Krupa: Komentarz do wizyty Mitta Romneya w Polsce

Nie jest tajemnicą, że najbardziej na wyborcze zwycięstwo b. gubernatora Massachussetts liczy Prawo i Sprawiedliwość. Nie jest również tajemnicą, że wygrana Romneya w oczekiwaniach partii Jarosława Kaczyńskiego miałaby w sposób zasadniczy wpłynąć na relacje polsko-rosyjskie. Zasadnym jest więc pytanie, czy wyborcze zwycięstwo Mitta Romneya może faktycznie mieć znaczący wpływ na nasze relacje z Moskwą, a jeśli nie, czy obecne spojrzenie na Rosję sporej części prawicy niepodległościowej nie powinno ulec pewnej rewizji w duchu bardziej konstruktywnej i realistycznej perspektywy geopolitycznej. W niniejszym tekści chciałbym zasugerować kilka uwag, które wydają się konieczne aby trzeźwo ocenić całokształt poruszanego zagadnienia.

Idea polskiego „lotniskowca”

Bardzo często w różnych analizach, wypowiedziach czy tekstach traktujących o stosunkach polsko-amerykańskich postulowany jest model relacji dwustronnych w których Polska miałaby odgrywać rolę geopolitycznego „lotniskowca” Stanów Zjednoczonych we Europie Środkowo-Wschodniej, stanowiąc tym samym amerykański „bufor” pomiędzy Rosją a Niemcami. Wydaje się, że najbardziej gorliwym zwolennikiem takiego rozwiązania politycznego jest właśnie ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego oraz niektórzy myśliciele związani ideowo z nurtem niepodległościowym, np. prof Przemysław Grajewski czy prof Andrzej Nowak. Sęk w tym, że poza ostrą retoryką i postulatami programowymi, bardzo rzadko, jeśli w ogóle, omawia sie niezbędne polityczne warunki, które musiałyby zaistnieć aby pożądany model się urzeczywistnił. Wydaje się, że dyskusja nt temat pozostanie jałowa, dopóki nie doprowadzi się do powstania dwóch koniecznych filarów silnej polityki atlantyckiej.

Po pierwsze, aby skutecznie wpływać na debatę o kierunkach i priorytetach polityce zagranicznej USA, kształtować ją w przychylnym dla Polski kierunku ze skutkami długotrwałymi, należy dysponować doskonale zorganizowanym lobby w samym Waszyngtonie. Czy Polska obecnie dysponuje takim lobby? Śmiem twierdzić, że nie. Najbardziej reprezentatywna polonijna organizacja w Ameryce, Kongres Polonii Amerykanskiej, nie spełnia wymogów skutecznej siły nacisku politycznego gdy zestawiona np z takimi potężnymi grupami wpływu jak pro-izraelski AIPAC. To z kolei sprawia, że politycy amerykańscy nie czują sie zobowiązani do liczenia się z polskimi postulatami. W książce „Not Whether, But When: The U.S. Decision to Enlarge NATO” autor James L. Goldgeier cytuje słowa doradcy b. prezydenta Billa Clintona, Dicka Morrisa, który swego czasu powiedział „Ani ja ani prezydent nie wierzyliśmy kiedykolwiek, że istnieje coś takiego jak polski elektorat”. Słowa niby banalne w treści, ale boleśnie prawdziwe. Dopóki Polska nie będzie dysponowała politycznym „watch-dogiem” w Waszyngtonie, i nie chodzi w tym wypadku o typowe agendy naszego MSZ, dopóty nasze postulaty nie będą miały realnej siły przebicia. Inicjatywa takiego czy innego senatora lub kongresmena, który od czasu do czasu wypowie ciepłe słowa o Polsce (np. postawa Johna McCaina wobec śledztwa smoleńskiego) nie może zastąpić skutecznego i systematycznego lobbingu ze strony Polaków mieszkających w USA. Przykład licznych etnicznych grup lobbingowych wyraźnie wskazuje, że polityka zagraniczna państwa zainteresowanego realnym wpływaniem na decyzje amerykańskiej elity politycznej, jeśli nie posiada silnego zaplecza obywatelskiego w Waszyngtonie, ma ograniczone pole manewru. Jeśli polityka atlantycka jest dla niektórych programowym priorytetem, nie można skupiać się tylko i wyłącznie na proklamowaniu dobrych chęci, ale należy uruchomić odpowiednie instrumenty nacisku, które będą stale uzupełniały kanały oficjalnej dyplomacji.

Po drugie, warto pamiętać o sprawie znów niby banalnej, ale brzemiennej w skutkach, a mianowicie, że co 4 lata w USA odbywają się wybory prezydenckie. Administracyjnym zmianom często towarzyszą zmiany w polityce zagranicznej. Sprawa tarczy anty-rakietowej jest tutaj najlepszym przykładem. Jak się okazało, podpisanie umowy w tej sprawie pomiędzy Warszawą a Waszyngtonem w lecie 2008 r., miało wymiar raczej symboliczny, gdyż jak wiadomo, Barack Obama wycofał się z planów instalacji wyrzutni anty-rakiet w Polsce. Krótkowzroczność polskich polityków, w tym i ś.p. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wynikała z tego, iż jakby kompletnie zignorowali fakt, że kandydat Obama bardzo jasno artykuował swoje wątpliwości w tej kwestii. Należało więc już wtedy mieć przysłowiowy „plan B” na wypadek anulowania umowy przez nową administrację. Niestety, dążenie do mocnego eksponowania anty-rosyjskiego kursu, w kontekście konflitku w Gruzji, było wówczas priorytetem. Gdy jednak w 2009 było już jasnym, że pierwotna koncepcja tarczy, firmowana przez administrację George W. Busha, uległa radykalnym przemianiom, polscy zwolennicy twardego kursu pro-amerykańskiego wyrażali najwyższe zdziwienie i nawet oburzenie. Stąd wniosek, że jeśli Polska ma oprzeć swoją polityke zagraniczną na bliskim sojuszu z USA, koniecznym jest perspektywa długofalowa, taka, która dzięki solidnym politycznym, militarnym czy gospodarczym gwarancjom nie będzie podatna na łatwe rewizje i zmiany ze strony kolejnego, nowo wybranego gospodarza Białego Domu. Polityka izraelska Waszyngtonu, realizowana niemalże z żelazną konsekwencją i systematycznością od ponad 40 lat, jest tego najlepszym dowodem, gdyż zależności w sferach polityki, wojskowości czy gospodarki są tak ugruntowane, że nikt w Waszyngtonie poważnie nie myśli o naruszeniu jej obecnego statusu. Brakuje nam tej politycznej „polisy ubezpieczeniowej” w formie licznych gwarancji i koncesji.

Oczywiście, możnaby wymienić inne czynniki niezbędne w realnym umocnieniu relacji dwustronnych. Jednak wyżej wymienione – skuteczny polski lobbing w Waszyngtonie i re-orientacja polityki „odcinkowych sukcesów” – są podstawowymi. Warto mieć to na uwadze w kontekście wizyty Romneya w Polsce, gdyż górnolotne zdania i twierdzenia, które zapewne przy okazji tej wizyty będą wygłaszane, nie mogą zastąpić racjonalnego osądu nt naszych realnych możliwości zabezpieczania swoich interesów Waszyngtonie. 

Co może Romney?

Podczas wizyty w Polsce, która ma wyraźną otoczkę anty-rosyjską w wymiarze geostrategicznym, Romney będzie starał podnieść swoje notowania wśród amerykańskich wyborców mających korzenie w państwach byłego bloku komunistycznego, jednak, nie jest do końca pewne, czy on sam nie przecenia jednolitego charakteru tych grup wyborczych, w tym polskiego elektoratu w USA. Wizyty w Wielkiej Brytanii, Polsce i Izraelu służą też walce politycznej z Barackiem Obamą, którego polityka zagraniczna przez obóz Romneya określana jest systematycznie jako „słaba” i lekceważąca wobec sojuszników.

Program polityki międzynarodowej Romneya został wyłożony w jego „białej księdze” pt. „An American Century: A Strategy to Secure America’s Enduring Interests and Ideals”. Wielu analityków I komentatorów zwraca uwagę na neokonserwatywny character propozycji programowych Romneya, m.in w odniesieniu do Rosji. Romney nie tylko zapowiada powrót do koncepcji tarczy anty-rakietowej, z radarem w Czechach i wyrzutniami w Polsce, ale również opowiada się za polityką „wewnętrznej demokratyzacji” w Rosji oraz wspierania inicjatyw mających na celu wytworzenie prawdziwego rosyjskiego „społeczeństwa obywatelskiego”. Nie trzeba chyba wspominać o tym jak sami Rosjanie zareagują na politykę otwartego wpływania przez obce państwo na sprawy wewnętrzne Federacji Rosyjskiej w duchu liberalnej retoryki praw człowieka i demokracji. Jeśli Romney wygra wybory i przystąpi do realizacji wyłożonego w „białej księdze” kontr-resetu z Rosją, okres konstruktywnej współpracy, zainaugurowany przez Obamę i Medwiediewa, (m.in uruchomienie Northern Distribution Network czy podpisanie traktatu NEW START), definitywnie się skończy.

Trzeba jednak od razu zadać pytanie: czy Romney napewno chce doprowadzić do radykalnego pogorszenia stosunków amerykańsko-rosyjskich? Należy pamiętać, że bez Rosji, nie dojdzie do jakiegokolwiek zasadniczego przełomu w kwestii irańskiego programu nuklearnego. Pod warunkiem, że Romney będzie naciskał na rozwiązanie dyplomatyczne, Moskwa pozostanie niezbędnym czynnikiem przyszłego porozumienia, jako jeden z głównych graczy rozmów P5 + 1. Oczywiście, jeśli rozmowy i negocjacje z Teheranem zostaną zamrożone, perspektywa wojny na Bliskim Wschodzie staje się bardziej realna. Czy Romney, pomimo swojej konfrontacyjnej retoryki, napewno poważnie myśli o wciągnięciu Ameryki w kolejny konflikt na Bliskim Wschodzie? Tertium non datur.

Kolejnym problemem jest dalsze korzystanie z NDN, czyli możliwości transportowania zaopatrzenia dla wojsk w Afganistanie przez Rosję i rosyjską przestrzeń powietrzną. Anty-rosyjski kurs nowej administracji, wg którego, jak to sam stwierdził Romney, Rosja zyskałaby status głównego geopolitycznego przeciwnika Stanów Zjednoczonych, może doprowadzić do zerwania przez Kreml współpracy w tej dziedzinie. W rezultacie, Amerykanie byliby skazani na korzystanie z terytorium Pakistanu, gdzie anty-amerykańskie nastroje i działalność licznych islamskich ugrupowań terrorystycznych znacznie utrudniłyby prace logistyczne.

Czy Romney byłby gotów ponieść koszty związane z realizacją swojej zapowiadanej polityki zagranicznej wobec Rosji? Naturalnym jest, że w okresie gorączki przedwyborczej ostra retoryka i częste wyolbrzymianie problemów są na porządku dziennym. Historia amerykańska dostarcza nam mnóstwo takich przykładów, gdy prezydenci po wygranych wyborach znacząco modyfikowali, a często nawet dystansowali się, z przyczyn pragmatycznych, od swojego programu wyborczego. Anty-komunizm Richarda Nixona nie powstrzymał go już jako prezydenta od nawiązania bliskich relacji z komunistyczym reżimem Mao Tse-Tunga, podpisania porozumień SALT z Breżniewiem, zainicjowania polityki odprężenia (detente) z Sowietami czy zakończenia wojny z komunistycznym Wietnamen Północnym. Ronald Reagan, w walce o Biały Dom z Jimmym Carterem, podobnie jak Romney, zarzucał swojemu przeciwnikowi „słabość” wobec Moskwy. Sam będąc prezydentem określił ZSRR jako „imperium zła”. Dla konserwatystów był ucieleśnieniem prawdziwego „Cold Warrior”. Jednak to nie kto inny jak właśnie Reagan odbył 4 spotkania z Michaiłem Gorbaczowem, w trakcie których podpisano traktat o eliminacji całej klasy sowieckich (SS-20) i amerykańskich (Pershing II) rakiet średniego zasięgu i które pośrednio przyczyniły się do demontażu ZSRR. Wielu spośród jego zwolenników było zaskoczonych, że Reagan mógł taktycznie, gdy okoliczności tego wymagały, zmienić swój twardy anty-komunistyczny kurs i przejść na etap dyplomacji i rozsądnych, korzystnych dla Ameryki, kompromisów z Sowietami. 

Czy taki scenariusz, gdy realia będa musiały być skonfrontowane z tryumfalistycznym programem wyborczym, spełni się w administracji Romneya? Na dzień dzisiejszy nie możemy mieć takiej pewności. Zapewne kluczowe dziedziny współpracy amerykańsko-rosyjskiej, które służą interesom obu państw, staną się na nowo ważnymi gdy sezon wyborczy się skończy i trzeba będzie przystąpić do formułowania już nie propagandowej, ale rzeczywistej polityki wobec Moskwy. Nie trudno sobie jednak wyobrazić scenariusz, w którym Romney będzie starał się unikać konfrontacji militarnej z Iranem i, pod warunkiem, że sam nie zmieni ram czasowych wyznaczonych przez Obamę, będzie skłonny kontynuować korzystanie z możliwości jakie stwarza NDN dla wycofujących się z Afganistanu wojsk USA. Czy polscy politycy, optujący za twardym kursem pro-amerykańskim i operujący ostrą anty-rosyjską retoryką, biorą taką możliwość pod uwagę? A jeśli okoliczności zwyczajnie wymuszą trwanie „resetu” z Rosją, co wtedy? Wzbudzanie nadziei, że prezydentura Romneya będzie swoistym politycznym „błogosławieństwem” dla Polski i wzmocni naszą pozycję vis a vis Moskwy, bezrefleksyjnie wierząc w wiarygodność i trwałość stawianych obecnie przez Romneya postulatów programowych, jest, delikatnie mówiąc, przejawem nieuzasadnionego optymizmu. „Ufaj, ale weryfikuj” powtarzał Ronald Reagan podczas szczytów z Gorbaczowem. Należy więc bacznie obserwować nie tylko to co mówią kandydaci, ale również jak się kształtuje międzynarodowy układ relacji, który może wymusić takie a nie inne działanie amerykańskiej administracji.

Zarówno Barack Obama jak i Mitt Romney reprezentują raczej centrowe nurty we własnych partiach. Centryści zaś mają to do siebie, że słusznie bądź nie, skłaniają się zazwyczaj ku rozwiązaniom czysto pragmatycznym, rzadko nawiązując do argumentacji ideowej, chyba, że okaże się to pomocne w staraniach o prezydenturę. Stąd wynikają usilne starania Romney’a o poparcie konserwatywnego mainstreamu, który pamięta, że Romney swego czasu bronił m.in „prawa do aborcji” . Centrowość i miałkość ideowa republikańskiego kandydata mogą sprawić, że oczekiwana wygrana jego w wyborach, może z czasem okazać się kolejną niespodzianką dla części naszych politycznych elit, ufających często naiwnie w bezinteresowny i benewolentny charakter amerykańskiej polityki zagranicznej. 

W takiej perspektywie krytyczna debata zarówno nt naszych relacji z Rosją jak i Ameryką wydaje się jak najbardziej na czasie. Slogany i hasła wyborcze, z jakichkolwiek stron by nie pochodziły, nie mogą zastąpić myślenia strategicznego, myślenia nastawionego na maksymalnie długotrwałe korzyści polityczne dla Rzeczypospolitej we wszystkich wymiarach. Debata winna być nakierowana na przełamanie stereotypów nt „dobrej” Ameryki i „złej” Rosji. Pojęcia „dobro” i „zło” w stosunkach międzynarodowych mogą występować tylko w zestawieniu z pojęciem „interes” i do niego nade wszystko sie odnosić. Wydaje się, że zbyt długo trwamy w matriksie myślenia życzeniowego i powielamy na niwie poważnej dyskusji politycznej nie aktualne schemty myślowe. 

Ostatecznie, myśliciele i politycy, którzy formułują i propagują pozytywny program atlantycki muszą przyjąć do wiadomości, że dopóki Polska nie będzie dysponowała silnym lobby w USA i dopóki nasze relacje z tym państwem nie bedą faktycznie relacjami „nadzwyczajnymi”, opartymi na trwałych i trudnych do anulowania podstawach polityki gospodarczej czy wojskowej, wszelkie dywagacje nt temat, nawet przy najlepszych chęciach, tracą sens. Natomiast to czy dążenie ku takim relacjom jest czymś słusznym bądź nie, pozostaje sprawą otwartą. Niemniej jednak, nie pownniśmy tylko obserwować poczynania Romney’a w Polsce, ale je skutecznie weryfikować i konfrontować z najbardziej prawdopodobnymi tendencjami w amerykańskiej doktrynie międzynarodowej.

Michał Krupa
aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Krupa: Komentarz do wizyty Mitta Romneya w Polsce”

  1. @Jago: Załatwienie wiz nie leży w mocy kandydata na prezia, ani też samego prezia, tylko Kongresu. Prezio może co najwyżej wyjść z inicjatywą ustawodawczą. Zresztą właściwie czemu miałby to robić? Przecież na własne życzenie jesteśmy dla Amerykanów tylko chłopcami do rżnięcia i do wystawiania taniej siły bojowej.

  2. W stosunku do USA (i nie tylko) zasada wzajemności: „Wy macie dla nas wizy, to my dla was też wprowadzamy”. I ani kroku w tył. Wtedy nie jest się „śmiesznym” państwem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.