Kościelne finanse w cieniu Palikota

Dzisiejsza Rzeczpospolita przynosi zapis poniedziałkowej (z 9 stycznia) debaty o finansach Kościoła. Także i ja – w charakterze widza – współuczestnika – miałem okazję wziąć w niej udział. Ze względu na ograniczone ramy czasowe nie mogłem jednak niestety rozwinąć wszystkich aspektów mego stanowiska. Jest to dla mnie tym istotniejsze, że większość uczestników była chyba nieco zaskoczona moim krytycyzmem co do współczesnego podejścia Kościoła do spraw materialnych. Korzystając z narzędzia jakim jest blog, pozwolę sobie więc szczegółowo je przedstawić. A więc po kolei.

Uczestniczący w debacie ksiądz profesor Walencik – zwolennik nowej formuły kościelnych finansów – nazwał budowę ich nowego wymiaru, w relacji z państwem, utopią. Być może. Tyle tylko, że z utopią tą musimy się niestety zmierzyć. Dlaczego? Choćby dlatego, że od kilku miesięcy na politycznej scenie obecny jest Janusz Palikot. Człowiek, który swoje nowe ugrupowanie zbudował właśnie na ostrej krytyce Kościoła. Krytyka ta jest zaś najbardziej celna i bolesna wtedy, gdy dotyczy dwóch sfer eklezjalnego życia: moralności i finansów. W tych dwóch obszarach, zarówno wierni jak i nie wierzący są w ocenach Kościoła najbardziej krytyczni. I to ten właśnie krytycyzm jest głównym paliwem palikotowego antyklerykalizmu. Stąd też sanacja tych dwóch sfer będzie najskuteczniejszym rozbrojeniem najgroźniejszego dziś dla Kościoła politycznego wroga. Czym grozi bezczynność w takich sprawach pokazuje przykład skandali irlandzkich.

Jakie na tej drodze spotykamy największe przeszkody? Moim zdaniem jest to – wyniesiona jeszcze z czasów PRL-u – mentalność, zwłaszcza starszych duchownych. A mentalność ta sprawia, że każda krytyczna uwaga nie jest przez nich odczytywana jako głos ku sanacji lecz jako antyklerykalny atak na sam Kościół. Postawa taka zostaje jeszcze wsparta grupową solidarnością, wzmocnioną często seminaryjnymi więzami koleżeństwa. Każdą nieprawidłowość w postępowaniu „kolegi po fachu” wymaga więc natychmiastowej i bezwzględnej obrony. Postawa taka, dostrzegana przez wielu wiernych, jest mniej lub bardziej istotną przeszkodą dla skuteczności chrześcijańskiego przekazu.

W powyższej dyskusji pojawiały się głosy, że nie ma co problemu wyolbrzymiać, bo polski Kościół żyje już dziś i tak głównie z ofiarności wiernych. Nie jest to prawda. Przekonuje nas o tym choćby incydentalny wgląd w finanse naszych samorządów. Sprawa jest tu wyjątkowo trudna. Bo z jednej strony samorząd ma prawo wspierać istotną społecznie działalność kościelną. Z drugiej jednak strony prowadzi to niestety bardzo często do niezdrowych relacji na linii parafia – samorząd. Bardzo często bowiem oczekiwanie na samorządowy remont dachu czy malowanie kościoła powoduje milczenie pasterza gdy ten sam samorząd narusza – w słusznym poczuciu jego wiernych – powszechne zasady sprawiedliwości. Zamiast lokalnym sumieniem i moralnym autorytetem, kapłan staje się tu elementem miejscowego „układu”. Znów ze stratą dla klarowności ewangelicznego przekazu.

Trochę odmiennie wygląda sytuacja w przypadku funduszy unijnych. Tutaj gospodarze instytucji kościelnych bywają często najlepszymi ekspertami. Sam wielokrotnie kierowałem do nich różne podmioty pragnące prawidłowo wypełnić unijne wnioski. Tutaj ta finansowa zależność, utrudniająca klarowność duchownej misji, choć zdecydowanie mniejsza, też jednak występuje.
Kolejna sprawa. Pomysły na usystematyzowanie kościelnych finansów. Zdecydowanie przestrzegam przed koncepcją tzw. 1% czy budową innych systemów formalnego opodatkowywania wiernych. Na końcu tej drogi mamy bowiem przykład niemiecki. Tam instytucje kościelne, finansowane ze specjalnego podatku, mają się świetnie. Prowadzą szkoły, szpitale czy jadłodajnie. Tylko jakoś wiary w nich nie ma, a liczba katolików spada z roku na rok. Warto mieć ten przykład przed oczami, gdy dyskutujemy u nas podobne rozwiązania. 

We wspomnianej dyskusji padły krytyczne uwagi pod adresem obecności religii w szkole czy kapelanów w wojsku. Uważam, że obie te sprawy trzeba rozważać bardzo ostrożnie. Religia w szkole jest bowiem z jednej strony sprowadzana do poziomu normalnego przedmiotu, takiego jak fizyka czy angielski. Z drugiej jednak strony jest to pewien sposób obecności Kościoła w przestrzeni publicznej. Obecności, którą należy zachować. Pytanie więc raczej brzmi dla mnie nie czy religia ma być w szkole, ale jak ma być. To samo dotyczy duszpasterstwa wojskowego. Choć niewątpliwie pozostawianie go w obecnym kształcie, sprzed dwudziestu lat, gdy drastycznie zmniejszono liczebność armii jest absurdem działającym na niekorzyść całej instytucji. Dobrze, że Biskup Polowy podjął zadanie reformy tego systemu. Słusznie uważali zresztą dyskutanci, że zjawisko pozostawania formalnych struktur kościelnych nawet tam, gdzie nie ma ono praktycznego wymiaru jest pewnym kuriozum. Przykładem tego może być chociażby KUL. Dziś jest to uczelnia finansowana z państwowej kasy, a mimo to utrzymują się nadal ogólnopolskie zbiórki na jej rzecz prowadzone jeszcze w czasach PRL-u. Dziś jest to więc Uniwersytet podwójnie finansowany, a nie jak się wielu wydaje uboga katolicka uczelnia. 

I na koniec dwie uwagi. To, że wskazuje w tym tekście na liczne nieprawidłowości i uchybienia, nie oznacza, że nie dostrzegam tego co jest przeważającą rzeczywistością kościelnego życia. Nie dostrzegam tego, że setki kapłanów żyją pobożnie, świętobliwie i bez prywatnej własności. Tylko jakoś tak się dziwnie składa, że tam gdzie ogłoszenia duszpasterskie dotyczą spraw duchowych tam paradoksalnie w dobrym stanie są również parafialne finanse. Znam parafie, w których ogłoszenia finansowe należą do rzadkości, a wierni zjeżdżają się z całego miasta. Po dobrą katechezę, erudycyjne kazanie czy głęboką spowiedź. Przykład poznańskiego kościoła na Wildzie jest tu jednym z wielu. I chociaż kościelne finanse omawiane są dziś we w złowrogim cieniu Janusza Palikota to jestem optymistą. Bo nadchodzi nowe pokolenie, pokolenie nowej ewangelizacji. I jak powiedział mi ostatnio jeden z najmłodszych polskich biskupów wyjdziemy w przestrzeń publiczną. Będziemy ewangelizować miasta . A na pytanie, a za co? Odpowiedział: Z żadnych pieniędzy publicznych, ale z tego co sami zbierzemy! I to jest optymistyczne. Bo jest prawdziwą gwarancją żywotności ewangelicznego przekazu.

Jan Filip Libicki
www.facebook.com/flibicki

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Kościelne finanse w cieniu Palikota”

  1. „Gleboka” spowiedz? To jakis nowy sakrament trzeciego tysiaclecia nowej ewangelizacji czy piosenka Antoniny Krzyszton ?

  2. @Antoine Ratnik – czego pragnie PO z tego tekstu sen. Libickiego sie nie dowiemy; no, jest pewna wzmianka odnosnie funduszy europejskich. Natomiast przewazajaca reszta artykulu, mimo bunczucznej zapowiedzi z poczatku – ” Ze względu na ograniczone ramy czasowe nie mogłem jednak niestety rozwinąć wszystkich aspektów mego stanowiska.(…)Korzystając z narzędzia jakim jest blog, pozwolę sobie więc szczegółowo je przedstawić” – jest zwyczajnym belkotem i zadnej propozycji sie tam nie dopatrzymy.

  3. @Student Ten kolejny przedruk z FB wcale nie jest belkotem.Myli sie Pan.Jest niezwykle szkodliwym powiedzeniem ( w sposob zawoalowany) ze Kosciol powinien miec w panstwie mniej wiecej takie miejsce jak Liga Praw Czlowieka.Ten tekst nie ma nic ale nic wspolnego z Tradycja – autor sie sam zdemaskowal.Zaslania sie Palikotem, przeciw ktoremu niektorzy na tym portalu rzekomo walcza.To jest w tej sprawie najbardziej interesujace. Czy ROP zostal zalozony w takim spektakularnym pospiechu, zeby pomagac w realizowaniu celow Palikota? Czy zarzad KZM ( ktorego czlonkiem nie jestem) czuje sie zwiazany Deklaracja Programowa?

  4. @AR – jest gorzej niz Pan twierdzi. Senator Libicki nie odmawia panstwowych dotacji roznym organizacjom praw czlowieka, te maja byc dalej przyssane do budzetowego (deficytowego) cycka. Natomiast na remont kosciolow, wg Libickiego, kasy niet!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.