Kto ma prawo wypowiadać się w sprawie gender, czyli płci?

1 stycznia 2014 roku wraz z czterema kolegami – samodzielnymi pracownikami naukowymi – podpisałem list wyrażający poparcie dla ostatniego listu biskupów przeciwko genderom, przy okazji wskazując na dziwaczny fakt, że owe gendery nauczane są na jednym z katolickich uniwersytetów.

Zaraz potem jeden z internautów tak podsumował nasz list: „Jakie ma Pan kompetencje w temacie gender? Czy nie uważa Pan, że zachowuje się podobnie jak »eksperci« Macierewicza, którzy wypowiadają się w sprawach, o których nie mają zielonego pojęcia?”. Przytoczyłem ten komentarz, ponieważ jest bardzo znaczący i interesujący. Stawia bowiem pytanie: kto ma prawo wypowiadać się w sprawie gender, czyli płci?

Być może ja rzeczywiście nie jestem kompetentny w tej kwestii, gdyż jestem politologiem, acz nie zajmuję się systemami wyborczymi czy stosunkami międzynarodowymi, tylko filozofią i myślą polityczną. Jeśli więc nie ma prawa wypowiadać się na temat gender politolog, a także podpisani pod listem pozostali naukowcy (m.in. filozofowie, historycy i prawnicy), to pojawia się pytanie: kto ma takie prawo?

W Polsce studia genderowe prowadzą zwykle filozofowie i socjolodzy. Co filozof lub socjolog wie na temat gender? Filozof o sprawach płci nie wie nic, ponieważ nie prowadzi żadnych badań empirycznych. Filozofia zajmuje się rozważaniem rozmaitych kwestii, w tym także – o ile jej adepci mają na to ochotę – kwestią płci. Jest to dla filozofa idea wyłącznie filozoficzna, czyli bytująca i rozważana tylko w jego umyśle. Przedstawiciel tej dyscypliny naukowej nie prowadzi nad genderyzmem żadnych badań o charakterze empirycznym. Może więc genderami winni zajmować się socjologowie?

Fakt, w odróżnieniu od filozofów zajmują się oni badaniami empirycznymi, ale szczególnego rodzaju. Socjolog prowadzi rozmaite badania postaw społecznych, aby wykryć, że w każdym normalnym społeczeństwie jest jakaś grupka osób, które mają problemy z ustaleniem własnej płci. I cóż wtedy robi socjolog? Konstatuje ten fakt i ogłasza, że badania wykryły, iż jest 1, 2 czy 3 procent ludzi z tego typu problemami. Na tej postawie dochodzi do wniosku, że jest normą, iż w każdym społeczeństwie problem taki istnieje.

Nie jest to wynik specjalnie odkrywczy, ponieważ nawet najbardziej radykalny wróg genderyzmu potwierdzi istnienie takiego zjawiska. Gdyby zresztą go nie było, to nie mógłby być wrogiem genderów. Problem z socjologią jako dyscypliną naukową tkwi w tym, że wykrywszy zjawisko, nie umie umiejscowić go i dokonać jego wartościowania. Od czasów pozytywizmu i Maxa Webera socjologia programowo oddziela „fakty” od „wartości”, a więc wykrywszy fakt, cofa się przed jego oceną. Innymi słowy: socjolog odkrywa grupę osób mającą problemy z własną płcią, stwierdza fakt, że grupa taka jest, aby następnie uznać, że nie istnieje ani norma, ani odstępstwo od niej, a więc należy się uchylić przed stwierdzeniem, czy grupa ta jest na swój (odmienny) sposób normalna czy też należy ją uznać za dziwaczną, a może nawet należy ją leczyć?

Znakomicie socjologię weberowską podsumował kiedyś Leo Strauss: jeśli weberysta konstatuje, że na Papui żyją nadal ludożercy, to winien uznać fakt ich istnienia, ale absolutnie nie wolno mu potępić ich zachować dietetycznych, ponieważ socjolog wyłącznie bada i przedstawia fakty, unikając ich oceny (ewaluacji). Z przedstawionych powyżej powodów uważam, że jeśli mnie – jako politologowi – nie wolno wypowiadać się na temat studiów genderowych, to tak samo nie ma prawa wypowiadać się o nich żaden filozof ani socjolog. Co więcej, wypowiadać się na ich temat nie powinni szczególnie ci filozofowie i socjolodzy, którzy prowadzą zajęcia na studiach genderowych. Czy bowiem obiektywnie może się o danej subdyscyplinie naukowej wypowiedzieć wykładowca akademicki, który żyje z jej nauczania?

Każdy badacz ma naturalną skłonność, aby to, co bada, o czym pisze książki i czego naucza studentów, uważać za swoisty „pępek świata”. Każdy bowiem ma podświadomą skłonność do legitymizowania swojej nauki, a więc i własnego istnienia w nauce. Np. ja uważam, że myśl polityczna jest podstawą politologii Kto winien wypowiadać się o genderach?

Zauważmy, że na ten temat nie wypowiadają się przedstawiciele nauk medycznych i biologicznych. A przecież kwestia płci zapisana jest w naszym genotypie, gdyż on warunkuje, że rodzimy się mężczyzną lub kobietą. Nawet ci genderyści, którzy twierdzą, że płeć jest kwestią wyboru, muszą przyznać, że ów „wybór” – jeśli istnieje – to także musi być zapisany w naszym genotypie. Geny albo warunkują naszą płeć (i w takim wypadku odmienność „płci społecznej” od „płci biologicznej” świadczy o jakimś błędzie, chorobie), albo dają nam mniejszą lub większą wolność takiego wyboru. Jakakolwiek byłaby odpowiedź, znajduje się ona w ręku biologów i genetyków. Ci zaś jakoś dziwnie milczą na temat genderyzmu, pozostawiając zażarte spory filozofom, którzy nie badają niczego; socjologom, którzy stwierdzają empiryczne istnienie grupki osób z podobnym problemem, i specjalistom od myśli politycznej (takim jak ja), którzy widzą w genderyzmie wyłącznie kolejną mutację liberalnego postmodernizmu i jego postulatu „dekonstrukcji” wszystkich tradycyjnych i nowożytnych pojęć.

Dlaczego genetycy milczą jak zaklęci? Mogę się tylko domyślać, że nie mają ochoty uczestniczyć w sporach humanistów, którzy nie mają zielonego pojęcia o genotypie, a więc nie mówią o genach determinujących płeć, a jedynie o „ideologii gender”.

Jeśli zdefiniujemy ideologię jako całokształt obrazu świata, to genderyzm nie jest ideologią, gdyż nie daje takiego całokształtu (np. genderyzm nie posiada programu gospodarczego czy doktryny ustrojowej). Jeśli jednak, za Marksem, zdefiniujemy ideologię jako „fałszywą świadomość”, to genderyzm jest ideologią w pełnym znaczeniu tego terminu. Stworzyli ją ludzie, którzy nie mają pojęcia o genach i genotypie, naczytali się zaś filozofów moderny i postmoderny – Freuda, Reicha, Marcusego, Foucaulta, Lyotarda i Habermasa.

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w tygodniku Najwyższy Czas! i na nczas.com

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Kto ma prawo wypowiadać się w sprawie gender, czyli płci?”

  1. Racja. Problem z uznaniem wyników nauk przyrodniczych mają filozofowie jakby z zawodu. Zawsze mruczą o redukcjonizmie i scjentyzmie (nawet i tomiści). Gender to jest projekt marksistowski. Genderowo pokrzywdzeni przez naturę mają zastąpić proletariat. Wczoraj słuchałem audycji “Niedziela filozofów” w RDC. Pani Bielik-Robson tłumaczyła, że filozofia chroni przez hańbą pogodzenia się z naturą, jaką grożą Polakom dwie ideologie: neoliberalizm i katolicyzm. Człowiek ma się buntować, bo w tym się wyraża jego wolność. Natura zagraża wolności. W drugiej godzinie neurobiolog p. Bogusławski referował kłopoty z kopiowaniem umysłu. Okazuje się, że wolnościowy projekt przeniesienia ludzkiego umysłu na inny nośnik (biologiczny lub np. krzemowy) napotyka naturalne problemy: każda funkcja umysłowa jest zależna od biologicznej natury. Pani Robson powinna tylko zapiszczeć ale im wcale nie przeszkadza sprzeczność, tak samo jak Marksowi . Tu gender, tu biologia, ale jacy jesteśmy nowocześni. Taki jest przekaz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *