszcze w czasie samodzielnych rządów w Phnom Penh, Czerwoni Khmerzy zachowywali przyjazne relacje z titoistyczną Jugosławią, a w latach 80-tych i 90-tych funkcjonowali już wprost jako geopolityczne narzędzie Waszyngtonu.

Co ciekawe więc, Mao, a potem Pol Pot mieli w pewnym sensie rację podnosząc, że odejście od stalinizmu, a więc twardego ideologicznego uzasadnienia dla skrajnie radykalnej inżynierii społecznej jest nie do przyjęcia dla społeczeństw na tak niskim poziomie rozwoju ekonomicznego, neguje bowiem ideologiczne, mitotwórcze uzasadnienie dokonywanej przemiany, dla której konieczne było np. zredukowanie konsumpcyjnych potrzeb jednostek do absolutnego minimum. Chiny utrzymały, a Kampucza następnie przyjęła pod ich wpływem zmodyfikowany etnicznie i lokalnie stalinizm, jednocześnie jednak całkowicie zaprzeczając mu geopolitycznie, decydując się na krajowy (narodowy khmerski) partykularyzm, uzasadniający czasowe i taktyczne relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Ślepe trzymanie się ideologii wygrało więc z geopolityką, czego ostatecznie skutki (zwłaszcza dla Khmerów) okazały się jednak fatalne. Z punktu widzenia obecnych procesów integracyjnych to kwestia szczególnie istotna. Obecnie wprawdzie (wbrew polskim anachronicznym wizjom) nie widać elementów spornych mogących zagrozić tej budowie „nowego imperium Czyngis Chana”, ani utrudnić jego rolę w ramach takich konstrukcji jak BRICS, warto jednak zauważyć jak partykularyzm, nawet teoretycznie uzasadniony szkodził podobnym geopolitycznym konstrukcjom w przeszłości.

Co dalej z Kambodżą?

Czerwoni Khmerzy swoje rządy w szybko opustoszałym Phnom Penh zaznaczyli jednym symbolicznym gestem – wysadzeniem gmachu banku, tym samym kończąc dyktat nad swoim państwem, przeciw któremu się buntowali – a któremu potem znowu chętnie poddali powracając do opozycji. Współczesne Kambodża, wciąż, a raczej na powrót od lat rządzona przez Hun Sena (a więc niegdyś realizatora pro-wietnamskiej i pro-sowieckiej linii geopolitycznej) stara się powielać ścieżkę ewolucyjną Wietnamu i Chin, jednak przy coraz wyraźniejszym wpływie MFW, WTO i neo-liberalnych reformatorów gospodarki (akceptuje to także część następców Angkar Loeu), co może wywołać próbę przełożenia rosnących wpływów gospodarczych Zachodu na politykę, a więc tzw. demokratyzację i transformację państwa. Władze w Phnom Penh będą więc tym razem musiały bardzo poważnie zastanowić się co dalej. Czy wybrać opcję ideologiczną – nieco na wyrost wygłaszane pochwały pod adresem „prymusa dzikiego kapitalizmu”, czy rozważyć opcję geopolitycznie i socjalnie bezpieczną. Tym razem sprzeczność nie jest na miarę biologicznego, jednak z pewnością ekonomicznego przetrwania narodu. Tym bardziej, że wybór zły i pochopny mógłby otworzyć drogę do jakiegoś nowego Roku Zero, tym razem wychodzącego nie z dżungli, ale z walących się fabryk, w których khmerskie dzieci szyją za centa noszoną na Zachodzie konfekcję. I nie jest powiedziane, że ponownie to nie Waszyngton mógłby z takiej reakcji odnieść korzyść.

Konrad Rękas

iiiZbigniew Domarańczyk, „Kampucza, godzina zero”, Warszawa 1981

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *