Kos: Hostia w Ciemnicy

Nie byłbym chyba w stanie zebrać się w sobie i napisać tych paru słów na temat tego, czego obecnie jesteśmy świadkami, gdyby nie pewne bardzo nietypowe zdarzenie, którego ostatnio doświadczyłem, a które nie daje mi spokoju. Otóż, nieco ponad dwa tygodnie temu, w czwartek 5 marca, korzystając ze sprzyjającej pogody wieczorową porą, po godzinie 22.00, postanowiłem udać się na przebieżkę po okolicy w której mieszkam, na przedmieściach jednego z miast wojewódzkich na południu kraju. W pewnym momencie, gdy znalazłem się poza bezpośrednim zasięgiem świateł ulicznych latarni spojrzałem na tarczę księżyca będącą niemal w pełni, a znajdująca się wówczas na zachodzie, wysoko na nieboskłonie, pod kątem mniej więcej 45 stopni względem horyzontu, by po chwili dostrzec zjawisko zwane efektem halo. Efekt ten obserwować można w zasadzie kilka razy do roku, nie byłoby w tym więc nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że obręcz tego zjawiska była na tyle ogromna, że obejmowała całą zachodnią stronę nieba, zajmując niemal 1/3 nieboskłonu i sięgała zenitu. Na krawędziach tegoż zjawiska wyraźnie rysowały się kolory tęczy a “wnętrze” koła wypełniała delikatna jasna poświata, całość zaś uzupełniały doskonale widoczne tej nocy gwiazdy, których blask był niezwykle wyraźny nawet w tak doświetlonym nocą rejonie, w jakim mogłem je obserwować.

Zjawisko to zafascynowało mnie na tyle swoją wyjątkowością, że pomimo późnej pory postanowiłem za wszelką cenę wyciągnąć na dwór swoich rodziców, aby im je pokazać. Po dłuższej namowie udało mi się ich przekonać do wyjścia z domu. Wspólnie oddaliliśmy się od zabudowań i najbliższych intensywnych źródeł światła, by móc mu się przyglądać. Wpatrywaliśmy się w nie kilkadziesiąt minut zgodnie stwierdzając, że niczego podobnego nigdy nie widzieliśmy, a zjawisko samo w sobie wzbudzało respekt. Jakiekolwiek próby objęcia go obiektywem aparatu fotograficznego na nic się zdały. Próbowaliśmy nawet kontaktować się z kilkoma znajomymi mieszkających w niedalekiej odległości, ale nikt z nich nie był go w stanie dostrzec, a to z uwagi na światła latarni, a to z uwagi na zachmurzenie występujące raptem kilka czy kilkanaście kilometrów od miejsca, w którym je obserwowaliśmy. Napotkana przez nas młodzież w ogóle zjawiska tego nie dostrzegła pozostając zapatrzona w swe smartfony i mrugającą z nich zawartość. Znajomi mieszkający w okolicy pytani przez nas następnego dnia o to czy może i oni nie zaobserwowali tego fascynującego zjawiska odpowiadali przecząco.

W naszych rozmowach nie przypisywaliśmy temu co zaobserwowaliśmy żadnego znaczenia, nie zastanawialiśmy się nawet czy powinniśmy. Ot, po prostu: wyjątkowy, bardzo rzadki efekt, którego wcześniej nie widzieliśmy nawet na zdjęciach, który ledwo znaliśmy z opisów, a z których wynikało, że zdarza się raczej w innych, wyższych szerokościach geograficznych, zupełnie jak zorza polarna.

Jednak właśnie myśl o owej zorzy polarnej, bardzo rzadko występującej na naszych szerokościach geograficznych, dała mi pewien asumpt do refleksji nad tym czy zjawisku nadać jakiekolwiek znaczenie symboliczne. Nawet nasi nieodlegli przodkowie, nasi dziadkowie z pewnością staraliby się odczytać tego typu zjawisko jako znak czy symbol.  Nasza generacja już dawno przestała posługiwać się symbolami, przestała w nich szukać głębszego znaczenia i sens ten im nadawać. Pismo Święte natomiast w wielu miejscach wspomina o znakach widocznych na niebie w kluczowych momentach historii zbawienia. Po zakończeniu potopu Noe wraz z rodziną widział tęczę na niebie symbolizująca przymierze z Bogiem. Po skonaniu Chrystusa Pana zaćmiło się niebo. Wreszcie przed Dniem Sądu na niebie ma ukazać się znak Syna Człowieczego.

Tymczasem ja miałem w pamięci opowieści mojego dziadka, który wiele lat wstecz opowiedział mi o tym jak na początku 1938 roku dostrzegł zjawisko zorzy polarnej nocą nad Małopolską, a w tym samym czasie w porze dziennej również zjawisko czerwonego nieba. Kilka lat później wgłębiając się zagadnienie fenomenu objawień fatimskim, dowiedziałem się, że zorza polarna obserwowana przez mojego dziadka była widziane w wielu różnych miejscach niemal na całej półkuli północnej, a przez katolików znających treść tych fatimskich objawień została odczytana jednoznacznie przez ich kontekst, jako zapowiedziany znak nadchodzącej wojny.

Wir dnia codziennego szybko sprawił, że dalsza refleksja nad tym, co zaobserwowałem w dniu 5 marca została odłożona ad acta, a może wręcz celowo zapomniana. Niespodziewanie jednak, niespełna tydzień później, musiałem volens nolens do niej powrócić. Oto bowiem w mediach i internecie zaczęły krążyć nagrania i zdjęcia dokonane we wtorek 10 marca w samym sercu katolickiego świata, w tej capite mundi jaką jest Rzym, na których zarejestrowano potężny efekt halo, tym razem wokół tarczy słońca.[1] Ci którym udało się uwiecznić to zjawisko na nagraniach i fotografiach jednoznacznie skojarzyli je z Hostią umieszczoną w monstrancji. Z uwagi na wrodzony wręcz sceptycyzm co do nadawania naturalnym, ale rzadkim zjawiskom jakiegoś symbolicznego czy nawet cudownego znaczenia charakteru, przez kilka następnych dni nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jeśli to co zaobserwowałem miałoby mieć jakiś wymiar symboliczny, być znakiem to jaką treść należałoby mu przypisać? Nie przekonywały mnie nadal wyjaśnienia Rzymian widzących takie samo zjawisko. W końcu niemal skapitulowałem w swych dociekaniach.

Tego samego dnia, w którym dowiedziałem się o rzymskim efekcie halo, u nas w kraju na całego rozpętała się panika związana z zagrożeniem epidemią. Starając się być z boku medialnej histerii zupełnie nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokoło wszedłem do marketu, w którym często zwykłem robić drobne zakupy. Wchodząc do niego zaskoczony obserwałem jakieś irracjonalne sceny, w których tłum wykupywał niemal wszystko co potrzebne do przetrwania w czasie klęski żywiołowej: woda, suche produkty, mięso, papier toaletowy w oczach znikały z półek, conajmniej tak jakbyśmy mieli do czynienie z nadchodzącą powodzią, skażeniem studni czy gleby, bądź też zbliżającym się głodem. Obserwując relacje medialne starałem się wyławiać wszystko to, co tyczy się funkcjonowania Kościoła. Wówczas wiadomym było już to, że w Italii, w Rzymie kościoły zostały zamknięte, msze święte były niedostępne dla wiernych, a na Watykanie w poprzedzającą niedzielę Anioł Pański nie został tradycyjnie odmówiony publicznie na placu św. Piotra. Ciekaw byłem zachowania polskich biskupów: czy ulegną histerii, czy pójdą jak zwykle drogą wytyczoną przez Franciszka czy też dadzą wyraz wiary w to, że Bóg stoi ponad naturą. Początkowe informacje nie były najgorsze: zwiększamy liczbę mszy, tak aby wierni nie musieli się tłoczyć w kościele. Byłem pozytywnie zaskoczony: nader zdroworozsądkowego podejście: staramy się zmniejszyć zagrożenie zarażeniem wirusem poprzez ograniczenie bezpośredniej styczności z przypadkowymi osobami, a jednocześnie wzrasta liczba mszy św. – Najświętsza Ofiara będzie częściej składana Bogu w tym niełatwym czasie. Niestety, dalej było tylko gorzej. Po ogłoszeniu w sobotę 14 marca przez polski rząd stanu zagrożenia epidemicznego i zakazie tworzenia zgromadzeń powyżej 50 osób pojawiły się kolejne wytyczne płynące od episkopatu: zalecić biskupom dyspensowanie od obowiązku uczestnictwa w niedzielnej mszy świętej każdego kto tylko boi się zarażenia wirusem. Oczywiście biskupi dość szybko i chętnie z tej zachęty skorzystali. Dyspensy zostały wydane bez uwzględnienia miejscowych uwarunkowań (wówczas nie wykryto przypadku zakażanie w niektórych województwach) wielkości świątyń, zwykły coniedzielnej liczby dominicantes etc. Jednocześnie, jakby obok tych decyzji, powstała zmasowana akcja zachęcenia do przyjmowania Komunii świętej na rękę, tłumaczona oczywiście możliwością zmniejszenia zarażenia. W akcji tej wzięły udział oficjalne organy polskiego episkopatu i sami biskupi, którym nawet liberalne stacje telewizyjne chętnie udzieliły głosu. Metropolita gnieźnieński Wojciech Polak korzystając z dostępu do największych mediów w kraju wprost nalegał na duchownych i wiernych, aby przyjmowali komunię na rękę. W dniu 19 marca wydał natomiast Szczegółowe rozporządzenie dotyczące posługi duszpasterskiej. W rozdziale II pkt 6 tego rozporządzenia czytamy wprost “Komunia Święta wiernych – zaleca się i zachęca się do przyjmowania Komunii Świętej na rękę. Duszpasterze winni przed Mszą Świętą wytłumaczyć wiernym, jak należy przyjmować Komunię Świętą na rękę.”. [2] W wydaniu najłatwiej dostępnego i najbardziej rozpowszechnionego nominalnie katolickiego tygodnika “Gościa Niedzielnego” z 15 marca,  poświęcono cały artykuł “Czy Komunia jest na rękę”, którego autor – ks. Franciszek Kucharczyk – usprawiedliwia praktykę komunikowania na rękę i usilnie namawia do zastosowania się do niej. Swoje rozważania zaczyna oczywiście od subtelnego ataku na katolików nieakceptujących tej bezbożnej praktyki tłumacząc swoim czytelnikom, że nie jest ona objawem modernizmu ani też w praktyce nie prowadzi do utraty wiary w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Oskarża ich o sianie zamętu w mediach społecznościowych poprzez rozpowszechniane grafik ukazujących zdeptaną postać Chrystusa Pana przez komunikujących na rękę. Posługuje się bezczelną manipulacją żerującą na braku wiedzy u przeciętnego czytelnika w zakresie historii liturgii czy starożytności chrześcijaństwa. Wreszcie w perfidny wręcz sposób stara się mu wytłumaczyć, że praktykę komunikowania na rękę w XX wieku usankcjonował wręcz sam Pan Jezus. Zdaniem autora miał On bowiem wytłumaczyć Faustynie Kowalskiej w jej widzeniu mistycznym zdarzenie – kiedy to konsekrowana hostia przypadkowo spadła jej na dłoń – tłumacząc jej to następującymi słowami “pragnąłem spocząć na rękach twoich, nie tylko w sercu twoim”. Wszystkiego dopełnia akompaniament wycia wilków w owczej skórze, tych celebrytów neokatolicyzmu, których nazwisk nie warto tu wymieniać oraz całej masy mniej lub bardziej jawnych wrogów religii katolickiej zatroskanych o zdrowie publiczne, a w rzeczywistości przerażonych perspektywą utraty czegokolwiek z ich gnuśnego, materialistycznego stylu życia.

Ilu z polskich biskupów, tych następców apostołów w tych dniach próby wiary jest następcami zdrajcy Iskarioty, ilu następcami tchórzliwych uczniów, którzy zbiegli z Ogrójca nie nam sądzić. Łatwiej natomiast wskazać tych, którzy mają wolę, niczym święty Jan, trwania do końca przy Chrystusie, a którym trzeba oddać sprawiedliwość, to brutalnie zaatakowani przez wrogów religii, ale także przez swoich współbraci –  arcybiskup Andrzej Dzięga i wyklęty już wcześniej arcybiskup Jan Paweł Lenga.

Na naszych oczach rozprzestrzenia się epidemia gorsza od epidemii nieznanego wcześniej wirusa wywołującego nową chorobę: epidemia niemal całkowitej utraty wiary w Sakrament Eucharystii. Od co najmniej pół wieku Chrystus obecny w Najświętszym Sakramencie jest chowany gdzieś poza centralne miejsce świątyń, w bocznych kaplicach, rozdawany z pełną świadomością wiernym nieznajdującym się w stanie łaski, zatwardziałym cudzołożnikom, heretykom, przyjmowany niegodnie co do postawy ciała – na rękę, bez ugięcia kolan, nieadorowany, nie wynoszony ze świątyń na procesje ulicami miast i wsi etc., etc., a jednocześnie wyszydzany i profanowany przez wrogów wiary. W dobie dzisiejszej zarazy zaś okazuje się być niemal niedostępny mieszkańcom katolickich niegdyś krain, zamknięty za drzwiami świątyń, niedostępny umierającym staruszkom na oddziałach zakaźnych, chowany niczym w wielkoczwartkowej Ciemnicy. Ścigany przez policję wraz z tymi z kapłanów, którzy odważyli się w samotnych procesjach ruszyć z Nim na ulice miast i przypomnieć o Jego istnieniu, za co zazwyczaj muszą odebrać całe wiadra pomyj płynących z mediów, komentarzy internautów oraz reprymendy od przełożonych.

Paradoksalnie jednak, w całej tej lawinie aktów niewiary, dyspensy udzielone przez polskich biskupów zniweczyły aprobowane i promowane przez nich świętokradztwo jakim jest komunikowanie na rękę. Zeszłej niedzieli na msze święte udali się niemal wyłącznie ci, którzy jeszcze wierzą w katolickie dogmaty, jeszcze pragną Chleba Pańskiego. Ruszyli zwłaszcza tam, gdzie kapłan stara się nie upuścić najmniejszej odrobiny tego chleba, trzymając złączone palce aż do ich obmycia po Komunii Świętej, a gdzie nikt z wiernych nie otrzymał Boskiego Chleba inaczej aniżeli w postawie uniżenia przed tym Wielkim Sakramentem. Po raz pierwszy od wielu lat skala zbeszczeszczeń została u nas radykalnie zmniejszona.

Jeśli więc miałbym jednak przypisać jakieś symboliczne znaczenie temu, co dostrzegłem na niebie tamtego wieczora, to zostałem postawiony w sytuacji bez wyjścia. W obliczu tego co się dzieje w tej chwili w Kościele Bożym uznać muszę za Rzymianami, że znak ten był niczym wielka monstrancja z Najświętszym Sakramentem osłonięta welonem otoczona tłumem świętych zdających się wołać:

Ecce panis Angelorum,

factus cibus viatorum,

vere panis filiorum,

non mittendus canibus.

 

Chleb Anielski, którego w nadchodzącym czasie tak wielu może zabraknąć, a o brak którego nikt nie drży, tak jak o brak chleba ziemskiego. Za Którym nie wyczekuje się w kolejce, tak jak bez racjonalnej przyczyny tłumnie w ostatnich dniach stano w kolejce za pokarmem ziemskim, którego jak się okazuje nikomu nie brakło.

Jan Kos

[1] https://www.youtube.com/watch?v=IBMiIMajwDw

[Głosów:17    Średnia:4/5]
Facebook

6 thoughts on “Kos: Hostia w Ciemnicy”

  1. Przyjmowanie komunii świętej na rękę jest powszechne w całym cywilizowanym świecie rozumianym pod pojęciem zachodniej cywilizacji. Zwyczaj ten jest praktykowany powszechnie od co najmniej pięćdziesięciu lat i nie ma w nim nic zdrożnego.Przyjmowanie komunii świętej do ust nie zapobiega w jakikolwiek sposób jej profanacji, przyjmujący – na przykład – może komunikant wypluć i go podeptać, natychmiast lub nieco później.

  2. Dziekuje Autorowi za te wspaniale slowa pod ktorymi tez sie podpisuje. Calkiem mozliwe ze nadszedl czas rozliczenia naszej bluznierczej cywilizacji do ktorej niestety trzeba zaliczyc niektore dzialania Kosciola. Mam ciagle nadzieje ze po obecnym pontyfikacie zostanie zwolany Sobor Trydencki II . Pozdrawiam.

  3. Obecna sytucja stawia nas przed powazniejszymi problemami niz rozwazania “na reke czy nie na
    reke”.Panska epistola przypomina nieco debaty sredniowiecznych teologow o tym ile diablow miesci sie na glowce szpilki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *