Kto za tym stoi?

Ostatnie konwulsje przypominają poczynania niespokojnego niewolnika, który po utracie swojego pana, z nadzwyczajną uporczywością poszukuje innego.

Kijów staje się chorym człowiekiem Europy i nie jest to dobra wiadomość dla nikogo z jego politycznie najbliższego otoczenia. Kto za tym stoi, co się tam dzieje, by nie rzec wyprawia? Kto rzeczywiście ma interes w takim, a nie innym rozwoju sytuacji? Najpierw jednak spróbujmy rozstrzygnąć, kto w tych okolicznościach na pewno traci? Z całą pewnością realizowany scenariusz nie jest sukcesem Unii Europejskiej. Okazuje się, iż wariant ekonomicznej kolonizacji naznaczony jest dużym ryzykiem, gdyż niebezpieczeństwa tkwiące w tej wybuchowej mieszance mogą przewyższyć przewidywane korzyści. Ukraina jest przy tym dużym organizmem, a zatem Kijów to nie Ateny, czy Nikozja. Może też okazać się, że to przysłowiowy worek bez dna i nieustające nakłady znacznie przekroczą osiągane profity.

Aspiracje Brukseli otwierają także potencjalnie groźne pole zaogniającego się konfliktu z Moskwą. A cóż jest dla Europy droższe od świętego spokoju. W obronie Kijowa można przecież nie pojechać na olimpiadę w Soczi, tylko czy ludzie to zauważą. Współpraca Unii z Rosją jest natomiast realna oraz konkretna, zaś krociowe zyski w Małorosji są przysłowiowym patykiem po wodzie pisane. I tyle. Z kolei straty Kremla są relatywnie politycznie mniejsze, ale jednak nie da się przecież ukryć, że i dla Moskwy te wydarzenia nie są na rękę. Raczej w grę wchodzi, w tej sytuacji, zasada wyboru mniejszego zła, lecz zła, co by nie mówić. To imperium z dużą determinacją odbudowuje swoją światową pozycję, ale aby to w ogóle było możliwe, musi być liderem tak zwanej bliskiej zagranicy, a Ukraina w tym układzie jest najważniejsza. Dlatego Rosjanie muszą dużo zapłacić, by przynajmniej ekonomicznie stabilizować swojego południowego sąsiada. Płomienie mogące ogarnąć to ich miękkie podbrzusze nie są przecież dla nich zachęcającą perspektywą.

Dlatego dla Rosji nie ma zbyt wygórowanej ceny, a Janukowycz jednak o tym wie. Poza tym ogień lubi się przenosić, także i dlatego Kijów jest godny mszy. Na liście podejrzanych o wzniecanie ukraińskich niepokojów pozostaje więc tylko Waszyngton. Dla Amerykanów w istocie nie ma znaczenia kto tam rządzi, istotne jest tylko jedno: by Kijów był kością niezgody między Rosją a Brukselą. Nad USA wisi bowiem widmo sojuszu od Atlantyku po Władywostok, a to nie jest wiadomość, na którą oczekują zniecierpliwieni stratedzy w Białym Domu. Dlatego możemy spodziewać się dużych środków na wspieranie na Ukrainie demokracji, czytajmy Pax Americana. Spodziewajmy się zatem wielu wydarzeń, towarzyszących tym geopolitycznym zmaganiom. 

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 3-4 (19-26.01.2014)

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *