Koncert mocarstw?

„Ameryka wkracza w niespokojny okres. Konflikty na tle światopoglądowym i religijnym intensyfikują się, ale obie strony tego sporu, zdaniem narodu, zawodzą go.”

Patrick J. Buchanan: „Samobójstwo supermocarstwa”

 Przywołany autor może zostać zakwalifikowany jako konserwatywny pisarz polityczny, piewca wielu pryncypialnych reguł, które współczesne Stany już dawno i nieodwołanie porzuciły. W praktyce państwowej amerykański imperialista, lecz starej daty zwolennik umiarkowanego zaangażowania Waszyngtonu w światowe sprawy.

Przeciwnik policyjno-wychowawczych ekspedycji, mających dyscyplinować nieposłusznych i zastraszać krnąbrnych. Jednym słowem trzeźwy realista; widzący interesy własnego narodu w dłuższym okresie czasu, patrzący wnikliwie daleko do przodu. Mimo bowiem druzgocącej przewagi USA nad innymi graczami, Buchanan wie dobrze, że nikt nie jest tak silny, by w końcu nie trafić na mocniejszego.

A co najważniejsze: wojskowy sukces należy zawsze przekuć w polityczne zwycięstwo, z tym zaś Amerykanie zawsze mają największe kłopoty. Orbitują koło nich liczni – jego zdaniem – klienci, których trzeba wspomagać i na różne polityczne sposoby dogadzać im. Stany Zjednoczone dzierżąc więc przywództwo, z wolna stają się swoistym zakładnikiem tych spraw, które nie koniecznie mają coś wspólnego z rzeczywistymi amerykańskimi narodowymi interesami.

W rzeczywistości doradza on swojemu rządowi, by ten, wciąż będąc jeszcze w uprzywilejowanym położeniu w stosunku do innych, podzielił się władzą, a zatem i odpowiedzialnością z innymi regionalnymi potęgami. Raczej należy – w opinii autora – dążyć, by wśród równych być pierwszym, niż stać się swoistym żandarmem, uganiającym się po pustynnych bezdrożach za zbuntowanymi kontestatorami. Jak utrzymuje: nie tędy droga. I w tym momencie możemy pokusić się o asocjacje na temat ewentualnego koncertu mocarstw, grającego imperialny utwór na potrzeby dwudziestego pierwszego wieku. Swoiste Święte Przymierze, lecz na globalną skalę.

Kto w grze?

Najpierw starannie rozważmy kogo można dopuścić do udziału w elitarnym gronie władców świata? Skoro bowiem do lamusa historii powędrował system dwóch supermocarstw, zaś zwycięzca tego konfliktu wyraźnie przestaje sobie efektywnie radzić z takim zatrzęsieniem problemów; należy rysującą się lukę uzupełnić przez odpowiednią asygnację, gdyż w przeciwnym przypadku świat stanie w obliczu pewnego zbrojnego konfliktu na pełną skalę. Tak więc amerykańska Unia wspólnie z Wielką Brytanią winna stanąć na czele tych państw, które możemy nazwać anglosferą. Będzie to potężny anglosaski blok protestanckich mocarstw, który dodatkowo jeszcze umocni ich historyczną spuściznę.

Posuwając się dalej na wschód od Białego Domu i Londynu należy uwzględnić, w tym projekcie, Unię Europejską, lecz jako jednolity związek niemiecko – francuski, czyli tak na prawdę starą Europejską Wspólnotę Gospodarczą, jakbyśmy na potrzeby obecnej epoki ją nie nazwali. Naturalnie taka układanka z oczywistych powodów nie może obyć się bez Rosji.  Jej terytorialna rozległość, militarna potęga, surowcowe zasoby powodują, że w każdej istotniejszej batalii jest zawsze komuś do czegoś potrzebna, a niekiedy, aż nawet wprost niezbędna. Tak będzie nadal. Rolę światowego lidera należy także przypisać Pekinowi. Jest już wystarczająco dynamiczny, ekspansywny, ale na szczęście przewidywalny. Światowa gra bez Japonii jest niemożliwa do prowadzenia. Pozbawienie Tokio należnego jemu miejsca w tym koncercie byłoby dużym błędem. Japonia musi wreszcie zrzucić z siebie pacyfistyczną maskę i militarnie włączyć się w obronę swoich żywotnych interesów, a są nimi szlaki, którymi płyną różne niezbędne jej surowce.

Szóstym graczem będą państwa islamu, których nie stać na polityczną jedność; lecz tworząc zwartą sakralną cywilizację, której religia ma ekspansjonistyczny charakter; oraz ze względu na zasoby ropy oraz gazu, a także ważne położenie, muszą być one rozpatrywane jako swoiście pojmowana jedność. Można, by jeszcze rozważać, co z Indiami, Iranem, Turcją, czy reklamowaną Brazylią. Jeśli nawet mogą się one znaleźć w przyszłości w ekstraklasie, to z wielu przyczyn na razie byłoby to w ich przypadku przedwczesne. Każde z tych państw ma – jak się wydaje – różne ograniczenia, które z odmiennych powodów eliminują je z tego podstawowego gremium. O tych kwestiach może jednak kolejnym razem?

Co komu?

Anglosfera pod amerykańskim przywództwem, wspieranym przez Londyn winna pozostać dominującą potęgą morską i lotniczą, zachowującą szereg wysuniętych baz, by dla światowego bezpieczeństwa utrzymać operacyjną możliwość działania na dwóch oceanach: Pacyfiku oraz Atlantyku. Z całą pewnością winna ona przewodzić obydwu Amerykom, zaś dla realizacji własnych zamierzeń utrzymywać kontrolę nad Filipinami, a z drugiej strony współdziałać z nordyckimi państwami Skandynawii.

Z kolei przeznaczeniem Unii Europejskiej stanie się basen Morza Śródziemnego oraz Afryka. Czyli nie uniknie  ona konfrontacji z arabskimi krajami, chyba że wcześniej zostanie przez nie wewnętrznie oraz cywilizacyjnie skolonizowana. Czyli faktycznie Zachodnia Europa upadnie. Jeśli nie: zderzenie tych dwóch światów jest raczej nieuchronne. Historia zatacza jakby pełny obrót, wracając do początków, gdy to muzułmański Kalifat napierał na stary kontynent od południa, a później południowego wschodu. Naturalnym polem rosyjskiej penetracji są i winny być państwa powstałe na gruzach Związku Radzieckiego, zatem Kaukaz, Azja Środkowa, słowiańskie republiki Europy Wschodniej, a także Bałkany. Moskwa jest naturalnym sprzymierzeńcem Europy w konfrontacji z islamem, gdyż sama jest przez muzułmanów osaczana i grozi jej los demograficznej ofiary braku dzietności.

Z kolei Tokio winno pozostać oceanicznym imperium, operującym na Północnym i Centralnym Pacyfiku. Strzegącym bezpieczeństwa morskich szlaków, którymi płyną różne surowce, szczególnie ropa. Japonia dla zachowania równowagi sił winna baczyć, by Korea Południowa, Tajwan, a w przypadku ewentualnego słabnięcia Rosji jej Daleki Wschód nie wpadły w chińskie ręce. Kraj Kwitnącej Wiśni jest szczególnie cenny, a nawet niezbędny, by ogólny światowy bilans sił i środków pozwolił zachować pokój. Natomiast Chiny są klasyczną kontynentalną potęgą, która jednak działając z imperialnych pobudek chce nabyć przymioty mocarstwa morskiego. Pekin ma wielką rolę do odegrania na rozległych obszarach własnego państwa i w Indochinach, a po części w Azji Centralnej, jednakże nie na morzach.

Dalsza rozbudowa chińskiej wojennej marynarki, w celach innych niż obrona własnego terytorium może być tą kością międzynarodowej niezgody, która doprowadzi do wojennego starcia. Całkiem odrębną sprawą są narody muzułmańskie, pojmowane jako cywilizacyjna jedność. W zaprezentowanym schemacie nie widać dla nich pozytywnej roli. By jednak zachować pragmatyzm sądu należy dodać, że ich ekspansja oparta jest najpierw na ropie, a dopiero w drugiej kolejności na religii. Gdyby bowiem nie materialny czynnik, pierwiastek duchowy znacznie straciłby na swej atrakcyjności. Więc raczej nowe złoża i kosmiczne technologie będą najskuteczniejszym narzędziem ujarzmienia tego rozgorączkowanego świata. Na tym byśmy tę kwerendę zakończyli, przechodząc do podsumowania.

Końcowe wnioski

Główna rekapitulacyjna teza brzmi następująco: przedstawiony model międzynarodowych stosunków to najprawdopodobniejszy scenariusz nadchodzącej epoki. Przy rozważnym zachowaniu Stanów Zjednoczonych może to być rozwiązanie zapewniające pokój do końca bieżącego wieku. Kto wie? Jednak w polityce nic nie trwa wiecznie. Jedni z uczestników mocarstwowej orkiestry będą słabnąć, inni przeciwnie.

W kolejce do tego ekskluzywnego klubu ustawią się następni, także ci wymienieni w tym tekście. Na przykład Indie, czy Turcja mogą naruszać utrwaloną równowagę, prowadząc nadmiernie aktywną regionalną politykę. Delhi w akwenie oceanu, Ankara na Bliskim Wschodzie; i tak dalej. Ale największe zagrożenie dla ustalonego ładu i porządku będzie płynęło z rywalizacji różnych potęg na przejściowych obszarach, nie przypisanych konkretnemu imperium; w tak zwanych szarych strefach albo też ze strony państw o drugorzędnym znaczeniu, które same będą próbowały zmienić suwerena, lub rozluźnić zadzierzgnięte zależności. I nie ma co ukrywać: Polska leży właśnie w takim regionie. Jest to istotny geopolitycznie pas od Bałtyku aż po Adriatyk, a nawet Morze Śródziemne, jeżeli i Ateny policzymy do tego grona.

Między Niemcami i Rosją, z dużymi amerykańskimi wpływami, zmierzającymi do oddzielenia Moskwy od Berlina. Warszawa musi lawirować, wyrzekając się nieodpowiedzialnych mrzonek o własnym statusie zjednoczyciela i patrona Europy Centralnej. Kluczem do efektywnej polityki jest bowiem właściwe zdiagnozowanie własnego położenia. W przeciwnym przypadku zwycięży polski mesjanizm, zaś z nim powrócą wszystkie niedostatki i niedomogi znane nam z przeszłości. Przy czym przy tej sposobności nie możemy unikać kwestii naszych relacji z Ukrainą, którą warszawscy stratedzy mianowali zasadniczym partnerem Polski. Jeżeli przez Brukselę Kijów stanie się terenem niemieckiej ekspansji, to kim  wówczas będziemy? Dlatego też o tym również nie możemy zapominać.

      Antoni Koniuszewski     

Myśl Polska. Nr 43-44 (27.10-3.11.2013)

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Koncert mocarstw?”

  1. Malutki przypis. Rosjanie (Rossijanie, nie Ruskije) w sporej mierze są muzułmanami. Nie tylko Czeczenki, ale i inne Rosjanki maja więcej dzieci niż Chinki, a Chinki więcej niż Polski. Trudno mówić o jakiejś zapaści demograficznej Rosji na światowym tle, gdzie tradycyjna wielodzietna rodzina utrzymała się już wyłącznie w Czarnej Afryce i Afganistanie. Niestety takich kontrowersyjnych szczegółów (wymagających malutkiego przypisu) w tekście jest zbyt dużo, ażeby dało się go potraktować jako wartościową syntezę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *